poniedziałek, 20 czerwca 2016

Ciepło Twego ciała

{miniaturka}
z serii "Listy do Ciebie"

Zawsze zastanawiałem się, jak będzie wyglądać śmierć. I nie mam tu na myśli sposobu umierania. To, jak żyliśmy przyzwyczaiło mnie do tego, że śmierć mogła być tak samo szybka i bezbolesna, jak długa i poprzedzona torturami. Nie, bardziej chodziło o to, co będę wtedy czuł. Nostalgię? Będę mieć czas na to, żeby przypomnieć sobie wszystkie dobre chwile, czy może wręcz przeciwnie - ciemność przyjdzie tak szybko, że nie zdążę nawet nabrać powietrza w płuca. 
Kiedy zgodziłaś się zostać moją żoną... Kurczę, to był najpiękniejszy dzień mojego życia. Wtedy dotarło do mnie, że byłaś moja. Moja i tylko moja. I miało tak zostać, aż do końca naszych dni. Cokolwiek by się nie stało, jakiekolwiek przeciwności nie stanęłyby na naszej drodze - mieliśmy siebie.
I nawet, jeśli wszystko się pochrzaniło, było warto. A potem okazało się, że byłaś w ciąży. Byłaś w ciąży! Cholera, mówiłem, że który dzień był moim najpiękniejszym?
Codziennie patrzyłem, jak zasypiasz i budzisz się u mojego boku, nie ważne, czy byłaś umalowana, czy rozczochrana i zaspana. Byłaś najpiękniejszą istotą, jaką w życiu spotkałem. Syriusz śmiał się ze mnie, że zamieniam się w prawdziwego kapcia. 
- Chłopie, starzejesz się! - mówił, kiedy po zebraniach Zakonu wracaliśmy razem przez Dolinę Godryka. Black uparł się, że będzie mnie odprowadzał. Tak, jakbym w razie niebezpieczeństwa nie dał sobie rady!
- Za to ty wciąż jesteś kawalerem. 
- Wolę korzystać z życia.
- Nikogo nie oszukasz, Syriuszu - powtarzałem, stając w drzwiach naszego domu. - To wcale nie jest życie.
- Jasne, jasne, tatuśku - śmiał się Łapa, a potem znikał w ciemnościach. Zawsze obserwowałem jego postać, aż całkiem traciłem go z oczu. Było mi go żal. Naprawdę żal. Nie miał nikogo. Codziennie wracał do pustego mieszkania i udawał, że jest mu z tym dobrze. Mógł rozpowiadać na około o tym, ile dziewczyn udało mu się wyrwać jednej nocy, mydlić oczy wszystkim, tylko nie mnie. Przyjaciela nie mógł oszukać.
Pierwszy raz zobaczyłem to w jego oczach, kiedy trzymał na rękach naszego syna. Harry nigdy nie płakał, kiedy przychodził Syriusz, a on godzinami przesiadywał w naszym salonie, zabawiając go jak tylko mógł. I nawet jeśli zapierał się nogami i rękami, że to nie dla niego, i że nigdy nie mógłby być rodzicem, ja widziałem ten ciepły blask, kiedy spoglądał w dół. Ten, którego nie dało pomylić się z niczym innym. Sam widziałem go codziennie w lustrze.
A kiedy dowiedział się, że będzie chrzestnym! Nie, żeby była to dla kogokolwiek niespodzianka. Ale tego po prostu nie dało pomylić się z niczym innym. 
I właśnie wtedy wiedziałem, że mam już wszystko. Nie było nic więcej, nic czego mógłbym chcieć bardziej od tego. Od Ciebie i Harry'ego.
Więc kiedy nadszedł moment, w którym oczywiste dla mnie stało się, że nie wyjdziemy z tego cało, zrobiłem jedyne, co przyszło mi do głowy - kazałem Ci uciekać. Nie chciałaś się zgodzić, nie chciałaś mnie zostawić, a ja nie wiedziałem, jak mam Cię przekonać. I nagle zrozumiałem, że jedynym wyjściem będzie kłamstwo.
- Idź, idź Lily, weź Harry'ego i uciekaj. Zatrzymam go, a potem pójdę za wami, kupię nam trochę czasu. Idź!
Moje serce krwawiło, patrząc, jak odchodzisz. Już wtedy wiedziałem, że nigdy więcej Cię nie zobaczę. Jasne, mogłem być optymistą, mogłem się łudzić, że mi się uda. Ale to był on. Sama-Wiesz-Kto stał u progu naszych drzwi, a ja nie mogłem zrobić nic więcej, jak zadbać o to, żebyś chociaż Ty przeżyła.
