piątek, 27 czerwca 2014

7. Pętliczka złośliwa

Październik otulał błonia szalem złotych promieni przeplecionych z czerwienią liści opadających na pożółkłą trawę. W powietrzu dało się wyczuć zapach jesieni, wiatru wirującego pomiędzy starymi drzewami Zakazanego Lasu i słońca. Zapach ostatnich ciepłych dni. Długo myślałam nad tym co powinnam napisać. Wiatr porywał kolejne, wyrzucone w powietrze pergaminy, zabarwione pustymi słowami, a mnie ogarniała przemożna chęć wyrzucenia z siebie wszelkich trosk. Zamoczyłam pióro w atramencie i zawiesiłam o cal nad kolejnym, czystym pergaminem. Czułam, jak z każdą kolejną sekundą moja ręka drży coraz bardziej, ale nie byłam w stanie zmusić słów do wydostania się na zewnątrz. Nie wiedziałam co powinnam, co chcę napisać.
Kiedyś, kiedy byłam mała, mama obiecywała mi, że nie istnieją problemy, których nie da się rozwiązać. "Znajdź trochę miejsca, usiądź i pomyśl. Co chciałabyś zmienić? Napisz to na kartce, a potem pozwól, żeby zabrał ją wiatr, tak, jakby to Twoje troski ulatywały w przestrzeń". Kłamała. Nic nie było takie proste.
Błonia tonęły w ciszy. Powoli odłożyłam swoje rzeczy na bok i z westchnieniem objęłam się ramionami, opierając głowę na kolanach. Ostatnie promienie słońca drażniły czubki najwyższych drzew Zakazanego Lasu pokładając się na tafli niewzruszonego jeziora, rozszczepiając się na miliony innych braw. Gdzieś w oddali rozległ się donośny grzmot. Powinnam już wracać. Tak, powinnam. Kołysałam się cicho, wsłuchana w rytm wiatru i zastanawiałam nad ostatnimi dniami. Nie można było powiedzieć, że nie próbowałam. Próbowałam, starałam się z całych sił, naprawdę, a jednak nie potrafiłam wyzbyć się kąśliwych uwag i ciągłego podgryzania się z Huncwotami. Kolejny grzmot rozległ się stosunkowo blisko, jednak nie zwróciłam na to uwagi. Pochłonęły mnie własne myśli, nie zauważyłam ciemnych, burzowych chmur, cienkich błyskawic pojawiających się na brudnoszarym sklepieniu. Powoli dotknęłam dłonią chłodnego łańcuszka i przejechałam kciukiem po srebrnej zawieszce. Powinnam go zdjąć i wrzucić do jeziora, najdalej jak potrafię, jednak jakaś część mnie wciąż nie była na to gotowa. Nie potrafiła wymazać pięciu lat w kilka sekund. Potrzebowałam jeszcze trochę czasu. Z westchnieniem zacisnęłam pięści i w ciszy starałam się wyrzucić z głowy wspomnienia.
Pierwsze krople zimnego deszczu ze stukotem opadły na dotychczas spokojną taflę jeziora, kiedy wpatrzona w przestrzeń przed sobą chowałam łańcuszek pod bluzkę. Z jękiem wrzuciłam swoje rzeczy do torby i podniosłam się na równe nogi. Nim zdążyłam przebiec choćby dziesięć metrów byłam cała mokra. Zarzuciłam na głowę kaptur granatowej bluzy i popędziłam w stronę majaczących w deszczu zamkniętych wrót zamku. Dotychczas słoneczne błonia pokryły się oblepiającą, mamiącą mgłą. Biegłam, gubiąc się w strugach zimnego deszczu i w myślach przeklinałam własną głupotę. Kiedy w końcu udało mi się pchnąć ciężkie odrzwi i wpadłam to cichej sali wejściowej, poczułam się jak przemoczona kuropatwa. Ociekałam wodą, nie mówiąc już o tym, że musiałam wyglądać jakbym przepłynęła jezioro wpław. Z grymasem ruszyłam na ostatnie, siódme piętro, pozostawiając za sobą mokre ślady.
– Jesienne bulgwie – mruknęłam, dochodząc do portretu Grubej Damy.
– A tobie co się stało? – spytała zaskoczona, wyskakując do przodu i odsłaniając kamienne wejście.
– Nie pytaj – jęknęłam, gramoląc się do środka.
Z westchnieniem przekroczyłam próg Pokoju Wspólnego i poczłapałam w stronę kominka.
– Wow – zawołała Drocas. Gryfoni podążyli za jej wzrokiem i wkrótce ich spojrzenia spoczęły na mnie. Czując jak się czerwienię rzuciłam torbę na ziemię.
– Błagam. Bez komentarzy. – Powoli wyciągnęłam z kieszeni różdżkę i jednym machnięciem osuszyłam ociekającą wodą szatę.
– Widzę, że złapał cię deszcz – zachichotał Frank, który podszedł do mnie i uniósł do góry mokry strąk włosów.
– Nie, no co ty – syknęłam, akcentując każde słowo.
– Oho, a ta znowu kąsa – wymruczał Syriusz, odrzucając na bok Renomowany przybornik mistrza psikusów. – Uspokój się, gąsko.
– Nie będziesz mi mówił co mam robić. I... nie nazywaj mnie gąską – dodałam po chwili zastanowienia, rzucając się na fotel najbliżej wesoło trzaskającego ognia w kamiennym kominku.
– No pięknie, a miałem nadzieję na jeszcze trochę dobrej pogody – jęknął James, wyciągając się na sofie i patrząc tęsknie w stronę okna.
– Co racja to racja, wrzesień jakoś nie raczył nas słoneczkiem.
Przymknęłam oczy rozmasowując sobie skronie i całkiem wyłączyłam się z rozmowy. Wiedziałam, że powinnam iść na górę i się przebrać, w końcu zaklęcie podziałało jedynie na garderobę, a ja sama wciąż byłam mokra, jednak jakaś potężna siła nie pozwalała mi podnieść się z wygodnego fotela. Z każdą kolejną sekundą zapadałam się coraz bardziej i coraz głębiej, mając wrażenie, że jeszcze chwila i usnę.
– Co to za naszyjnik?
Otworzyłam oczy i spojrzałam na znajomych.
– Co?
– Co to za naszyjnik. Nigdy wcześniej go nie widziałem – powtórzył Syriusz marszcząc brwi. – James, nie chce cię martwić, ale Lily ma chyba nowego adoratora.
Zagryzłam wargę unikając spojrzenia Mary i natychmiast schowałam łańcuszek pod bluzkę. 
– Dostała go od mamy – powiedziała dobitnie, na co ja pokiwałam głową.
– Od mamy? – zapytał z powątpieniem Black, za co oberwał w głowę od Jamesa.
– Jak mówi, że od mamy, to chyba znaczy, że od mamy.
– Wybaczcie, ale jestem strasznie zmęczona – mruknęłam cicho udając, że ziewam – więc no... Idę się położyć.
Szybko złapałam torbę i odprowadzana zdziwionymi spojrzeniami ruszyłam w stronę damskich sypialni.
Wiedziałam, że Mary poznała łańcuszek. Zamknęłam za sobą drzwi dormitorium i z jękiem ruszyłam w stronę łazienki. To było naprawdę głupie, czemu tego nie przewidziałam? Ogromny potwór zaryczał w mojej piersi, wiercąc ogonem gdzieś poniżej mojego pępka, a ja miałam wrażenie, że zaraz zwymiotuję. Znowu poczułam się jak w dzień feralnego wyjścia do Hogsmeade, kiedy uświadomiłam sobie jak źle traktowałam Mary. Czemu wciąż to robię? Czemu ją ranię?
