sobota, 11 października 2014

12. Per aspera ad astra cz. I

Przyglądałam się swoim dłoniom, malutkim plamkom księżycowego światła, które odbijało się od kryształowej zawieszki nad moim łóżkiem. Moje ręce drżały, kiedy jeszcze kilka minut temu sięgałam, aby otworzyć okno. Teraz jedynie dygotałam w bezruchu, ze wstrzymanym oddechem wpatrywałam się w blade piegi na moich nadgarstkach, a moje myśli plątały się ze sobą w wielkim tańcu niewiedzy.
Wsłuchiwałam się w miarowe oddechy Mary i Alicji, myśląc o tym wszystkim, o czym wcale myśleć nie chciałam. Nie mogłam spać, nie mogłam normalnie funkcjonować, nie mogłam nawet jeść. Wciąż i wciąż widziałam jego oczy, obecny w nich ból i rozgoryczenie. Mary westchnęła cicho przez sen i obróciła się na drugi bok. Wyglądała tak spokojnie, jak gdyby nic się nie wydarzyło. Przez chwilę zastanawiałam się, jak w ogóle mogła usnąć. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że minęły trzy dni, trzy długie dni, a sen w końcu zmógł ją tak jak każdego innego. Każdego innego prócz mnie.
Powoli wstałam i podeszłam do okna. Przyglądałam się błoniom i iskrzącemu się w świetle księżyca śniegu, a mój umysł dodawał do każdego pustego miejsca wpatrzone we mnie oczy. Wiedziałam, że powinnam już przestać o tym myśleć, pogodzić się z tym, że życie jest ciężkie. Naturalnie nie potrafiłam tego zrobić, co wprawiało mnie w jeszcze gorszy nastrój.
W końcu westchnęłam cicho i włożyłam na nogi puchowe papcie. Na ramiona narzuciłam gruby szlafrok, a w dłoń złapałam świąteczny list do rodziców, który miałam zamiar wysłać po śniadaniu. No cóż, skoro i tak nie byłam w stanie usnąć, mogłam zrobić to teraz.
W ciszy zeszłam do Pokoju Wspólnego i przystanęłam, przyglądając się żarzącym się w kominku węgielkom. Zeszłej nocy siedzieli tu w czwórkę, a kiedy zmęczona wyszłam z dormitorium wszyscy natychmiast wstali. Zanim zdążyłam chociażby otworzyć usta Remus zniknął w wejściu do męskich sypialni, zauważyłam jedynie bandaże na jego dłoniach i uciekający wzrok. Reszta ruszyła za nim, odprowadzana moim smutnym spojrzeniem. Pierwszy raz nie chciałam żeby tak było, naprawdę pragnęłam, by wszystko wróciło do normy. Ale wydawało się to po prostu niemożliwe.
Ruszyłam w stronę przejścia, a potem patrząc nieufnie w ciemność schodami w dół. Myśl, że ktoś przyłapie mnie na nocnych wędrówkach paliła mnie gdzieś głęboko, ale nagle ze zdumieniem stwierdziłam, że już się tym nie przejmuję. Nie tak jak kiedyś. Szłam opustoszałymi korytarzami, za towarzysza mając ciszę i myślałam o tym, co się zmieniło.
Schody prowadzące do sowiarni były przeraźliwie zimne. Oplotłam się rękawami miętowego szlafroka i schowałam twarz w kołnierzu, modląc się o to, by zamek w drzwiach nie zamarzł. Nie zamarzł, drzwi nie były nawet zamknięte. Przez wąską szparę wlatywał chłodny podmuch wiatru, który targał moimi włosami. Powoli wyciągnęłam przed siebie rękę i pchnęłam oziębłe drewno.
Stał przy oknie, smutny i otoczony ciemnością. Obrócił się i spojrzał na mnie nieufnie, a potem drgnął niespokojnie, tak jakby rozważał ucieczkę. Przełknęłam ślinę i ruszyłam w stronę żerdzi, wyciągając rękę po jedną ze szkolnych sów. Ptak wydawał się promieniować bielą, kiedy zeskoczył zręcznie na moje ramię.
Powoli przywiązałam do jego nóżki list i pogłaskałam go po dziobie, na co ten zareagował cichym pohukiwaniem. Nie spiesząc się podeszłam do okna i pozwoliłam sowie zsunąć się na parapet. Po chwili rozłożyła skrzydła i wzniosła się w powietrze, muskając piórami ramię Remusa.
– Ja naprawdę... – zaczął chłopak, a ja niewiele myśląc przyciągnęłam go do siebie i przytuliłam.
– Och, Luniu – szepnęłam, czując, że pod moimi powiekami zbierają się łzy. Gryfon po chwili wahania objął mnie delikatnie i pozwolił mi wtulić się w niego.
– Bałem się, że... Myślałem... – zaczął, ale jego głos utonął w ciszy. Powoli odsunęłam go od siebie i spojrzałam w jego oczy.