Więc zrobiłem to. Zebrałem całą swoją odwagę i wściekłość, po czym stanąłem twarzą w twarz z tym potworem. W uszach dźwięczał mi jego diabelski śmiech, a w głowie pojawiła się jedna myśl - może chociaż ginąc, uda mi się coś zmienić. 
Nie można było nazwać tego nawet pojedynkiem. W ułamku sekundy prysnęła cała nadzieja. Byłem tylko zwykłą przeszkodą na jego drodze. Dla niego to było jak strzepnięcie z szaty drobinki kurzu. Dla mnie? Dla mnie było to całym życiem.
Dotarł do mnie ogrom wszystkich tych dni, kiedy z uśmiechem siedziałaś na krześle i popijając kawę wpatrywałaś się we mnie tak, jak ja przez kilka poprzednich lat. Ogrom pocałunków i tęsknych spojrzeń, uścisków i ciepłych słów. Dziesiątek tysięcy sekund, w których trzymałem naszego syna na rękach, a mnie, aż po czubki palców, przepełniała mieszanka dumy, radości i spełnienia. Dotarło do mnie, jak wiele się wydarzyło i jak bardzo wdzięczny mogłem być światu, że popchnął Cię w moje ramiona.
Ale kiedy zielony grom potoczył się w moim kierunku, potrafiłem myśleć tylko o jednym. Jednym momencie, jednej chwili. Wspomnieniu nocy, której stałaś się moja, oddając się w moje ręce w otchłaniach nocy.
Przypomniałem sobie kształt Twojego ciała i sposób, w jaki idealnie pasowałaś do moich rąk. Przypomniałem sobie, jak delikatna była Twoja skóra, kiedy objąłem Cię od tyłu. Stałaś przy oknie, wpatrując się w ciemne niebo, a moje palce szukały drogi do zamka w Twojej sukni ślubnej. Nie potrafiłem uwierzyć w to, jak bardzo się trzęsły - nie mogłem się uspokoić, a moje serce łomotało, jak nigdy wcześniej. A Ty, Ty byłaś taka spokojna. Śmiałaś się cichutko, kiedy nieudolnie rozsuwałem w swoich dłoniach połacie tiulu i składałem pocałunki na Twoich nagich ramionach. A potem suknia zsunęła się na ziemie i po raz pierwszy stałaś przede mną w całej swojej okazałości.
Doskonale pamiętałem zapach pościeli i jej miękkość, kiedy oboje upadliśmy na łóżko. Szlaki, które wytyczałem po Twoim ciele, były tak głęboko wyryte w mojej pamięci, że to aż bolało
Każdy pocałunek. Każdy dotyk. Czuły szmer Twoich ust, kiedy ni to nabierałaś powietrza, ni cicho wołałaś moje imię.
Śmierć wyciskała z moich płuc ostatni oddech, a ja myślałam o nocy, w której Cię miałem. Myślałem o zimnym powietrzu, które nas otulało i o cieple Twojego ciała. Wszystkie inne wspólne chwile nagle straciły znaczenie - byłaś tylko Ty, opanowująca moje ciało, jak choroba. Nawet, kiedy ostatnia iskra życia właśnie gasła.
Zginąłem dla Ciebie, Lily. Wtedy właśnie zrozumiałem, że o to od zawsze chodziło. Nie liczyły się żadne żarty, żadne kawały i wybryki, momenty, w których się wściekałaś, ani kiedy uśmiechałaś. Istniałem tylko po to, by któregoś dnia móc oddać za Ciebie życie. Dać Ci szansę, dać szansę jedynej rzeczy, która musiała przetrwać.
Dlatego w tej ostatniej chwili potrafiłem myśleć tyko o jednym.
Dlaczego nie uciekałaś? Dlaczego zostałaś, dlaczego nie wzięłaś Harry'ego i nie biegłaś, tak szybko i daleko, jak tylko potrafiłaś?
Dlaczego stanęłaś w drzwiach i patrzyłaś w moje oczy, dopóki całkiem nie zgasły?
Dlaczego, Lily, nie dałaś sobie szansy?
Dlaczego musiałaś zginąć?
Dlaczego musiałem kochać Cię aż tak bardzo, a potem stracić tak szybko?
Dlaczego, Lily?
Dlaczego?