Nie wiem ile czasu stałam pod gorącym strumieniem wody, starając się spłukać z siebie wszystkie winy. Naszyjnik boleśnie wbijał się w mój obojczyk, rozgrzany przez wrzątek. Ręce drżały, kiedy zakręcałam kurki. Były całe czerwone. Powoli podeszłam do lustra i zaczęłam trzeć oczy, pozwalając by włosy zasłoniły moją twarz. Czułam się fatalnie, nawet kiedy opłukałam buzię zimną wodą. Powoli wytarłam się i przebrałam w wyciągnięte dresy, by po chwili ze zgrzytem otworzyć drzwi łazienki. W dormitorium panowała ciemność, wiec na początku nie zauważyłam szarych oczu wpatrzonych we mnie. Dopiero w połowie drogi do łóżka zorientowałam się, że siedzi na nim Mary. Zatrzymałam się i przełknęłam ślinę.
– Czemu masz go na sobie?
Czułam się strasznie, jej głos miażdżył każdą najmniejszą cząstkę mojego ciała. Już wolałabym, żeby krzyczała.
– Obiecałaś mi, że spróbujesz zapomnieć – wyszeptała.
– Przecież próbowałam. Ciągle i ciągle, cały czas starałam się załatać stare dziury!
– Więc czemu nie wyrzuciłaś tego naszyjnika?! Czemu wciąż masz go na sobie?! – krzyknęła podnosząc się z łóżka. Powoli cofnęłam się na kilka kroków, czując jak drżą mi kolana, a mała zawieszka w ksztalcie lilii delikatnie wibruje na mojej szyi pod wpływem jej głosu.
– Przepraszam – wyszeptałam, kiedy pierwsze łzy potoczyły się po moich rozgrzanych policzkach. Mary z jękiem podeszła do mnie i przyciągnęła do siebie, zamykając w swoich ramionach.
– Jesteś dla mnie najważniejszą osobą, Lily. Nie potrafię patrzeć jak cierpisz, ale nie potrafię też patrzeć na to jak sama zadajesz sobie ból! Zrozum – mruknęła, łapiąc mnie za ramiona i spoglądając prosto w moje oczy – że wszyscy tu dla ciebie jesteśmy. Wszyscy
Czułam jak dygocze pod wpływem dreszczów jakie mną wstrząsały. Powoli, z cichym westchnieniem poprowadziła mnie w stronę łóżka i pozwoliła, żebym ułożyła się wtulona w poduszki.
– Nie będę prosić cię żebyś mi go oddała, jednak wiedz, że nie zamkniesz tego rozdziału, dopóki nie pozbędziesz się wszystkich pamiątek i nie odetniesz od siebie wspomnień. Kiedyś to przestanie boleć, obiecuję. Wyrzucisz go, kiedy będziesz na to gotowa. – dodała po chwili ciszy. Przyglądałam się jej i myślałam nad tym jak bardzo się zmieniła. Zmarszczyłam brwi kiedy dotarło do mnie, że to nie jest już ta sama, nieśmiała Mary. Minęło jeszcze kilka sekund, po których nachyliła się nade mną i złożyła na moim czole delikatny pocałunek. Później wstała i cicho wyszła z pokoju, zabierając ze sobą wszystkie moje uczucia.

Tej nocy pierwszy raz od dawna nie miałam koszmarów. Kiedy otworzyłam oczy dopiero świtało, jednak jakaś część mnie wiedziała, że jest dobrze. Będzie dobrze. Powoli zacisnęłam zimne palce na srebrnym łańcuszku i pozwoliłam sekundom swobodnie mijać.
Dopiero gdy poczułam się na siłach wstałam i w ciszy sięgnęłam po bordowy sweter. Zatoki zapulsowały ostrym bólem, kiedy schyliłam się po świeżą bieliznę, więc z jękiem oparłam się o szafę. Cudownie, brakowało jeszcze tego, żebym była chora. Powoli przebrałam się w czyste ubrania, między czasie spoglądając na błonia tonące w strugach deszczu, czując się jeszcze gorzej na myśl o lekcji zielarstwa na zewnątrz. Widać los kpił ze mnie spoglądając prosto w moją twarz.
Starając się nie hałasować wykonałam poranną toaletę, a kiedy schylałam się po torbę przez mój kręgosłup przebiegł zimny dreszcz. Nie byłam jedyną osobą, która nie spała. Powoli rozglądnęłam się po pokoju. Dziewczyny cicho pochrapywały, a nie było tu nikogo innego. W pomieszczeniu panowała dojmująca cisza. Powoli podeszłam do lustra powieszonego tuż obok wielkiej szafy i odgarnęłam z ramion rude loki. "A więc to ten czas, kiedy zaczynasz świrować, Lily" jęknęłam w duchu. Przyglądałam się swoim roziskrzonym, zielonym oczom i rozgrzanym, czerwonym policzkom. Wcale nie byłam piękna. Spojrzałam na odbicie śpiącej Mary i westchnęłam cicho. Zawsze zazdrościłam jej wyglądu. Miała piękne, kasztanowe loki i szare, mądre oczy. Za każdym razem kiedy spoglądała na mnie przewiercając w moim brzuchu dziurę czułam, jak w środku aż wszystko krzyczy o jej dojmującej urodzie. A ona po prostu nie zdawała sobie z tego sprawy.
Delikatnie ujęłam w dłonie ogniste włosy i ścisnęłam w pięściach. Chciałam się ich pozbyć, wyrwać, wyrzucić, zniszczyć. Odciąć od siebie każdą cząstkę, która tak boleśnie przypominała mi o tym co było i o tym, czego już nigdy nie będzie. Objęłam się ciasno ramionami, przełykając słone łzy.
– Nienawidzę cię – wyszeptałam w stronę swojego rozmazanego odbicia.
Minęło kilka sekund, kiedy zorientowałam się, że przestrzeń w rogu pokoju delikatnie drgnęła. Odwróciłam się i przerażona wpatrywałam w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą, mogłabym przysiąść, widziałam zarys człowieka. Powoli sięgnęłam po różdżkę.
– Lily? – Alicja podniosła się z łóżka i zmarszczyła brwi. – Co ty wyrabiasz?
– Ktoś tutaj jest – wyszeptałam, wskazując róg pokoju. – Tam.
– Co? – Brunetka powędrowała za moim wzrokiem i zamarła w pół kroku. Po chwili z wymuszonym uśmiechem spojrzała na mnie. – Tu nikogo nie ma, Lily.
– Widziałam coś, o tam, na pewno...
– Nie, spójrz – zawołała dziewczyna, podchodząc we wskazane przez mnie miejsce, po czym zaczęła wymachiwać rękami. Miała rację, nikogo tam nie było. Zmarszczyłam brwi i opuściłam różdżkę. – Myślę, że powinnaś coś zjeść. Nie jadłaś wczoraj kolacji, może po prostu zrobiło ci się słabo i coś ci się przewidziało?
Jeszcze chwilę wpatrywałam się w miejsce, w którym minutę temu pojawił się tajemniczy przybysz, po czym ze zrezygnowaniem pokiwałam głową i złapałam torbę.
– Do zobaczenia na śniadaniu – mruknęłam.
Kiedy zamykałam drzwi, usłyszałam cichy szept dziewczyny. Przystanęłam na pierwszym schodku i wytężyłam słuch.
– Co ty najlepszego wyrabiasz? – To było do mnie? Wpatrywałam się w dębowe pręgi, jednak z pokoju nie doszedł już żaden dźwięk. A więc świetnie, teraz nawet znajomi mają mnie za obłąkaną wariatkę, którą trzeba pilnować dwadzieścia cztery godziny na dobę, bo widzi jakiś niewidzialnych ludzi i chce walić w nich zaklęciami. Super.
Powoli zeszłam na dół i samotnie powędrowałam do Wielkiej Sali. Usiadłam przy jeszcze pustym stole i sięgnęłam po pączka. Starając się nie zwrócić wszystkiego co włożyłam do buzi, w ciszy odliczałam do dziesięciu. Zdecydowanie chciałam wrócić do łóżka.