– Nigdy więcej nie myśl – szepnęłam, a jego usta delikatnie zadrgały.
– Błagam, musicie przyrzec, że...
– No chyba nie myślisz, że komukolwiek bym o tym powiedziała – mruknęłam, kręcąc głową. Chłopak ponownie oparł się o parapet i wpatrzył w jasny księżyc. Niespokojnie bawił się dłońmi, nawet kiedy usiadłam obok niego.
– Zrozumiem, jeżeli będziecie chciały przestać ze mną rozmawiać...
– O czym ty mówisz? – spytałam, spoglądając na niego zaskoczona.
– Jestem potworem, Lily. Takim samym jak te, o których uczyliśmy się na obronie przed czarną magią. Takim samym...
– Nie prawda – przerwałam mu, chwytając go za rękę, kiedy chciał uderzyć nią w kamień. – Remusie, to wciąż ty. I nie ma znaczenia, że... Że masz taką przypadłość.
– Przypadłość? Lily, jestem wilkołakiem! To nie jest przeziębienie, które minie po jakimś czasie! Już zawsze będę takim... – zaczął, szukając słów.
– Kochanym chłopakiem, który oddałby życie za swoich przyjaciół? Najlepszym człowiekiem, jakiego poznałam? Najszczerszym i najbardziej oddanym Gryfonem? Już zawsze będziesz taki i nic nie zmieni mojego zdania o tobie – szepnęłam, zamykając jego dłonie w swoich. – Mary również – dodałam po chwili, a chłopak natychmiast odwrócił wzrok.
– Proszę, powiedz jej...
– O nie, nic jej nie będę mówić – mruknęłam, kręcąc zawzięcie głową. – Nie wiem co jest między wami, ale cokolwiek by to nie było nie będę narażać się na utratę głowy. Sam będziesz musiał z nią porozmawiać. I... Remusie, to naprawdę nie jest jeszcze koniec świata – szepnęłam po chwili ciszy.
– Jeszcze – powtórzył chłopak, unosząc zamglony wzrok w ciemną noc.

Kolejne dni mijały szybko. Kiedy wspomina się stare czasy, można powiedzieć, że było nudno, wesoło, ciepło, albo bardzo zimno. Można powiedzieć coś o każdym dniu, ale tamten czas po prostu mijał szybko, słońce wstawało i zachodziło, zmieniając jedynie barwę nieba. W nocy niespokojnie śniłam o czterech ciemnych dziurach w ciemności, a we dnie chodziłam jak struta. Ciągle miałam wrażenie, że wciąż i wciąż coś nie pozwala mi spokojnie oddychać, uciskając na moją klatkę piersiową niczym kamień. W końcu zrozumiałam, że jedynym wyjściem będzie wyjaśnienie sobie wszystkiego, chociaż było to tym, czego najbardziej się bałam.
Kiedy dwudziestego trzeciego grudnia wybiła jedenasta, a ja, Mary i Huncwoci usiedliśmy przed przygasającym kominkiem wydawać by się mogło, że nie będziemy mieli o czym rozmawiać. Pierwsze kilka minut upłynęło w przerażającej ciszy, przerywanej odgłosem tykającego zegara. Znowu czułam się zagubiona i niepewna tego, co mogłabym powiedzieć. Lupin siedział sztywno i wpatrywał się w przestrzeń przed sobą, Syriusz bawił się wielkim, zielonym kauczukiem, którego zwinął pierwszoklasistom, James natomiast przysiadł na sofie tuż obok mnie i ciągle brał głęboki oddech, próbując zacząć rozmowę, którą wszyscy odwlekaliśmy w czasie. Z całego towarzystwa tylko Peter wyglądał na zrelaksowanego, zwłaszcza w porównaniu z Mary, której twarz była koloru zgniłej potrawki z kurczaka. Kiedy po kolejnych, ciągnących się w czasie sekundach Syriusz po raz tysięczny uderzył kauczukiem w ścianę kominka coś we mnie pękło.
– Czy mógłbyś przestać? – mruknęłam, na co chłopak obrzucił mnie znudzonym spojrzeniem i zrobił to ponownie. – Black!
– No co? Chciałyście porozmawiać, to rozmawiajcie – warknął.
– To wszystko moja wina – szepnął Lupin. Spojrzałam na niego zaskoczona, jednak chłopak wciąż wpatrywał się w to samo miejsce. – Naraziłem was na niebezpieczeństwo. Nie wiem co mi odbiło, żeby wierzyć, że mógłbym...
– Ta sama gadka co zawsze, Remusie – mruknął James, a Lunatyk w końcu poruszył się, spoglądając na przyjaciela ostro.
– Przestań. Dobrze wiecie, że mam racje. Pozwalam wam włóczyć się ze mną, narażając was...
– Znamy ryzyko – wtrącił Black.