Długo zbierałam się z dodaniem tej miniaturki, która jest dla mnie naprawdę wyjątkowa. Przede wszystkim, jest ona swojego rodzaju epilogiem z perspektywy Jamesa. Pisało mi się ją bardzo dobrze i, przede wszystkim, szybko. Miałam jednak swojego rodzaju blokadę, przed dodaniem go. To ostatnie, co ukaże się na blogu przed pierwszym rozdziałem drugiej części. Czy jestem gotowa? Nie.
Miałam dużo pytań o termin dodania czegoś nowego, ale sama nie umiem sobie odpowiedzieć na to, kiedy to będzie. Rozdział jest już napisany (i nie mogę ukrywać, że mam ochotę go usunąć i napisać od nowa), a teraz leży i czeka, aż będę miała trochę siły, żeby go poprawić. Ale obiecuję, że w końcu się za to wezmę. Po prostu nie spodziewałam się, że na wakacjach będę miała jeszcze mniej czasu, niż w roku szkolnym.
Nie chcę przedłużać, ani Wam marudzić o moim życiu, więc skończę. Mam nadzieję, że miniaturka Wam się spodobała - koniecznie napiszcie, co sądzicie!
Dziękuję za wszystko i do zobaczenia z 20 rozdziałem!

piątek, 27 maja 2016

Dobroć Twego serca

{miniaturka}
z serii "Listy do Ciebie"