– Hej. – Podniosłam głowę i spojrzałam na Dorcas, która cicho stękając usadowiła się przede mną. Niebieskooka odgarnęła powoli z twarzy czarne włosy i uśmiechnęła się nieśmiało. – Wczoraj przeniosłam chyba z milion książek w bibliotece, normalnie myślałam, że kręgosłup mi siądzie.
Pokiwałam głową i znów spojrzałam na talerz z nadgryzionym pączkiem.
– Lily, posłuchaj... Słyszałam co powiedziałaś w dormitorium. – Moje serce zabiło mocniej, kiedy jej smutny wzrok próbował złapać mój. – Słyszałam jak... Jak mówiłaś... Nie obraź się, ale... Lily, jesteś cudowna. Piękna, mądra, niesamowicie mądra, tak notabene. Czemu tak myślisz? Jesteś ideałem, a j–ja... – Przerwała, zaciskając palce lewej ręki na prawym nadgarstku. – A ja przy tobie to zwykłe dno.
– Dorcas – wyszeptałam omiatając ją zszokowanym spojrzeniem. Dziewczyna pochyliła głowę do przodu, chowając się za woalem kruczoczarnych włosów i powoli objęła się za ramiona. – Hej...
Nie wiedząc co robię dotknęłam jej pulchnej twarzy i otarłam samotną łzę. 
– Hej...
Nie wytrzymałam. Poczułam, jak po moich policzkach toczą się słone krople, kiedy dziewczyna z obrzydzeniem wpatrywała się w talerze wypełnione donatami, eklerkami i nadziewanymi rogalikami. Nie zastanawiając się co właściwie chcę zrobić dałam nurka pod stół i wynurzyłam się z drugiej strony, siadając obok Gryfonki i przyciągając ją do siebie.
– Dorcas, przestań. Przestań, słyszysz? Jesteś piękna – szeptałam cicho, gładząc ją po włosach, sama ledwo powstrzymując dławiące łzy. – Jesteś piękna. I każdy kto to podważy jest nic nie wartym zerem. – Odsunęłam ją od siebie na odległość ramion i spojrzałam prosto w rozmigotane oczy. Powoli otarłam wierzchem dłoni jej mokre policzki i założyłam niesforne kosmyki za ucho.
– J–ja... – wyjąkała, jednak nie pozwoliłam jej dokończyć. Pokiwałam powoli głową i uśmiechnęłam delikatnie. Poczułam się tak, jakbym nie miała prawa narzekać na własne głupstwa. W środku paliłam się ze wstydu myśląc o tym jaka egoistyczna byłam. Przecież było tyle osób, które miały o wiele gorsze problemy ode mnie, jak mogłam się nad sobą użalać?
– Słyszałam, że w tym roku owocowa sałatka jest obłędna! Tegoroczne zbiory musiały być bardzo dobre – zawołałam, sięgając po daleki półmisek wypełniony jabłkami, bananami i winogronami. Dorcas uśmiechnęła się do mnie i delikatnie ścisnęła moją dłoń.
Dziesięć minut później w drzwiach stanęła reszta Gryfonów. Ani ja, ani Meadowes nie wspomniałyśmy o naszej rozmowie i obie zachowywałyśmy się tak, jakby wcale się nie wydarzyła. 
– O mój boże – wyszeptał Lupin, prawie wylewając dzban z sokiem dyniowym. W jego dłoniach drżał nowy numer Proroka Codziennego, a blondyn wpatrywał się w pierwszą stroną z szeroko rozwartymi oczami.
– Co się stało? – pytała zdziwiona Alicja, odsuwając się od chichoczącego Franka.
– Posłuchajcie tego – wyjąkał zduszonym głosem, rozkładając gazetę na stole. – Wczoraj późnym popołudniem Śmierciożercy zaatakowali okolice Burminghton. Zakłada się, że w wybuchu, do którego doszło zginęło dwa tuziny niewinnych mugoli. Ministerstwo wciąż bada sprawę i nie zdradza szczegółów. "Kiedy przybyliśmy na miejsce było już po wszystkim, nikogo tam nie zastaliśmy. Oczywiście oprócz zmasakrowanych ciał tych ludzi" mówi Crystal McRoner, urzędnik z departamentu Magicznych Wypadków i Katastrof. Nic nie wiadomo o rzekomych sprawcach całego zajścia, a wszyscy świadkowie zostali natychmiast zabrani na przesłuchania. To nie pierwsza taka katastrofa, tydzień temu widziano kilku zwolenników Tego–Którego–Imienia–Nie–Wolno–Wymawiać przy Traselt Street, gdzie doszło do masowego morderstwa znanego rodu czarodziejów. Zaczyna się. – Jego twarz poszarzała, kiedy skończył czytać.
– "Ministerstwo wciąż bada sprawę", "nic nie wiadomo o rzekomych sprawcach", stek bzdur! – krzyknął Syriusz, a kilka osób obróciło z zaciekawieniem głowy w jego kierunku. 
– Ciszej – jęknęła Alicja, jednak chłopak nie był jedynym, który tak zareagował. W Wielkiej Sali powoli narastały głośne rozmowy, widocznie nie tylko Remus otrzymał Proroka.
– To jest zupełnie chore, czemu atakują niewinnych mugoli? – spytała szeptem Mary, wpatrując się w maselniczkę w kształcie godła Gryffindoru.
– Voldemort nie znosi brudnej krwi – mruknął Black, wkładając całą swoją frustrację w dwa ostatnie słowa. Rozmowa toczyła się dalej, jednak ja przestałam słuchać. "Dwa tuziny niewinnych mugoli...". Wpatrywałam się w pierwszą stronę gazety, na której migotały blaski fleszy, wokół wielkiego, głębokiego na trzy metry dołu, wypełnionego ciałami. Czym różnili się ci ludzie od mojej rodziny?

– Oto Pętliczka Złośliwa. Ktoś wie może co to za roślina? – profesor Sprout obrzuciła nas wyczekującym spojrzeniem, jednak nie uzyskała oczekiwanej reakcji. Dzisiaj lekcje zielarstwa odbywały się w ostatniej szklarni, do której przedarcie się przez strugi lodowatego deszczu było dwa razy trudniejsze niż zwykle. – Nikt? No więc dobrze. Pętliczka jest z rodzaju sidłowatych. Wykazuje się jedną z większych sił zaciskowych i jest bardzo trudna do pokonania, jeżeli już uda jej się nas zaatakować. Proszę mieć na uwadze to, że to dopiero sadzonki, więc krzywdy nam nie zrobią, ale jeżeli pozwolimy owinąć im się wokół kończyn wstrzykną dostatecznie wiele jadu, żebyście odpadli na resztę dnia. Więc jeżeli nie chcecie niczego przegapić radziłabym raczej uważać.
– Jadu? – syknął cicho Peter, jednak Sprout to zignorowała.
– Dzisiaj będziemy zasadzać młode Pętliczki. To naprawdę nic trudnego, wystarczy włożyć sadzonkę do jednej z tych donic a potem przysypać najpierw cheryną, czyli tym białym nawozem, a następnie ziemią. Kiedy nadejdzie czas, Pętliczka wypuści pędy, a na każdym wyrośnie od dwudziestu do stu bardzo cennych owoców, które będą kluczowym składnikiem jednego z eliksirów, który będziecie musieli uwarzyć u profesora Slughorna. Sugerowałabym więc raczej się postarać – mruknęła, spoglądając na chichoczących Huncwotów. – No dobrze, do pracy!