– Narażając was – kontynuował Lupin – a teraz jeszcze dziewczyny. To nigdy nie powinno się zdarzyć.
– Ale zdarzyło – mruknęłam, a spojrzenia Gryfonów powędrowały w moją stronę – i nic tego nie zmieni. Co nie znaczy, że to w ogóle cokolwiek zmieniło.
– Lily...
– Rozmawialiśmy już na ten temat. Rozumiem, czemu nam nie powiedziałeś, ale fakt, że o tym wiemy nie wnosi nic nowego. 
W pokoju zapadła cisza. Wiedziałam, że Mary chciała coś powiedzieć, ale ciągle gryzła się w język. W końcu spojrzała na mnie, a ja pokiwałam powoli głową, dodając jej odwagi.
– Jak to możliwe? Raz widziałam was, a potem te zwierzęta...
– Przewidziało ci się – mruknął Syriusz, a ja i James spojrzeliśmy na niego jak na ostatniego kretyna. – No co?
– One i tak już wiedzą – odpowiedział Potter, kręcąc głową z dezaprobatą – więc nie musisz teraz udawać.
– Więc? – spytałam, spoglądając na Huncwotów, a ci zmieszali się.
– Animagia.
– A ja jestem wielkim magiem i mistrzem eliksirów – zaśmiałam się, jednak Gryfoni wciąż wpatrywali się we mnie ze stoickim spokojem. – Serio?
– Tak – mruknął James, a ja zmarszczyłam czoło.
– A–ale to niemożliwe, istnieje naprawdę niewielu animagów i–i do tego trzeba wielu lat treningów, poza tym musielibyście być pełnoletni, albo...
– Albo uczyć się sami.
– Nie, to by było zbyt nie bezpieczne. I zdecydowanie zbyt głupie z waszej strony – mruknęłam, a Gryfoni uśmiechnęli się od siebie.
– Często to słyszymy.
– Naprawdę? Merlinie, czy nie pomyśleliście o konsekwencjach?! Co by się stało, gdyby się nie udało, któryś z was mógł nawet...
– Umrzeć? Dobrze zdajemy sobie z tego sprawę – odpowiedział Syriusz, a ja jęknęłam cicho, zakrywając twarz dłońmi.
– Ale żyjemy i nic nam nie jest, widzisz? – James uśmiechnął się i przyciągnął mnie do siebie, na co ja prychnęłam głośno.
– Jak możesz tak mówić! Za każdym razem narażacie siebie, dla, dla... – fuknęłam, uderzając go poduszką, a chłopak jęknął i spróbował mi ją zabrać.
– Dla naszego najlepszego przyjaciela. Ty nie zrobiłabyś tego dla Mary?
Między nami zapadła cisza. Dobrze wiedziałam czemu to zrobili, czemu decydowali się na coś takiego wiedząc, że może to kosztować ich naprawdę dużo. Ryzykowali dla siebie. 
– Musicie przyrzec, że nikomu nie powiecie.
– Myślisz, że byśmy to zrobiły?
– Nawet dziewczynom. Nikt więcej nie może o tym wiedzieć.
– Remusie – zaczęłam, ale chłopak pokiwał głową. 
– Okej – szepnęła Mary, próbując uchwycić jego wzrok, jednak chłopak zmieszał się i zaczął bawić swoimi rękami.
– Czyli to stąd te przezwiska – mruknęłam po chwili ciszy, a Huncwoci spojrzeli na mnie. – Rogacz, Łapa... Stąd te przezwiska.
– I Glizdogon. Tak.
– Nigdy bym na to nie wpadła.
– No cóż, pewnie nigdy nie wpadłabyś na to, że co pełnie kicamy sobie po błoniach z wilkołakiem, więc...
– Przestań sobie robić z tego żarty – mruknął Lupin, a Syriusz wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– Więc między nami wszystko okej?
– A jakżeby inaczej, komuś muszę dokuczać, a jesteś na początku moich ulubieńców, Lilka – zaśmiał się Black.
– Nie jestem... – zaczęłam, krzywiąc się.
– Lilka – dokończył Peter, który zapadł się w sofę tak bardzo, iż otoczony kocami i poduszkami przez chwilę wyglądał jak głowa wystająca z wielkiego wulkanu. Po chwili cała nasza szóstka śmiała się głośno i radośnie, a Remus uśmiechnął się ciepło w moją stronę.

– Wstawaaaj! – Krzyk Alicji wypełnił cały pokój. Zmarszczyłam brwi, przewracając się na drugi bok. – Lilka no, wstawaj! Nie zmuszaj mnie do brutalnej pobudki!
– Nie jestem Lilka – wymruczałam w poduszkę, jednocześnie próbując zakryć głowę kołdrą.
– Nie wygłupiaj się, bo zrzucisz z łóżka prezenty – zaśmiała się Mary, a ja otworzyłam oczy.