To był pierwszy z wielu dni, kiedy zostałem w domu. Tamtymi czasy zgłaszałem się do każdej misji, do każdego zadania, brałem udział w każdej akcji. Dzień wcześniej, kiedy nie dostałem przydziału i zareagowałem trochę za ostro, Syriusz dosłownie wywlekł mnie z sali. Jestem pewien, że dorobił mi kilka pokaźnych siniaków do kolekcji, zanim udało mu się mnie uspokoić. 
– Co ty odpierdalasz? 
– Puść mnie – warknąłem, jednak on nie dał się zbyć. Kiedy zacząłem go odpychać, ten w końcu odrzucił mój bark do tyłu, taksując mnie wzorkiem. Wziąłem głęboki oddech, poprawiając koszulę, którą prasowałaś jeszcze przed wyjściem, a przez to całe tarmoszenie się, wyglądała strasznie. Spojrzałem na niego wściekły. – To moja decyzja, chcę walczyć!
– Masz dziecko w drodze! Na Merlina, James! Nie możesz się tak dłużej zachowywać! Chcesz osierocić syna jeszcze zanim przyjdzie na świat? – Jego oczy ściemniały w ciągu ostatnich miesięcy i teraz trudno było dostrzec w nich stalowy spokój. Stały się po prostu czarne, wypełnione cierpieniem tych, których nie udało nam się uratować. – Nie mamy dłużej siedemnastu lat. Błagam, nie baw się w bohatera. Wróć do domu, do żony, nawet nie wiesz, jak ona się martwi...
– A od kiedy to lepiej wiesz, co słychać u Lily?
– James, tępaku, nie rozwal sobie życia. Masz dom, prawdziwą rodzinę, więcej niż ktokolwiek z nas mógłby mieć. Musisz ją chronić. A nie, zgrywać odważnego. Wiem, że się boisz. Ale damy sobie radę. Nie pozwolimy Sam–Wiesz–Komu was dorwać. Wróć do domu, wróć do niej.
Miał rację. To wszystko po prostu mnie przerastało, a ja nie umiałem sobie dłużej z tym radzić. Odkąd ta plugawa pluskwa przyznała się Dumbledore'owi do przekazania Czarnemu Panu treści przepowiedni, miałem ochotę go zabić, rozszarpać gołymi rękami. Ale Dyrektor go chronił, chronił tego parszywego gnojka, przez którego nasze życie było w niebezpieczeństwie.
Nie potrafiłem siedzieć w domu i patrzeć na Ciebie. Odkąd lekarz stwierdził, że nie wolno wychodzić Ci z łóżka, byłaś taka smutna. Patrzyłem na Twoją twarz i coś rozrywało mnie od środka. Bo nie mogłem Ci pomóc.
Wiedziałem, jak bardzo się martwiłaś. Nie chciałaś tego pokazać, bałaś się, że jeśli nie będziesz dostatecznie silna, to wszystko upadnie. Ale byłaś w błędzie. To ja byłem w większej rozsypce.
Kiedy tamtego ranka obudziłem się, Ciebie nie było już w łóżku. Pokój tonął w półmroku, a stary zegar na ścianie wskazywał piątą czterdzieści trzy. Podniosłem się i rozejrzałem, przecierając oczy. Nie było Twojego szlafroka, który Mary kupiła Ci na Twoje dziewiętnaste urodziny. W domu panowała cisza. Powoli wstałem i wychyliłem się na korytarz, jednak nie było po Tobie żadnych śladów. Starając się nie narobić hałasu ruszyłem w stronę kuchni i wtedy usłyszałem Twój głos.
 – James tak bardzo się martwi. Widzę to w jego oczach, kiedy żegna się ze mną przed wyjściem do kwatery Zakonu. Widzę to w jego twarzy, kiedy odpisuje na wezwania do stawienia się na naradzie i w jego dłoniach, które trzęsą się, kiedy zamyka za sobą drzwi. Wiem, że nie może wybaczyć Severusowi zdradzenia nas. Ale wiem też, że jeśli to Harry jest kluczem do zniszczenia Czarnego Pana, to jestem gotowa na każde poświęcenie. Nadchodzi zima. Nadchodzą ciężkie czasy. Żałuję, że nie mogę cofnąć czasu, o te kilka lat. Życie było wtedy takie proste. Ale ty pewnie nie masz tego problemu, prawda?
Oparłem się o framugę drzwi prowadzących do salonu i obserwowałem, jak głaskałaś małego, biało–brązowego kota, który jadł resztki naszej wczorajszej kolacji. Włosy upięłaś w niechlujnego koka, a drugą rękę trzymałaś na olbrzymim brzuchu. Minęło jeszcze kilka sekund, zanim ponownie się odezwałaś.
– Długo tu stoisz?
– Miałaś nie zbliżać się do tego kota – odpowiedziałem cicho, a Ty popatrzyłaś na mnie ze smutnym uśmiechem. – Obiecałaś.
– James, przecież mnie nie zje. 
– Pamiętasz, co mówił lekarz?
– To tylko mały kotek, no spójrz na niego, jaki był głodny. Bez nas pewnie zdechnie, nikt z okolicy do tej pory się nim nie zajął.
– Miałaś unikać kotów. Koty przenoszą choroby, zwłaszcza te bezdomne. A ty jesteś w ciąży. Mam ci przypomnieć, jakie dostałaś zalecenia? Aż do porodu...
– ... mam nie wychodzić z łóżka, tak, wiem. Ale kiedy ja już nie mogę, James, duszę się! Chciałabym wyjść na zewnątrz, odetchnąć świeżym powietrzem...
– To otwórz sobie okno – mruknąłem, a Ty popatrzyłaś na mnie ostro. Nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Nawet pomimo okoliczności, wciąż byłaś tą samą, starą Lily. – No chodź tutaj.
Pamiętam branie Cię w swoje ramiona, pamiętam, jak zimne dłonie miałaś, kiedy pozwoliłaś mi zamknąć je w swoich. Oparta o moją pierś patrzyłaś na mnie w spokoju, kiedy ja odgarniałem zbłąkane loki z Twojej twarzy. Byłaś kobietą mojego życia i właśnie w tym momencie zrozumiałem, że już nigdy nie będę w stanie Cię opuścić.
– Harry? – spytałem cicho, przypominając sobie, jak nazwałaś naszego syna, a Ty jedynie uśmiechnęłaś się w sposób, który zawsze przyprawiał mnie o zawrót głowy i splotłaś razem palce naszych dłoni.
– Chodź, zrobię ci kawy – wyszeptałaś, wspinając się na palce i składając na moich ustach delikatny pocałunek. A potem pociągnęłaś mnie w stronę kuchni, chichocząc na widok mojej rozanielonej miny.