Stanęłam przy Mary i obie spojrzałyśmy płochliwie w stronę wijących się sadzonek. Praca wcale nie była tak łatwa, jak profesor Sprout ją opisała. Pętliczka Złośliwa skądś musiała wziąć tą nazwę, bo kiedy już trzymało się ją w rękach, wszystkimi mackami łapała się brzegów donic i nie było siły, żeby ją tam wepchać. Wyczuwając zmęczenie próbowała owinąć się wokół naszych nadgarstków. Na domiar złego, kiedy już udało mi się upchać swoją na dno naczynia, ta zaczęła podskakiwać jak szalona, żeby się stamtąd wydostać.
– Prościzna – zachichotał Syriusz, przyglądając się walczącemu z rośliną Jamesowi.
– Jak jesteś taki mądry to sam to zrób – odpowiedział brunet, patrząc na niego wściekle.
– Co tak brutalnie – mruknął Black i powoli podszedł do donicy.
– Zakład o dziesięć galeonów, że mu się nie uda? – wyszeptałam w stronę Lupina, który zachichotał cicho, przyglądając się z uśmiechem jak wysmarkuję już drugą paczkę chusteczek, a potem na przekór śmiejącej się z mojego zaczerwienionego nosa Macdoanald usiłuję nie upuścić wijącej się Pętliczki. 
– Zakładasz się, Evans? A co jak przegrasz? – zapytał Syriusz, podnosząc brwi.
– Nie przegram – wyjąkałam, z trudem utrzymując sadzonkę w donicy. – Mary, podaj mi proszę cherynę, sama nie dam rady – jęknęłam po chwili.
– Chcesz nawozu, to masz! – Spojrzałam na Syriusza, który w tym samym momencie rzucił we mnie kulką białej ziemi. Rozległ się jego głośny chichot, kiedy oberwałam prosto w głowę. 
– Porąbało cię?! – krzyknęłam, kręcąc głową i próbując strzepać z włosów cuchnący nawóz, a Pętliczka korzystając z okazji mojego zdezorientowania podskoczyła i chwyciła mocno za moją rękę, owijając się na całej długości od łokcia, aż po nadgarstek, tak mocno, że prawie poczułam chrobotanie kości. Wydałam z siebie zduszony okrzyk, próbując ściągnąć z siebie roślinę, a Syriusz z przerażeniem popatrzył na Jamesa.
– Zróbcie coś! – pisnęła Alicja, kiedy Mary próbowała mi pomóc, jednak w miejscu połączenia macek wysunęło się coś przypominającego długi kolec jadowy, nie pozwalając jej się zbliżyć do mojej ręki.
Poczułam, że robi mi się słabo. Z trudem dostrzegłam profesor Sprout, która w końcu oderwała Pętliczkę i wrzuciła ją do wielkiej, czerwonej donicy.
– Nic ci nie jest kochana? – spytała przyglądając się mi. Sama nie byłam pewna, czy wszystko w porządku. Oddychałam ciężko, a przed oczami migały mi czarne plamki. – Może ktoś powinien zaprowadzić ją do skrzydła szpitalnego, a potem...
– Nie, nic mi nie jest – wyjąkałam biorąc głęboki oddech. – Naprawdę. Wszystko w porządku.
Profesorka omiotła mnie spojrzeniem a potem pokiwała powoli głową.
– Może nie zdążyła jeszcze wstrzyknąć jadu. W każdym razie, jeżeli poczujesz się słabo natychmiast idź do pielęgniarki, zrozumiano? – Pokiwałam głową, na co ona odeszła, bacznie mi się przyglądając.
– Lily! – szepnęła Mary doskakując do mnie.
– Wszystko w porządku? – spytała zatroskana Hawkins.
– Lily! Jezu, przepraszam cię strasznie! – Syriusz wyglądał na przerażonego.
– Ja... N–nic się nie stało – jęknęłam, siadając na doniczce.
– Na pewno?
– Tak. Tylko trochę... No, w porządku – wyszeptałam. Chłopcy wymienili spojrzenia, a dziewczyny pomogły mi pozbyć się resztek nawozu. Następne dwadzieścia minut spędziłam oparta o zimną ścianę szklarni, próbując oddychać przez zatkany nos.
Kiedy lekcja dobiegła końca powoli ruszyłam z Mary pod ramię na ostatnie zajęcia dzisiaj – eliksiry. W ciszy zeszłyśmy do lochów, a potem zajęłyśmy miejsca z przodu sali. Po chwili pojawił się profesor Slughorn, który zacmokał i uśmiechnął się do mnie ciepło.
– Chyba pamiętasz Lily, że jak co roku organizuję małe przyjęcie z okazji Nocy Duchów? – zagruchotał, na co Alicja naciągając szatę na głowę parsknęła śmiechem. – Mam nadzieję, że pojawisz się w lochach trzydziestego pierwszego października?
– Oh... Ależ oczywiście – wyjąkałam, na co profesor zaklaskał w dłonie.
– Dziewiętnasta trzydzieści, zaproszenie podeślę ci przez kogoś z młodszej klasy. No dobrze, proszę o uwagę! Dzisiaj zajmiemy się eliksirem Żarłoczności. Pomimo stosunkowo prostego przepisu jest bardzo skomplikowany w uwarzeniu, więcej informacji znajdziecie na stronie trzydziestej czwartej!
Mary z westchnieniem wstała i po chwili ociągania poszła po potrzebne składniki, a ja przyglądałam się obrazkom przedstawiającym wyniki przedawkowania. Obraz rozmywał mi się przed oczami. Pokiwałam głową i zacisnęłam powieki. Wytrzymam, jeszcze tylko godzina, a potem będą mogła wziąć leki i w końcu położyć się w łóżku. Skupiłam się na recepturze ustalając w głowie porządek dodawania składników, kiedy ktoś stanął przede mną, zasłaniając snop światła padającego z płonących świec. Podniosłam wzrok i natrafiłam na ciemne, prawie czarne tęczówki Syriusza.
– Lily, przepraszam. Ja... – spojrzał na Jamesa, który z założonymi rękami pokiwał głową i bezgłośnie wymówił "no dalej". – Przepraszam, naprawdę. 
– Powinnam się wściekać za ten nawóz, wiesz o tym, prawda?
– Tak, wiem. To był tylko żart, wybaczysz mi? – spytał, a ja wywróciłam oczami.
– To tylko nawóz, Black. – mruknęłam powstrzymując się przed jakąś kąśliwą uwagą, a korciło mnie tak, że myślałam, że zaraz wypali mi dziurę w brzuchu. Z westchnieniem schyliłam się po kociołek leżący pod ławką. Syriusz poklepał mnie po plecach i odszedł, a ja podniosłam się szybko – za szybko. Poczułam jak oblewa mnie fala zimna, a przed oczami pojawiają się mroczki, jednak na tym się nie skończyło. Wręcz przeciwnie – powróciło uczucie słabości, a moja klatka piersiowa zaczęła się unosić w szybszym tempie. Złapałam się blatu i pochyliłam do przodu.
– Lily? – usłyszałam głos Jamesa, odległy i cichy, jakby nie był wstanie przedrzeć się przez ogarniającą mnie ciemność. Kociołek wyślizgnął się z moich dłoni i z brzdękiem upadł na podłogę, a ja zakołysałam się, opadając w czyjeś wyciągnięte ramiona.

Poczułam, że się unoszę. Lewituję? Nie, na pewno nie. Czułam czyjeś dłonie kurczowo zaciskające się wokół mojego ciała, czułam jak z każdym krokiem unoszę się i opadam. Spróbowałam otworzyć oczy, jednak powieki były zbyt ciężkie.
– Nie wierć się tak Lily, chyba że chcesz żebym cię upuścił – usłyszałam. Z trudem uniosłam głowę i ostatkami sił spojrzałam w migdałowe oczy Jamesa Pottera.
– Co... – wyszeptałam, jednak chłopak pokręcił głową. Wyglądał na zmartwionego.
– Lily, błagam, leż spokojnie. – Nic z tego nie rozumiałam, co się stało?