– To już dziś?! – spytałam, podnosząc się do pozycji siedzącej, a dziewczyny zachichotały głośno.
– A myślałaś, że kiedy, za tydzień?
– Nie – westchnęłam, odgarniając włosy z twarzy. – Myślałam, że to dopiero jutro.
– No dobra, ale to jednak dzisiaj, więęęęc... – zachichotała Alicja i rzuciła we mnie małą, niebieską paczuszką. – Otwieraj!
– Auć – zaśmiałam się, podnosząc zawiniątko z ziemi. W środku znalazłam dwie pary różnokolorowych skarpetek Kripka – najgrubszych i najcieplejszych skarpetek pod słońcem. Dziewczyna wyszczerzyła się w uśmiechu na widok mojej miny i odrzuciła włosy do tyłu. 
– Mówiłaś, że ciągle marzną ci stopy – zachichotała, za co oberwała ode mnie poduszką.
– To fioletowe to pewnie od mojej mamy – mruknęła Mary, przysiadając na moim łóżku z takim samym pudełkiem. – Och, zrobiła nadziewaną krówkę! Jaaa, ale pychoty...
Również sięgnęłam po swoją paczkę i uśmiechnęłam na widok ciasta. 
– Jest liścik – zawołałam, podnosząc karteczkę. – "Kochana Lily, pamiętaj, aby mieć oko na Mary, jeszcze trochę dodatkowych porcji puddingu i nie zmieści się w tę piękną sukienkę, którą jej przesłałam! Nie zapomnijcie umyć rąk, ble ble ble, przesyłam całusy..." 
– O matko... – jęknęła Macdonald i z wielkimi oczami rzuciła się na swoje łóżko. Po chwili szamotaniny wstała, trzymając w rękach czarną, jedwabną sukienkę. – Merlinie, Merlinie, Merlinie! – krzyczała, podskakując. – Kupiła mi ją! Nie wierzę!
– Jest piękna! – zawołała Alicja, próbując w pełni oglądnąć prezent koleżanki, która wymachiwała rękami biegając po całym pokoju. Przyglądałam się śmiejącej się dwójce Gryfonek i poczułam się tak, jakby napięcie ostatnich dni w końcu z nas zeszło. A śmiały się tak radośnie i beztrosko, że mogłaby im tego pozazdrościć nawet Dorcas, która ostatnie kilkadziesiąt godzin spędzała już w domu swoich dziadków.
Sama od rodziców dostałam zestaw mistrza eliksirów z fiolkami pełnymi naprawdę rzadkich składników i opakowanie gumek do włosów od Petunii. Przez chwilę zastanawiałam się czy półmetrowa tabliczka czekolady, którą jej dałam wyląduje w koszu, ale potem rozpakowałam prezent od Huncwotów i po prostu zapomniałam o zamartwianiu się.
– Jesteś piękna! 
– Masz klasę!
– Te buty są obłędne! – krzyczały koszulki z roześmianymi karykaturami różnych sławnych czarodziei. Trzy moje przedstawiały wokalistkę Fatalnych Jędz, niskiego, garbatego gnoma (mogłam się założyć, że był to pomysł Syriusza) i Marcka Grandpré, trochę narcystycznego aurora, który wygrał w tym roku nagrodę najbardziej czarującego pracownika Ministerstwa. Dziewczyny dostały podobne, różniące się tylko wzorem i znajdującymi się na nich osobami. Do prezentu dołączona była wielka paka słodyczy z Miodowego Królestwa i – specjalnie dla mnie – samozaklejające usta plastry w gwiazdki. 
– To chyba jakaś aluzja, Lily – zarechotała Mary, za co oberwała ode mnie poduszką.
Wkrótce po całym dormitorium walały się strzępki kolorowych papierów, a każda z nas trzymała w rękach swoje prezenty. Clarie i Maryl złożyły się na sporej wielkości szkatułkę pełną biżuterii, która zmieniała kolory dopasowując się do ubrania i podarowały nam je jako "wspólny prezent”, co skończyło się przygarnięciem sobie tego przez Alicję. Hagrid upiekł trochę bardziej znośne ciasteczka, a Mary zamówiła specjalne wydanie Przybornika Watsbunga, który zawierał milion różnych specyfików do włosów. "Ujarzmimy te twoje płomienne loki" śmiała się, kiedy udawałam urażoną. W końcu usiadłyśmy na łóżkach, a dziewczyny spojrzały na siebie znacząco.
– Lily, zostawiłyśmy to na koniec, bo... No nie spodziewałyśmy się, że będzie taka... gwałtowna no i bałyśmy się, że zdąży coś zepsuć, albo podrzeć jak zajmiesz się resztą prezentów, no i...
– I, no, to w sumie jest taki prezent od...