Witajcie! Pomyślałam sobie, że skoro już wróciłam i na POŚu pojawił się obiecany miesiąc temu rozdział, to tutaj też coś dodam. Nie jest to co prawda rozdział, który się pisze i niedługo powinnam go skończyć, ale hej - zawsze coś :D
Miniaturka chyba najmniej lubiana przeze mnie z "Listów do Ciebie", ale musiała się ukazać, żeby przygotować Was na ostatnią :D Tak sobie myślę, że pewnie dodam ją za tydzień, może dwa, zaraz przed rozdziałem - a tak, żeby Was mentalnie zniszczyć i, no wiecie, zrobić dobry grunt dla drugiej części, hahaha.
I to tyle. Nawet nie wiecie, jak tęskniłam za SD. Pięć miesięcy, całe pięć miesięcy bez pisania Jily! Ugh, nie wyobrażacie sobie nawet, co czuję. Nie mogę się już doczekać nowej części, nowego szablonu, nowego początku. Mam nadzieję, że znowu Was zaskoczę :D I z tym Was zostawiam, do zobaczenia z ostatnią miniaturką z tego cyklu!

środa, 9 marca 2016

Druga rocznica bloga!

Witajcie!
Nigdy nie spodziewałam się, że uda mi się tyle prowadzić jednego bloga i z niego nie zrezygnować.
Od założenia minęło 730 dni, a w tym czasie na blogu pojawiło się:
– 42 tysiące 529 wyświetleń,
– 580 komentarzy,
– 55 obserwatorów,
– 21 rozdziałów,
– 105 polubień na facebooku.
Mogę powiedzieć jedynie: wow. 

Nawet pomimo tego, że ostatnio nie goszczę tu zbyt często z powodów zbliżającej się matury, Stop Dreaming zajmuje w moim sercu specjalne miejsce. Zajmowało, zajmuje i będzie zajmować! 
Pisząc, poznałam wspaniałych ludzi, spędziłam niezliczoną ilość nocy nad laptopem, dzieląc się z Wami swoją pasją, ale przede wszystkim szlifowałam swoją znajomość języka. Zdaję sobie sprawę, że to opowiadanie nie jest idealne. Ostatnio wzięłam się za czytanie początkowych rozdziałów i widząc wszystkie błędy aż głupio mi było się potem reklamować.
No cóż, obiecałam sobie, że po maturze przysiądę i je poprawię. I naprawdę mam nadzieję, że mi się to uda.
Ale dość mojego marudzenia. Ten post pojawia się tu z innego powodu!