Nie miałam sił na nic więcej, więc oparłam głowę o jego tors i poczułam jak drży.
– Jeszcze chwilę, wytrzymaj.
Oblała mnie kolejna fala zimna. Zaczęłam dygotać i jęknęłam cicho, kiedy ubranie przykleiło się do mojego mokrego ciała.
– Lily... – zaczął chłopak, jednak urwał. Spojrzał na mnie, a jego źrenice gwałtownie się rozszerzyły. Wolną dłonią dotknął mojej twarzy, zbierając kropelki potu. – Jesteś rozpalona.
Spróbowałam wziąć głęboki oddech, jednak moje płuca płonęły żywym ogniem z każdą próbą zaczęrpniecia powietrza. Brunet widząc to przyspieszył kroku i prawie biegiem przemierzał korytarz za korytarzem. 
– Zostań ze mną, hej, słyszysz? Lily!
Przez szatę czułam jego szybko bijące serce. Zerkał na mnie z przerażeniem na twarzy, a ja czułam, że powoli odpływam.
– Pani Pomfrey! – krzyknął wbiegając na salę.
– O mój boże, co jej się stało?
Zaczęłam się krztusić. James ułożył mnie delikatnie na jednym z łóżek. Czułam jak trzęsą mu się ręce, kiedy robiąc to pokrótce opowiedział szkolnej pielęgniarce o tym co zaszło.
– Trzeba było przyjść z tym od razu do mnie! – krzyknęła pochylając się nade mną.
Ostatnie co zapamiętałam to jej zimne ręce na mojej twarzy i przerażony wzrok bruneta.


A więc to już. Minęło dziesięć miesięcy i znowu jesteśmy wolni. Kolejne dwa spędzimy na zbijaniu bąków i wylegiwaniu się w słońcu, ale czy nie było warto?
Ale nie przyszłam tu gadać o szkole, oczywiście ulżyło mi na widok tego czerwono-białego paska, o który tyle się martwiłam, ale nie. Czas na sprawę najważniejszą.
Od założenia bloga minęło sto dziesięć dni, a w ciągu nich pojawiło się aż sześćdziesiąt trzy komentarze i ponad 2700 wejść, których już nie chciało mi się pisać słownie i za które niezmiernie dziękuję. Z każdym kolejnym dniem jestem coraz bardziej dumna i zadowolona, aż w końcu, mam nadzieję, nadejdzie taki dzień, w którym SD naliczy sobie tylu wiernych czytelników, iż zabraknie liczb.
Życzę Wam kochani pięknych, słonecznych wakacji, dużo zdrowia i upalnych dni, drinków na plaży (tych bezalkoholowych oczywiście) i wakacyjnych miłości, a przede wszystkim weny, jak każdy pisarz.
Kolejny rozdział jak zawsze, za dwa tygodnie. Mam nadzieję, że ten Wam się spodoba, a jeśli tak, to że następny pobije wszystkie poprzednie. Do zobaczenia!

piątek, 13 czerwca 2014

6. Złoty znicz

Leżałam z otwartymi oczami, w ciemności wpatrując się w baldachim mojego łóżka. Próbowałam wsłuchać się w oddechy trzech, śpiących Gryfonek, jednak nie potrafiłam się na tym skupić. Drżałam, nieświadomie coraz mocniej zaciskając dłonie na srebrnym medaliku*. Powoli przewróciłam się na bok i przymknęłam oczy. Słowa Remusa wciąż wirowały w mojej głowie, jak gdyby właśnie szeptał mi je do ucha. Wiedziałam, że miał racje. Wszyscy mieli. Czemu nie potrafiłam się z tym pogodzić?
Przyjrzałam się małej zawieszce w kształcie lilii wodnej i poczułam, jak po policzkach ciekną mi łzy. Nie powinnam tego robić, a jednak powoli przejechałam palcem po łańcuszku i po chwili wahania zapięłam go wokół mojej szyi. Zacisnęłam powieki i siorbnęłam cicho nosem. Wciąż znaczyło to dla mnie więcej niż mogłabym przypuszczać.
Nieświadomie powróciłam myślami do dni, kiedy przyjaźń z Severusem dawała mi siłę na każdy następny. Pamiętałam święta bożego narodzenia, które spędził w moim domu. Pamiętam jego upitego ojca, płaczącą matkę i małego, czarnowłosego Ślizgona, który z podbitym okiem zjawił się pod moim oknem. Pamiętam każdą minutę ciszy w jakiej siedzieliśmy, ciemności w jakiej trzymałam go za rękę i szeptałam, że będzie dobrze.
Otworzyłam oczy i łapiąc się kolumienek łóżka powoli wstałam. Za oknem robiło się coraz jaśniej. Czując się tak, jakbym w każdej chwili mogła stracić resztkę sił, powoli zniknęłam w łazience. Zamknęłam za sobą drzwi i oparłam się o nie, oddychając ciężko. Nie mogłam pozwolić temu wydostać się bardziej, nie mogłam pozwolić mu mnie znowu zniewolić. Wiedziałam, że wystarczył moment słabości, żeby to wszystko powróciło. Wciąż nie wyleczyłam się z miłości jaką go darzyłam, chociaż chyba nigdy nie pomyślałabym o tym w ten sposób. Był moim bratem, moją bratnią duszą. Poczułam się tak, jakby jedno wspomnienie więcej mogło całkiem pozbawić mnie przytomności. Biorąc głęboki oddech osunęłam się na ziemię i zakryłam twarz dłońmi. Nie wiem ile czasu minęło, nie wiem, która godzina była kiedy znowu otworzyłam oczy. Na wpół przytomna wzięłam szybki prysznic i wróciłam do zalanego słońcem dormitorium i śmiejących się Gryfonek. Uśmiechnęłam się słabo w ich stronę i zniknęłam za kotarami swojego łóżka. Ktoś ruszył za mną.
– Lily? – Dopiero po kilku sekundach podniosłam głowę i spojrzałam w iskrzące oczy Mary. Wpatrywała się we mnie smutno. – Dołączymy do was na śniadaniu – zawołała, spoglądając w lewo. Rozległy się kroki i trzasnęły drzwi.
W chwili kiedy oparłam swoją głowę na jej ramieniu, a jej dłonie zacisnęły się na moich, wreszcie poczułam, że chcę to z siebie wyrzucić. Otworzyłam usta, a słowa same się ze mnie wylewały. Mary Ann wpatrywała się we mnie, delikatnie gładząc moje mokre włosy, pozwalając by słone łzy kapały na jej białą sukienkę. Kiedy zamilkłam nie wiedząc co jeszcze powiedzieć powoli otarła moje mokre policzki.
– Czy zmieniłam się aż tak?
– Zamknij oczy.
– Co? – szepnęłam zdezorientowana.
– Zamknij oczy. No już. – Zmarszczyłam brwi i zrobiłam co kazała. – Wyobraź sobie siebie. Wyobraź sobie miejsce, w którym jesteś, ludzi którzy są naokoło. Co widzisz?
– Mary... 
– Co widzisz – przerwała mi.
Westchnęłam i zacisnęłam powieki. Co widzę?
– Siedzę na podeście. Wiatr rozwiewa mi włosy. Obok siedzisz ty – przerwałam. Co widzę? – Ja... – Co właściwie widzę? 
W pokoju zapadła cisza. Czułam jak Mary delikatnie gładzi moją dłoń.
– Widzę Alicję i Franka, uśmiechającą się Dorcas. Lupina, siedzącego pod starym dębem. Syriusza, wymachującego palcem w moją stronę – zająkałam się i otworzyłam oczy. I Jamesa.