– Nas wszystkich, wliczając w to Dorcas, która nie mogła być z nami, ale przesyła całusy – dokończyła Mary, wysuwając spod swojego łóżka wielki, wiklinowy koszyk, owinięty różową wstążką. Następnie obie Gryfonki stanęły obok siebie i z wielkimi uśmiechami wpatrywały się we mnie.
– Co gwałtownego mogłyście mi kupić? Czy to na pewno bezpieczne? – spytałam, kucając obok pakunku, a Mary zaśmiała się głośno.
– Hej, jakby coś to winę zrzucaj na Dorcas, to ona nas na to namówiła.
– Tak, ona też w większości za to płaciła, więc jak coś to... – szepnęła Alicja udając, że podcina jej gardło.
– Ha, ha, ha – mruknęła Mary, próbując bronić koleżanki z pokoju. – No otwieraj noo!
Powoli sięgnęłam po jeden koniec wstążki i pociągnęłam. Wielka kokarda na czubku zsunęła się z kosza, a pokrywka uniosła się.
– O Gryzeldo Wspaniała – jęknęłam, wpatrując się w małego, białego kotka w  rude łaty. Powoli przechylił głowę w bok i odsunął się od kawałka wstążki, którą przed chwilą próbował przegryźć. – Czyj to był pomysł?
– Twój – zachichotała Alicja. – Sama mówiłaś, że chciałabyś mieć kota.
– No tak, ale... – mruknęłam, kiedy zwierzątko wdrapało się na zamknięcie i wpatrywało się we mnie ciemnymi oczkami. Na szyi zawiązaną miało różową wstążeczkę ze złotym dzwoneczkiem, na którym wygrawerowane było imię Rosie.
– Nie podoba ci się? – wyjąkała dziewczyna.
– Uwielbiam ją – mruknęłam, uśmiechając się w stronę współlokatorek.

– To był wasz najgłupszy pomysł – westchnęłam, przyglądając się kotce, która próbowała przestraszyć moją poduszkę. Kiedy wróciłyśmy ze świątecznego śniadania zastałyśmy pokój w stanie totalnego rozpadu i chyba tylko szybka reakcja Mary uratowała kolejny dzbanek z wodą od stłuczenia. 
– Chyba najlepszy – zaśmiała się szatynka, siadając na ziemi, tuż obok mnie. – Ostatnio ciągle chodziłaś jak struta, znikałaś gdzieś, rozmyślałaś. Pomyślałam, że przydałoby ci się w życiu trochę...
– Uroku? – zaśmiała się Alicja, rzucając się na łóżko za nami.
– I więcej trosk – dodałam, sięgając po Rosie, która balansowała na drewnianej ramie łóżka. – O wiele więcej. Poza tym to chyba tobie przydałaby się odskocznia, co? – dodałam półszeptem, spoglądając na Mary, która zarumieniła się.
– Hej noo, to sama radość! – zawołała Hawkins, a Mary natychmiast udała, że nie było tematu i spojrzała na nią z udawaną radością. – Poza tym, sama mówiłaś, że chciałabyś...
– Mieć kota – dokończyłyśmy wszystkie, a ja pokiwałam głową.
– Nie mogę się doczekać miny chłopaków – zachichotała, a ja i Mary spojrzałyśmy na siebie. Huncwoci unikali nas, w większości przypadków wymigując się jakimiś głupimi wymówkami. Między nami wciąż było niezręcznie, jednak dziewczyny wydawały się tego nie zauważać.
– Cześć! – Drzwi z hukiem otwarły się, a do środka wparowała Maryl owinięta we flagę Gryffindoru. Wesołych świąt!
– Wesołych – zawołały dziewczyny.
– Na Merlina! Lily, dostałaś kota?!
– Kotkę – poprawiła ją ze śmiechem Mary.
– O jejuuuuu, jak się wabi? – spytała brunetka, a potem zachichotała głośno. – Zaczynam zachowywać się jak Clarie.
– Rosie – zaśmiałam się.
– Jest piękna – mruknęła Maryl.
– A tak w ogóle, co u Clarie? Nie odezwała się jeszcze?
– Wszystko w porządku, prezent się spodobał, kazała podziękować za ten naszyjnik, Lily.
– Nie ma za co – mruknęłam, czując, że na samo wspomnienie Clarie w moim gardle pojawia się wielka gula.
– Widziałaś może gdzieś Huncwotów? – spytała Alicja, ruszając w stronę łazienki. – Chciałam ich złapać po śniadaniu, żeby podziękować za prezent, ale ich nie było.
– Siedzą na dole – powiedziała Maryl, głaszcząc Rosie po grzbiecie, co kotka przyjęła z lubością.
– Super, to idę się przebrać – zachichotała Hawkins.
Kilka minut później każda z nas miała już na sobie nowe koszulki (w przypadku Alicji była to sukienka). Kiedy dziewczyny ruszyły w stronę drzwi, złapałam Mary za rękę i pociągnęłam w drugą stronę.