PODZIĘKOWANIA

Jest kilka osób, którym chciałabym powiedzieć głośne: DZIĘKUJĘ. A są nimi:
Kathrine E. Kasiu, nie będę liczyć od kiedy jesteś ze mną, ale pomogłaś mi w wielu chwilach. Dopingowałaś, upraszałaś się o rozdziały, groziłaś, kiedy nie chciałam ich dodać, albo kiedy znowu skończyłam je w dziwnych miejscach. Ostatnio zostałaś określona mianem Elitarnej Znawczyni Fabuły, a ja mogę jedynie potwierdzić te słowa. (No, chociaż fabuły SD nie zna nikt i raczej szybko jej nie pozna :*)
Moony. Kochana Muni! Pamiętam Twoje komentarze pod pierwszymi rozdziałami. Możesz śmiało twierdzić, że przyczyniłaś się do mojego sukcesu – tylko one dawały mi siłę na dalsze pisanie. Miałaś kilka blogów i kilka razy zaczynałaś od początku, a ja wciąż czekam na tą jedną, jedyną historię, którą doprowadzisz do końca. (PS, wliczam w to wszystkie seksy na pralkach, biurkach i takich tam)
Ar. Arczi, droga Arczi! Twoje groźby zapamiętam do końca życia. W moich koszmarach goniły mnie lisy i zjadały mi moje plany fabuły na kolejne rozdziały. Oczywiście żartuję (albo i nie), ale tak czy siak, gdyby nie Twoje nękanie mnie po nocach, wszystko potoczyłoby się duużo wolniej, a ja nie wiem kiedy bym wróciła do blogowania.
Panienka Livvi. Liv, chociaż Twoim życiowym przeznaczeniem będzie założenie spółki kanalizacyjnej i sfinansowanie dokumentu o odchodach ("Życie w kanałach - historia prawdziwa"), mogę śmiało twierdzić, że przyczyniłaś się do rozwoju tego bloga każdym swoim długim komentarzem!
I wszystkim innym, czyli między innymi Ly, która ma 16 lat i ani roku więcej, Kseni, której zawsze Ciepło, Condawiramurs i Gemmie Francis A., które zacięcie komentują każdy mój rozdział, zostawiając pod nimi masę ciepłych słów, i wielu, wielu innym, których tutaj nie wymieniłam. Nic nie udałoby mi się osiągnąć bez Waszych komentarzy.
(– I tak symbolicznie: moim przyjaciołom, którzy wspierają mnie całym sercem, są ze mną, na dobre i na złe i znoszą moje paplaniny o Harrym Potterze. No i za to, że już drugi rok z rzędu chcą uczcić ze mną mój sukces, dzięki czemu sprawiają, że to najlepszy dzień roku. Bóg Wam to w dzieciach wynagrodzi.)

S JAK STOP DREAMING

Czyli kilka drobnych ciekawostek:

– Nazwa Stop Dreaming powstała całkiem przypadkiem. Napaliłam się na to opowiadanie, więc przez pół nocy robiłam szablon, a potem próbowałam wymyślić cytat, który na nim się pojawi. W końcu kiedy moja praca była skończona i nadszedł czas na znalezienie adresu, miałam w głowie totalną pustkę. Inspirując się grafiką, padło na SD, a ponieważ adres ten był już zajęty, dopisałam na końcu -hp i tadaa!
– Mam mniej–więcej (mniej...) opracowaną fabułę na kolejną część! 
– ...i pewnie mnie zabijecie za to, kiedy będzie jakiś pierwszy "ten" moment Jily, haha. 
– Mam napisane dwie kolejne miniaturki z serii "Listy do Ciebie", a powinny one ukazać się na przełomie marca i kwietnia. Najchętniej dodałabym Wam je tutaj i teraz, ale wtedy na blogu przez kolejne dwa miesiące nie pojawiłoby się pewnie nic.
– Obie miniaturki opisują wydarzenia... po ślubie! Nie mogę zdradzić Wam za dużo, jednak powiem, że ostatnia z całej serii będzie bardzo smutna i analogiczna do epilogu opowiadania (w sumie główną różnicą będzie to, że miniaturka będzie z perspektywy Jamesa, a epilog Lily :) )
– Tak, wciąż zamierzam wydać (sama dla siebie) SD jako książkę. Rok temu sporo osób zgłosiło chęć do zakupienia takiego egzemplarza. W założeniu miałam wszystko zorganizować do tej pory, ale jak to bywa, matura mnie pochłonęła, dlatego zajmę się tym dopiero po 16 maja, czyli po moim ostatnim egzaminie.
– Na blogu pojawi się specjalne ogłoszenie z plikami do pobrania, w których znajdzie się formularz z adresem i danymi, oraz dokument dla rodziców (jeśli to oni będą Wam pomagać w kupnie – chcę się upewnić, że będzie to dobrze zorganizowane). Oczywiście sama nie pobieram żadnych profitów ze sprzedaży, a wszystko to będzie zrobione dla Was, skoro wyraziliście taką chęć.
– Ktoś tęsknił za wybrykami Huncwotów? Zwłaszcza na początku drugiej części, postaram się odbudować ich wizerunek szkolnych rozrabiaków.
– Skończona część pierwsza liczy sobie około 600 stron książkowych ;)
– Najwyższa liczba dziennych wyświetleń bloga do tej pory to... 347!
– Najwyższa liczba miesięcznych wyświetleń pojawiła się w listopadzie i wynosiła 3 tysiące 653 wyświetleń! 

ANKIETA NA NAJLEPSZĄ...
Scenę Jily! Okej, przyznam się bez bicia  nie wiedziałam, że tyle ich będzie. Ale chciałabym po prostu wiedzieć, co Wam się najbardziej podobało :D


OC. To już ze względów chęci poprawienia czegoś co do kolejnej części :)


Postać drugoplanową. Tak jak wyżej!



KONKURS NA WŁASNĄ OC
Pomysł na ten konkurs wpadłam przypadkiem, ale kilka osób, którym o nim powiedziałam, bardzo chciało, żeby się pojawił, więc jest!
O co chodzi? 
Poczynając od dzisiaj, przez najbliższe dwa miesiące, będziecie mieli możliwość zaprojektowania swojej własnej postaci, która będzie mogła pojawić się na kartach tego opowiadania!
Wiąże się z tym jednak jedna, podstawowa zasada – w momencie, w którym zostanie ogłoszony zwycięzca, postać która została wybrana zostaje wzięta pod moje skrzydła. To znaczy, że to ja będę decydować o jej losach, a Wy zrzekacie się do niej praw (naprawdę głupio by mi było, jeśli potem usłyszałabym, ze komuś tą postać ukradłam. To ma być tylko taki mały dodatek, zrobiony dla Was, a dla mnie fajne ćwiczenie, bo w końcu będę musiała operować postacią ze stworzonym już charakterem).
Co należy zrobić, żeby wziąć udział w konkursie?
Wystarczy napisać maila na ten adres: atelierscript@onet.pl
Mail powinien zawierać:
1. Imię i nazwisko postaci.
2. Wiek.
3. Powiązania rodzinne (lub ich brak).
4. Miejsce pochodzenia.
5. Dom w Hogwarcie do którego uczęszcza/uczęszczała postać.
6. Opis wyglądu.
7. Opis charakteru.
8. Różdżka, względnie takie informacje jak: patronus, bogin. 
9. Specjalne hobby, upodobania, ulubiony przedmiot w szkole, wymarzona praca, mniejsze i większe marzenia.
*10. Kim powinna być postać?
11. Inne (jeśli masz jakiś własny pomysł na temat, którego tu nie zawarłam, napisz jaki).
Dziesiąty punkt jest opcjonalny i jako jedyny może być nie brany przeze mnie pod uwagę. Każdy z podpunktów można interpretować dowolnie, chociaż o wiele lepiej będzie się rozpisać :)
Wyniki zostaną ogłoszone przed początkiem drugiej części, a postać pojawi się w niej w, póki co, nieokreślonym czasie.