– Posłuchaj. Nic nie jest takie jak dawniej. Nie trzymaj się tego tak kurczowo. To tylko wspomnienia, wszystko ruszyło dalej. Kiedyś powiedziałabyś mi, że siedzimy w bibliotece, a gdzieś czeka na ciebie Severus. Teraz opisujesz przyjemny dzień, naszych... Naszych przyjaciół, Lily. Myślę, że Lupin miał absolutnie rację. Myślę, że powinnaś, choć na jeden dzień, porzucić cały ten bagaż, który za sobą ciągniesz i po prostu się bawić. Jesteś w stanie to dla mnie zrobić?
Wpatrywałam się w szmaragdowe plamki w jej szarych tęczówkach i zastanawiałam się nad jej słowami. Jestem w stanie to zrobić? Odpowiedź wyrwała się z moich ust tak niespodziewanie, że dopiero uśmiech przyjaciółki upewnił mnie, że to ja ją wymówiłam.
– Tak.

– Nie dam rady – szepnęłam, czując, że brakuje mi tchu. Mary ciągnęła mnie w stronę drzwi prowadzących do Wielkiej Sali, wywracając oczami.
– Bo zawołam Jamesa i zaniesie cię do stołu.
– Wątpię żeby chciał mnie jeszcze dotykać – mruknęłam, uwieszając się na poręczy schodów. – Wszyscy mają mnie za zwykłą idiotkę, Mary. Jestem nikim.
Szatynka przystanęła i oparła dłonie na biodrach patrząc na mnie groźnie.
– Lilyanne Evans.
– Lily.
– Będę cię nazywała jak mi się będzie podobać!
– Co tu się dzieje? – Obie odwróciłyśmy się i spojrzałyśmy na ubraną w barwy Gryffindoru Clarie. Jasne loki upięła w niechlujnego koka, wypuszczając uroczo kilka kosmyków. Powoli zeskoczyła ze schodów i poprawiła złoty szalik. – Wszystko w porządku?
– Tak, w porządku. Właśnie szłyśmy na śniadanie, może się przyłączysz? – zapytała Mary i nie czekając na jej odpowiedź złapała nas pod ramię i natychmiast ruszyła w stronę Wielkiej Sali.
Spoglądałam pod nogi i przysłuchiwałam się radosnemu szczebiotaniu Patford myśląc tylko o tym jak bardzo wolałabym zostać dzisiaj w łóżku. Ale obiecałam, obiecałam Mary, że na jeden dzień dam sobie spokój. Tylko po co?
– I jak nastoje? – krzyknęła blondynka rzucając się na miejsce pomiędzy Maryl i Emeliną Vance, które żywo dyskutowały o nowych ochraniaczach. Mary usadowiła się obok Dorcas i pozostało już tylko jedno miejsce. Z cichym westchnieniem usiadłam obok Jamesa i Syriusza.
– Wspaniałe!
– Byłam już na boisku, pogoda jest doskonała! – zawołała Marlena McKinnon, wychylając się w naszą stronę. – Nie ma mowy żebyśmy przegrali!
– Zwłaszcza z naszym nowym nabytkiem – zaśmiał się Syriusz.
– O czym ty mówisz? – spytała Mary, kopiąc mnie w kostkę i rzucając wymowne spojrzenie, jednak nie podniosłam głowy, wciąż młócąc łyżką po talerzu.
– Nie słyszałaś? Na nową pozycję pałkarza przyjęli Ever Crascand.
– Nie gadaj! – zawył Peter, upuszczając kiełbaskę.
– Przecież mówiliśmy ci o tym w zeszłą środę Glizdku! – zaśmiał się James.
– Wszystko w porządku?
Spojrzałam na Lupina, który pochylił się delikatnie w moją stronę i uśmiechnął się ciepło. Powoli pokiwałam głową i odwzajemniłam uśmiech, ale wyszedł mi raczej grymas.
– Ale gdybyśmy grali ze Slytherinem, no cóż, to już co innego. W końcu mieliby prawdziwą fankę, nie sądzicie?
Przy stole zapadła cisza. Poczułam na sobie spojrzenia innych, kiedy moja ręka zatrzymała się w połowie drogi po puchar z sokiem dyniowym.
– Syriuszu... – Zaczął Lupin, jednak ten machnął ręką.
– Ale co by się przejmować.
– My też mamy wiele fanek – zachichotał Potter, szturchając przyjaciela łokciem. Powoli złapałam za srebrne naczynie i przytknęłam je do rozdygotanych ust. Spokojnie.
– Co prawda nie pajają takim ognistym temperamentem, ale...
Pochyliłam głowę w dół i zakryłam twarz woalem włosów, czując jak w kącikach oczu zbierają mi się łzy.
– ALE – dodał po chwili Syriusz, zaznaczając dobitnie każde słowo – w końcu Snape pokazał co znaczy, prawda? Lily, prawda?
Poczułam jak po moich policzkach toczą się pierwsze, perliste krople. Gdybym była mądrzejsza mogłabym się z nimi śmiać.
– Lily – powiedział Syriusz, czekając na moją reakcję. Powoli podniosłam głowę i pozwoliłam, żeby Gryfoni zobaczyli moją zapłakaną twarz. Miałam wrażenie, że wszyscy na raz wstrzymali oddech.
– Nigdy nie przeżyłeś czegoś takiego, prawda? – wyszeptałam. – Nigdy nie straciłeś kogoś, kto był dla ciebie wszystkim?
Przy stole zapanowało milczenie.
– Lily...
– Nie, Remusie. Skoro musicie po mnie jeździć, to może wytłumaczmy sobie wszystkie kwestie – wyjąkałam, ocierając łzy i spoglądając na Gryfonów. – Nikt z was nie wie jak to jest stracić wszystko. Nie, Syriuszu, nie liczy się twoja sytuacja, bo nigdy nie byłeś związany z rodziną. Kiedy okazało się, że jestem czarownicą, moja siostra całkiem się ode mnie odwróciła. Miałam jedenaście lat, to było jakby pozbawiono mnie wszystkiego co kochałam. Wtedy poznałam Severusa. Był ze mną każdego dnia, kiedy Petunia wyzywała mnie od najgorszych dziwaków, kiedy mnie znienawidziła. Codziennie pokazywał mi, że jestem wyjątkowa. Codziennie udowadniał mi, że coś się we mnie liczy. A ja... – zawahałam się. – A ja byłam dla niego kiedy to on potrzebował mnie. Kiedy jego ojciec go bił, a matka piła. Żadne z was nie przeżyło tyle zła, tyle brutalności. Wymykałam się w nocy tylko po to, żeby usiąść z nim na ziemi i potrzymać za rękę. Potrzebowałam go, nawet wtedy, kiedy już pojawiła się Mary. On po prostu był. Wiem, zmienił się. Nie widziałam, nie chciałam tego widzieć, tłumaczyłam sobie wszystko stresem przed egzaminami. Wszystko się kumulowało i w końcu wybuchło. Odsunęłam go od siebie, ale całe wakacje wytykałam sobie własne błędy, wmawiałam, że to moja wina...
– To nie była twoja wina...
– Na boga, wiem to! Wiem! Ale pozwoliłam mu się ode mnie oddalić, a to co zrobił bolało i boli do tej pory! Żadne z was nie zrozumie jak to jest stracić kogoś kto był wam najbliższy, więc przestańcie zachowywać się, jakbyście mieli prawo mnie karać za własne cierpienie! Nie wiecie nic! – wyszlochałam wstając. – Po prostu wiem jaki jest, wiele się zmieniło, ale czasem ciągle jest zwykłym jedenastolatkiem który podszedł do mnie i pomógł kiedy tego potrzebowałam! Dlatego go broniłam, bo nic nie zrobił, bo nigdy nic nie robił, a wy zawsze uwielbialiście się na nim wyżywać! Może gdybyście nie zmusili go do nienawidzenia was...
– Nie musieliśmy go do niczego zmuszać!
– Co nie zmienia faktu, że nawet nie próbowaliście tego nie robić, prawda Jamesie?