– Zaraz do was dołączymy! – krzyknęłam w stronę dziewczyn, a one z uśmiechem pokiwały głowami.
– O co chodzi? – spytała szatynka, wpatrując się we mnie ze zdziwieniem.
– Chodzi o to, że… No nie miałyśmy czasu jeszcze poważnie porozmawiać. No wiesz, o tym co się stało…
– Spoko, nie ma tematu.
– Jest – jęknęłam, próbując złapać uciekającego mi pupila, który za punkt honoru obrał sobie doprowadzanie mnie do białej gorączki. – Mary, to, co się wydarzyło…
– Rozmawiałyśmy już o tym Lily.
– Ale nie o tym jak sobie z tym radzisz?
– Z czym? Z tym, że Lupin nie był w stanie mi zaufać?
– On się bał. Bał się, że uciekniemy…
– A ty go jeszcze bronisz – szepnęła, patrząc na mnie groźnie. – Lily, czy ty nie oczekiwałabyś po kimś… bliskim ci, chociaż trochę szczerości?
– Mary – mruknęłam, przypatrując się jak poprawia zieloną bluzkę z gigantyczną ropuchą. – Uspokój się. 
– Mhm – sapnęła, spoglądając w stronę drzwi.
– Posłuchaj, po prostu pozwól mu to wyjaśnić.
– On nie chciał mi tego wyjaśnić. Ani tej nocy, kiedy wyjaśnił to tobie, ani wtedy, gdy spotkaliśmy się w Pokoju Wspólnym, ani podczas kolejnych dni, kiedy próbowałam sama z nim porozmawiać.
– Bo jesteś dla niego ważna! – jęknęłam, wkładając Rosie do koszyka i zamykając wieczko, a następnie ustawiając na nim kilka książek w obawie, że rozjuszana kotka w końcu go przewróci i znowu gdzieś ucieknie.
– Chyba już nie – szepnęła, wbijając wzrok w podłogę.
– Głowa do góry – zarechotała żaba podskakująca na jej koszulce, a po chwili dołączył się do niej mój gnom.
– Widzisz, nawet koszulka każe ci wyluzować – mruknęłam podchodząc do szafki i wyjmując z niej mały pakunek.
– Jasne – powiedziała dziewczyna, opierając się o ramę łóżka. – Co to?
– Too… To jest prezent dla ciebie. Chciałam ci go dać na samiusieńkim końcu i chyba teraz już mogę, co?
– Co toooo? – spytała dziewczyna ponownie, kiedy podałam jej białe pudełeczko.
– Otwórz – zaśmiałam się.
Mary z zagryzioną wargą powoli zaglądnęła do środka, a potem spojrzała na mnie z wielkimi oczami.
– Żartujesz sobie – mruknęła, a ja zachichotałam cicho. Dziewczyna powoli wyciągnęła ze środka złotą odznakę prefekta i uśmiechnęła się szeroko.
– Już od dawna o tym myślałam. Całkiem nieźle ci szło, kiedy przejęłaś moje obowiązki po incydencie z pętliczką, no i potem pomagałaś mi w dyżurach… Pomyślałam sobie, że się ucieszysz, zawsze chciałaś być prefektem, a ja ostatnio nie miałam do tego głowy, wszystkie te raporty i w ogóle… – zaczęłam, a Gryfonka rzuciła mi się na szyje.
– Lily! Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy!
– Wiem – zaśmiałam się, wyswobadzając się z jej objęć. – No i będziesz mogła teraz w spokoju pogadać z Lupinem – dodałam, a szatynka uśmiechnęła się do mnie nieśmiało. – A teraz chodź, bo zaczną nas szukać. 
Powoli wygrzebałam Rosie z wiklinowego koszyka, w którym toczyła właśnie zażartą walkę z resztkami wstążek i pociągnęłam Mary w stronę drzwi.
Kiedy dotarłyśmy na miejsce dziewczyny już zdążyły się usadowić wokół kominka. Wlokąc za sobą Mary ruszyłam w ich stronę, a później usiadłam na sofie pomiędzy Remusem i Syriuszem.
– Komu ukradłaś kota? – spytał Black, patrząc na mnie oskarżycielsko.
– Nikomu, jest mój – warknęłam, pozwalając Rosie wspiąć się na moje ramie, skąd bacznie przyglądała się Gryfonowi.
– Jasne – mruknął chłopak, wpatrując się w kotkę. 
– Jak Wam się podobał prezent? – podłapał rozmowę James, który patrzył na mnie znacząco. Spojrzałam na niego płochliwie i starając się udawać wyluzowaną uśmiechnęłam się.
– Koszulki są świetne. Czyj był to pomysł?
– Lunatyka, oczywiście – mruknął Syriusz, starając się odgonić od siebie Rosie, która próbowała wdrapać mu się na czubek głowy. – Czy możesz go zabrać?!