MŁODZI AUTORZY
Niektórym z nas udaje się dojść do czegoś większego, niż druga rocznica bloga. Kilka dni temu mój znajomy osiągnął właśnie coś takiego – wydał swoją własną książkę. W związku z tym, chciałabym polecić Wam jego dzieło i zwrócić uwagę na to, że wszyscy kiedyś zaczynaliśmy od tego samego. I warto, naprawdę warto mieć marzenia!
Jest rok 2660. Ludzie żyjący w różnych wszechświatach nie są szczęśliwi – ich życie jest zautomatyzowane i pozbawione wszelkich emocji. Już od pierwszych dni życia zażywają preparat, który zabija w nich zdolność kreacji oraz odczuwania. Zwolenników prawdziwego człowieczeństwa jest niewielu. Chcą nadać światu inny wymiar, ale ceną jest zgładzenie miliardów ludzi…

W roku 2660 wykryto po drugiej stronie Septium cywilizację. Ona także walczyła o przetrwanie. Pozbawiony sumienia i emocji rząd wydał rozkaz zniszczenia owej rasy. Wyścig zbrojeń trwa po dziś dzień, a imię projektu śmierci brzmi: M. E. S. J. A. S. Z.




POD OSŁONĄ ŚWITU
To chyba najbardziej stresująca dla mnie część dzisiejszego postu. Po trzech godzinach szykowania tego wszystkiego co przeczytaliście powyżej jestem już zmęczona, ale wciąż staram się ubrać to ładnie w słowa. I mam nadzieję, że mi się udaje.
Zanim pojawią się głosy oburzenia Pod osłoną świtu nie zastępuje mi Stop Dreaming. I nigdy nie zastąpi. Nie jest też tak, że olałam SD, niby nie mam czasu, a teraz nagle coś piszę. To, co mam napisane, pisałam w wolnych chwilach, a cała przygoda z POŚ zaczęła się już rok temu. Do tej pory utrzymywałam to w tajemnicy i o wszystkim wiedziała tylko moja jedna przyjaciółka. A teraz zdecydowałam się podzielić tym z Wami :)
Większość informacji umieściłam już na miejscu, więc jedyne co pozostaje mi zrobić, to zaprosić Was do zapoznania się z moim nowym dziełem, również powiązanym z tematyką potterowską.
Urodzenie się w szlacheckiej rodzinie równało się z oddaniem swojego życia w czyjeś ręce. Jeśli wychowywano cię w jednej z nich, dobrze wiedziałeś, że prędzej czy później będziesz musiał pogodzić się z brakiem wolnej woli. Zazwyczaj był to wiek ośmiu lat. Czystokrwiste dzieci, bo tak mówiono na nas w towarzystwie, były wtedy wprowadzane w życie swojej rodziny, mogły brać udział w uroczystych obiadach i galach. Ja straciłam kontrolę nad własnym dużo wcześniej.
Dopiero w moje siedemnaste urodziny w końcu pozwolono mi dowiedzieć się prawdy. Według tradycji, zostałam wtedy oficjalnie wprowadzona do mojego rodu, a każda tajemnica miała stanąć przede mną otworem. Miałam poznać jeden, jedyny cel.
I poznałam. Było nim doprowadzenie do upadku Czarnego Pana.
Rok później cały ślad po moim istnieniu zniknął z powierzchni Ziemi. Nie zachowały się żadne zapiski, zdjęcia, czy wspomnienia, świadczące o tym, że kiedykolwiek istniał ktoś taki jak ja.
Zniknął każdy dowód, oprócz mojego słowa. Głupiego nazywam się Yvesanne Marie Rieux i oto moja historia.


No i nie pozostaje mi nic innego na koniec, jak pożegnać się z Wami.
Jeszcze raz dziękuję, za każde ciepłe słowo, komentarz, wyświetlenie, czy polubienie na facebooku. Nawet nie wiecie ile to dla mnie znaczy.