Wszyscy wpatrywali się we mnie, kiedy powoli odwróciłam się i ruszyłam w stronę wyjścia. Dopiero kiedy przekroczyłam próg puściłam się biegiem i zatrzymałam dopiero pod starym, samotnym bukiem przy jeziorze. Upadłam na kolana i głośno zaczerpnęłam powietrza, dławiąc się własnymi łzami. Wiedziałam, że powinnam zapomnieć, wiedziałam do cholery! Ale to wciąż było dla mnie zbyt świeże. Nie wierzę, że gdyby James stracił Syriusza, natychmiast by się pozbierał, zresztą ze wzajemnością, bo przecież Black nie miał poza nim nikogo. Z drugiej strony to dziewczyny są bardziej emocjonalne i byłam pewna, że żadne z nich i tak by nie zrozumiało jak się czuję. A czułam się tak, jakby ktoś wyrywał mi serce z piersi. Byłam tak podle rozdarta na starą, pewną siebie Lily i tą nową, prawdziwą, szczerą, posiadających przyjaciół. Tak, przyjaciół, bo chociaż nie zdawałam sobie z tego sprawy zależało mi na tej ósemce Gryfonów bardziej niż na kimkolwiek kiedykolwiek, nawet na Huncwotach, choć pewnie nigdy nie powiedziałabym tego na głos.
Gwar uczniów wylewających się na szkolne błonia dotarł do mnie kiedy wchodziłam po starych, drewnianych stopniach trybun. Zmęczona usiadłam w pierwszym rzędzie i przyglądałam się nadchodzącej szkarłatno–żółtej fali śmiejącej się i gawędzącej w najlepsze. Oddychałam powoli, bawiąc się palcami i układając wszystko w głowie, przynajmniej starając się to zrobić. Kiedy zza pleców dobiegły mnie pierwsze chichoty moje serce przyspieszyło. Otarłam szybko wciąż czerwone policzki i schyliłam się, udając, że szukam coś w torbie. 
– Będziesz tak grzebać póki mecz się nie zacznie, czy co? – głos Lupina był głośny i przepełniony śmiechem. Powoli wyprostowałam się, czując jak na policzki wypływa mi rumieniec. Chłopak pokręcił głową i siadając zarzucił mi rękę na ramiona. – Głuptas z ciebie.
Clarie roześmiała się serdecznie i razem z uśmiechniętą Mary usiadły zaraz za nami. Peter potknął się i potoczył do tyłu, a Dorcas korzystając z okazji zajęła ostatnie wolne miejsce, więc chłopak z jękiem usiadł na schodkach.
– No to co, już wszystko w porządku? – spytała Mary cicho, uśmiechając się do mnie ciepło.
– Ja... – wyszeptałam nie wiedząc co powiedzieć.
– Chcesz kwacha? – wyratowała mnie z opresji Potford, wyciągając w moją stronę papierową torbę.
– Yy, nie, dziękuję – mruknęłam, na co blondynka wzruszyła ramionami i władowała do buzi trzy sztuki na raz.
– To przypadkiem nie wypala dziur w języku, albo coś? – spytała sceptycznie Macdonald, jednak język Clarie wyglądała na całkowicie normalny, więc po krótkiej debacie z Remusem uznali, że widocznie niebieskooka już się na nie uodporniła. Skończyli w chwili kiedy na boisko wysypały się drużyny Gryffonów i Puchonów, na co widzowie zareagowali powszechnym poruszeniem. Pani Hooch wniosła na środek boiska drewnianą skrzynię i przywołała do siebie drużyny. Obserwowałam to wszystko zdziwiona tym, jak łatwo poszło. A raczej jak łatwo oni obeszli moje idiotyczne zachowanie. Na samą myśl w sercu zrobiło mi się cieplej.
– Black, Binner, McKinnon, Fenwick, Crascand, Deartorn, Potter! I to jest własnie nowy skład Gryfonów, bardzo dobry skład napomnę, nie mogący równać się z praktycznie niezmienionym Puchonów! – po boisku potoczył się głos Mathiasa Dogde'a, czwartoklasisty z Gryffindoru, który z entuzjazmem wymachiwał mikrofonem, nie zwracając uwagi na zdegustowaną profesor McGonagall. – A oto i oni, Louistrap, Stick, Dowson, Bones i Bones, Tomson iii mój ciapowaty braciszek, Thomas Dodge! – Na boisku zapanowała wrzawa. Wszyscy wiedzieli, że Mathias jako jedyny w swojej rodzinie trafił do Domu Lwa i uwielbiał wypominać to swojemu bliźniakowi. W chwili kiedy Thomas zaczął odgrażać się bratu, McGonagall krzyknęła głośne "możemy zaczynać" z wyrazem twarzy mówiącym, że jeżeli natychmiast to się nie stanie, to sama wsiądzie na miotłe i zacznie mecz. – No i wystartowali! Piłkę przechwytuje Sitck i natychmiast podaje do  Dowson... Hm, chyba oberwała tłuczkiem. Tak, kafel trafia w ręce McKinnon co za cudowna dziewczyna! Podaje do Binner, z powrotem McKinnon, Black, Binner, chyba będzie strzelać... Tomson szykuje się do obrony iii... TAAAK, TRAFIŁA, GOL DLA GRYFFINDORU!
Złoto–czerwony sektor wybuch głośnym wiwatem. Ludzie wokoło z wrzaskiem poderwali się z siedzeń i krzycząc klaskali. 
– Bones odbija tłuczka w stronę Pottera, ale Crascand blokuje i posyła go w stronę Louistrapa, ups, trafiła! Ta dziewczyna to kolejne nowe odkrycie Gryfonów, można powiedzieć bardzo trafne, bo świetnie daje sobie radę z agresywnymi tłuczkami! Ale... Tak, to Black przejął kafla i strzelił gola! Dwadzieścia do zera! Czy ktoś w ogóle zwrócił uwagę, że Tomson to beznadziejny gracz a piastuje stanowisko obrońcy już drugi sezo... – urwał, uchylając się przed torbą profesor McGonagall.
{muzyka przy której to pisałam. nie twierdzę, że pasuje, ale jakoś współgrała mi z okrzykami Gryfonów w mojej głowie, krzykiem kochanej Maryl kiedy podnosi ją Black i... oh, sami zobaczycie :)}
Obserwowałam jak Syriusz zdobywa jeszcze dwa gole, a potem wykorzystując jakąś nową technikę podaje kafla do Maryl, która zwinnie ominęła obrońce i strzeliła kolejnego gola. Gryffindor prowadził już pięćdziesięcioma punktami, co Lupin uczcił wymachując rękami i podskakując pod ramię z Mary. Między czasie Clarie wychylała się niebezpiecznie daleko za barierkę trybun i krzycząc głośno rzucała słodyczami w niczego niespodziewających się przeciwników. Nawet Peter koślawo podrygiwał, co dawało raczej śmieszny widok. Odetchnęłam cicho i z zadowoleniem stwierdziłam, że od dawna nie czułam się tak... Odstresowana. Jakby nagle wszystkie troski znikły, choć na moment pozostawiając mi wolną rękę, bym wreszcie mogła przestać zaprzątać sobie głowę rozmyślaniem i nareszcie cieszyła się chwilą.
– Dobrze się bawisz? – podskoczyłam z krzykiem i obejrzałam się za ramię na Jamesa, który wpatrywał się we mnie wyszczerzony. 
– Nie powinieneś przypadkiem... no nie wiem, grać? – spytałam niepewnie, rozglądając się po boisku. Deartron, obrońca Gryffindoru, obronił właśnie strzał od Natalie Dowson, więc z uśmiechem stwierdziłam, że nadal prowadziliśmy pięćdziesiąt do zera.
– Gram – zachichotał, unosząc się trochę wyżej i z beztroską wymachując nogami. 