– Ją – poprawiła go Alicja, śmiejąc się głośno.
– Nie – zachichotałam. – W końcu ktoś pokaże ci gdzie jest twoje miejsce – mruknęłam, a Mary odwróciła wzrok i w akompaniamencie śmiechów westchnęła smutno.

Ostatnie dni grudnia mijały szybko i radośnie, a święta jeszcze nigdy nie wydawały mi się takie ciepłe. Nawet pomimo tego, że trzy czwarte czasu chodziłam owinięta grubym, bordowym kocem, który jeszcze bardziej podkreślał płomienne loki na mojej głowie, ale wtedy to po prostu straciło znaczenie. Kiedy do zamku wróciły Clarie i Dorcas, która paradowała w swojej nowej koszuli w kratę z karykaturami jej ulubionego mugolskiego zespołu, czyli jak głosiły krzyki postaci, The Rolling Stones, okazało się, że po raz pierwszy wszystko wydawało się być na swoim miejscu. Wszyscy byli szczęśliwi i wszyscy byliśmy razem. Codziennie spędzaliśmy ze sobą cały wolny czas i nareszcie mogłam sama przed sobą przyznać, że od zawsze mi tego brakowało. W końcu nadszedł trzydziesty pierwszy grudnia, a wraz z nim długo wyczekiwana impreza sylwestrowa Huncwotów. Miałam wrażenie, że podekscytowanie wręcz unosiło się w powietrzu, chociaż nawet połowa Hogwartu nie była w stanie wiedzieć o tym, co miało się wkrótce wydarzyć. 
Obudziła mnie Rosie, która odkąd tylko się pojawiła zdążyła wyrządzić więcej szkód niż rozszalały niuchacz. Ciągle wyciągała wszystko na środek, drapała i gryzła, a rano skakała po wszystkich łóżkach i ciągnęła nas za włosy. Codziennie siadałam na łóżku i z mordem w oczach patrzyłam na pozostałe Gryfonki, a jednak tylko Mary uśmiechała się przepraszająco. Dorcas o dziwo uwielbiała nową współlokatorkę i dopingowała ją w niszczeniu naszych rzeczy.
– Tak jest mała! Dawaj, dawaj, jeszcze tylko te skarpetki i wszystkie pary będą miały dziurawe!
Przysięgam, gdybym nie opanowała tak dobrze domowych zaklęć, nie miałabym żadnej pary bielizny zdatnej do użytku. 
A więc jak już mówiłam, tego ranka Rosie jak zwykle w zamiarze miała wyrwać mi wszystkie kosmyki rudych włosów. Kiedy zaplątała się w nich pazurkami myślałam, że zaraz rozerwę coś na strzępy. Powoli wyplątałam ją i położyłam jak najdalej od siebie, co wcale kotki nie przejęło – wręcz przeciwnie, rozochocona zsunęła się na podłogę i ruszyła w poszukiwaniu jakiejś zagubionej pary skarpetek. Zmęczona i zła ruszyłam w stronę łazienki, a potem przez pół godziny rozczesywałam poplątane włosy, a w tym samym czasie ten mały złoczyńca zdążył już obudzić resztę pokoju, tłukąc figurkę lwa należącą do Alicji ("i dobrze im tak" mruknęłam pod nosem słysząc przekleństwa dochodzące zza drzwi). 
– Lilka, zabierz tego kota – jęknęła dziewczyna, próbując pozbierać odłamki prezentu.
– Jest taki kochaaany, słodziaszek, czyż nie jest urocze to stworzonko? – pisnęłam z łazienki, próbują naśladować rozochocony głos Gryfonki, na co ta prychnęła głośno. – No co, już nie jest taka cudowna?
– Jest – zawołała Dorcas zaglądając do łazienki i puszczając mi w powietrzu całusa.
– Znacie jakieś dobre miejsce, żeby ją zamknąć? – mruknęłam, przewracając oczami i odkładając szczotkę na miejsce. – Jeżeli znowu ją zostawimy samą...
– A może Pokój Wspólny? – zaproponowała Mary, ścieląc łóżko.
– Chcesz dostać szlaban? – jęknęła Alicja, wlokąc się w stronę łazienki, kiedy oparłam się o swoje łóżko.
– Wrzućmy ją do pokoju chłopaków – zaproponowała Dorcas, piłując czarne paznokcie i z zainteresowaniem przyglądając się jak Rosie wdrapuje się na bordową zasłonę przy jej łóżku.
– Kuszące – mruknęłam, podchodząc i łapiąc kotkę. – Trudno, pójdzie z nami.
– Chcesz żeby narobiła rabanu w Wielkiej Sali? – spytała Alicja, wskazując na zwierzaka szczoteczką do zębów i patrząc na mnie sceptycznie.
– Zwalimy na Huncwotów – mruknęłam wzruszając ramionami a Dorcas zachichotała cicho.