– Stick obrywa tłuczkiem i kafel znowu w posiadaniu Gryfonów! McKinnon pędzi, omija Edgara i Philiusa Bonesów, unika wysłanych przez nich tłuczków... Marleno, jesteś już blisko! Iiii... Ach, Tomson jednak obrania, kafla natychmiast przechwytuje Dowson, podaje do Stick, znów do Dowson, Louistrap, Stick, Dowson, Stick, Dowson iii... PIĘĆDZIESIĄT DO DZIESIĘCIU! – sektor po lewej wybuchł wiwatami i okrzykami radości. 
– Taka taktyka jest dobra.
– Jaka? – spytałam ponownie spoglądając na Jamesa.
– Masz w nosie przeciwnika i udajesz, że ma jakieś szanse. Teraz skupią się na naszej bramce, zapominając o swojej. Spójrz – powiedział, pokazując na boisko.
– Myślisz, że... – mruknęłam, jednak chwilą później przerwałam. Miał rację – Puchoni w przypływie euforii zabrali się do strzelania, pozostawiając obrońcę sam na sam z Blackiem, który dosłownie kilka sekund później odebrał piłkę od McKinnon i z wdziękiem zarobił dla Domu Lwa dziesięć punktów. – No tak, Potter zawsze ma rację – zaśmiałam się i obróciłam w jego stronę, jednak jego już nie było. Wstałam i wychyliłam się za barierkę przyglądając się jak brunet nurkuje w kierunku bramek Gryffindoru. Dogde najwyraźniej też to zauważył, bo po chwili jego słowa rozniosły się echem po stadionie i wszyscy zatrzymali się i wpatrzyli w jego sylwetkę. Zrobił to nawet szukający Huffelpuffu, który dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego co się dzieje i przerażony wystrzelił przed siebie.
– Mój brat to totalny kretyn... – wymamrotał do mikrofonu Mathias i dopiero kiedy dostał po głowie od McGonagall, której w końcu udało się go trafić,  zorientował się, że usłyszał to cały stadion, który po chwili wybuchł głośnym śmiechem. Zaraz potem dało się słyszeć głośne okrzyki Gryfonów.
– JESZCZE CHWILA, JESZCZE KILKA CALI IIII... TAK, POTTER ZŁAPAŁ ZNICZA! GRYFFINDOR WYGRYWA DWIEŚCIE DZIESIĘĆ DO DZIESIĘCIU! – głos komentatora rozniósł się po stadionie, zagłuszony przez wrzask czerwono–złotego sektoru. Razem z Mary zaśmiałyśmy się głośno widząc skaczącego Lupina i z uśmiechniętymi przyjaciółmi ruszyłyśmy w stronę wiwatującej drużyny. Wszyscy biegiem rzucili się na roześmianych Gryfonów.
– WYGRALIŚMY! WYGRALIŚMYYY! – Syriusz złapał Maryl w pasie i okręcił ją wokół własnej osi, na co ta z wrzaskiem przyłożyła mu miotłą. 
– Byliście świetni! – zawołała Mary, klepiąc po plecach Marlenę McKinnon, która posłała w jej kierunku wesołe spojrzenie.
– W końcu to my! – Przyglądałam się jak wszyscy z wrzaskiem wpadają na siebie i targają za włosy. Nigdy do końca nie rozumiałam euforii quidditcha.
– Sorki, Lily. – Obróciłam się i zdumiona ściągnęłam brwi widząc Syriusza. – Za wcześniej. Taki już mój urok, lubię wkurzać ludzi – wzruszył ramionami, uśmiechając się. Zawahałam się przez chwilę i powoli pokiwałam głową.
– Masz, to dla ciebie – zawołał James, wkładając mi w dłonie coś zimnego. Zaskoczona spojrzałam na złote, machające skrzydełka i podniosłam brwi. 
– Po co dajesz mi znicza?
– Na pamiątkę. Dzięki tobie go złapałem, od teraz kiedy tylko na niego popatrzysz będziesz przypominała sobie o mnie – dodał z rozmarzoną miną.
– Aha, to chyba go oddam – zachichotałam, rzucając piłeczkę w stronę Fenwicka, który szedł odnieść pałki.
– No wiesz co! – zawołał oburzony brunet, przekrzykując świętujących Gryfonów. – Nawet nie wiesz ile się naprodukowałem, żeby go zwinąć!
Zaśmiałam się głośno, obracając się i ruszając za innymi w stronę zamku, wsłuchując się w radosne okrzyki zwycięzców.
– Lily to Lily, kąsa, ale to w końcu nasza zawsze kochana Ruda. Przecież nikt nie jest perfekcyjny – zawołał Syriusz, akcentując ostatnie zdanie i obejmując mnie w pasie, a ja pierwszy raz od kilku dni szczerze się uśmiechnęłam. Chwilę potem wszyscy wybuchliśmy głośnym śmiechem, bo rozpędzony Remus wpadł na Jamesa i łapiąc go w pasie pognał dalej, wywracając się kilka metrów dalej. Okularnik udawał, że nie może złapać tchu, co wykorzystał Syriusz, żeby z głośnym okrzykiem rzucić się na przyjaciela.
– Ty idioto, puszczaj! – zawył, a po chwili do plątaniny rąk dołączył się Peter.
Przyglądałam się czwórce przyjaciół z uśmiechem, popychana przez klaszczące dziewczyny. Muszę przyznać, że dawno nie czułam się tak... szczęśliwa. Po prostu szczęśliwa.
– To co, balanga w pokoju wspólnym, nie? – zawołał jakiś rozochocony Gryfon, a szkarłatno–złoty tłum odpowiedział mu radosnym okrzykiem zwycięstwa.



* Po krótkim zastanowieniu postanowiłam jednak wytłumaczyć skąd się to wzięło. Łańcuszek w prologu, który Lily dostała od Severusa podczas Bożego Narodzenia.
** Wiem, że James podobno był ścigającym, ale długo o tym myślałam i stwierdziłam, że nie widzę go na tej pozycji. Po pierwsze, wszyscy chwalili Harry'ego, że odziedziczył talent po ojcu, co już wydawało mi się dziwne, a po drugie, James zawsze chodził ze zniczem. Po co by się nim bawił, jeżeli to nie na tym polegałoby jego zadanie jako szukającego? Mimo wszystko dla mnie takie rozwiązanie wydaje się jak najbardziej słuszne, więc niech tak będzie.

Mówię Wam, świetne uczucie. Wracam sobie do domku, jem przepyszne truskawki. Idę na górę, odpalam laptopa i widzę - 1700 wejść. Cudowna sprawa. 
Tak bardzo Wam wszystkim dziękuję, za wejścia i za komentarze, za każde miłe słowo skierowane w stronę tego opowiadania. To naprawdę wiele dla mnie znaczy :)
Bardzo się cieszę, że mam napisane te kilka następnych rozdziałów, bo to daje mi naprawdę wielką swobodę. Tak jak na przykład teraz, kiedy - nie oszukujmy się, nie miałam czasu przez ostatnie dwa tygodnie żeby chociażby podrapać się po dupie, a co dopiero jeszcze coś pisać. A wystarczy tylko, że wejdę i opublikuję kolejny rozdział. Aż miło :) No i poza tym w końcu koniec szkoły! Oh, wspaniałe uczucie, szkoda tylko, że przyszły rok szykuje się taki ciężki, 5 godzin biologii i chemii, ja zwariuję. 
Dzisiaj nie chcę przedłużać, więc już tylko powiem, że nowy rozdział - jak zwykle - za dwa tygodnie, dokładnie na zakończenie roku szkolnego. No, będzie się działo na początek wakacji, mogę Wam to obiecać :D
Pozdrawiam cieplutko razem z wredną i upartą Lily, która mam nadzieję już nie jest taką czarną owcą wśród znajomych. Widzimy się dwudziestego siódmego!