Kiedy zjawiłyśmy się w Pokoju Wspólnym wszyscy patrzyli na nas z dość dużym zainteresowaniem. Mogło to być spowodowane piszczącą Rosie, która próbowała ugryźć mnie w palec, oraz koszulką Dorcas, na której jeden członek zespołu właśnie wykłócał się z resztą używając określeń występujących pod przydziałem „niestosowne”. W pewnym momencie para pierwszoklasistek oburzona popatrzyła się na mnie, a ja z westchnieniem wzruszyłam ramionami.
– Od dzisiaj to Twój problem – mruknęłam do Mary, która niezrażona torowała sobie drogę przez pomieszczenie.
– Hej, idziecie na śniadanie?
– Nie, my już po – mruknął zadowolony Syriusz, który rozłożył się na kanapie, przeganiając przy okazji chichoczące trzecioklasistki.
– To super się składa – zawołałam i z mściwym uśmieszkiem ruszyłam w jego kierunku. – Przypilnujecie jej.
– Tego diabła? – jęknął Syriusz, odchylając się w drugą stronę.
– Sam jesteś diabeł – mruknęła oburzona Dorcas.
– Rosie, przynieś mamusi powód do dumy i nie daj im się – zaświergotałam, puszczając zwierzaka na sofę i mogłabym przysiąść, że po raz pierwszy kotka spojrzała na mnie z zainteresowaniem, a potem pobiegła w stronę Huncwotów.
– Może jednak coś z niej będzie – zaśmiała się Alicja, kiedy przechodząc pod portretem usłyszałyśmy głośny krzyk Blacka.
Śniadanie dawno nie mijało nam w tak wyśmienitych humorach, podobnie jak reszta dnia, gdy po powrocie zastałyśmy Syriusza w stanie załamania nerwowego. Z uśmiechem rzuciłam się na jego miejsce i obserwowałam jak próbuje wytłumaczyć kotce, że jego włosy to nie zabawka, oczywiście nadaremnie. Po chwili obok mnie usiadł Lupin, który obdarzył mnie wesołym uśmiechem, kiedy ścisnęłam mocniej jego rękę. Nawet Peter śmiał się z przyjaciela i gdyby nie dosyć ponury humor Mary, w Pokoju Wspólnym nie byłoby osoby, która odbiegałaby od ogólnego opisu „roześmiani i wyluzowani”. Dopiero popołudniem uświadomiłam sobie, że ostatnio praktycznie nie miałam czasu na użalanie się nad sobą i może to właśnie dlatego tętniłam dobrym humorem? Kiedy dziewczyny zniknęły w dormitorium a ja kontynuowałam zastanawianie się co na siebie włożę, do głowy przyszło mi, iż nawet nie wyobrażałam sobie ile może się zmienić w tak krótkim czasie. Gdyby pół roku temu ktoś powiedział mi, że w końcu dopuszczę do siebie wszystkie te osoby, że pozwolę komukolwiek więcej zbliżyć się do siebie, pewnie bym go wyśmiała. Sama myśl, że planuję spędzić tego sylwestra z Huncwotami była już sama w sobie śmieszna, a co dopiero fakt, iż naprawdę zaczęłam uznawać Lupina za przyjaciela, a obecność Syriusza i Jamesa nie była już dla mnie taką zmorą. Co do samego Jamesa, wciąż przetwarzałam w głowie sytuację, która wywiązała się tego feralnego wieczoru w Hogsmeade i powoli dochodziłam do wniosku, że przez długi okres czasu źle go oceniałam. Zmienił się i widziałam to każdego dnia, w którym śmiał się i rozrabiał, a ja siedziałam na sofie i w otoczeniu książek uświadamiałam sobie jak bardzo zadufana w sobie potrafiłam być. Nawet teraz, leżąc zatopiona w poduszkach i głaskając przysypiającą Rosie, która po raz pierwszy zmęczyła się tak bardzo dokuczaniu komukolwiek, nie mogłam przestać myśleć o tym, że pamiętałam go całkiem innego, a ten nowy, dziwny, zmieniony James w ogóle nie odpowiadał moim wyobrażeniom.
– Starzejesz się – mruknęłam do siebie, a Rosie podniosła łebek z moich kolan i spojrzała na mnie uważnie. – Tak, moja droga, to już ten czas. Głupota uderza do głowy – mruknęłam i powoli zaczęłam zbierać swoje rzeczy.
Punkt dziewiętnasta ruszyłam w stronę sypialni, wciąż nie mogąc się zdecydować co na siebie ubiorę. Kiedy stanęłam w drzwiach nie tylko moja torba upadła na ziemię, zrobiła to też moja szczęka, patrząc na stan, w jakim znajdowało się nasze dormitorium. Rosie korzystając z mojego roztargnienia wygramoliła się na ziemię i z radością ruszyła w poszukiwaniu jakiejś jaskrawej pary kabaretek.
– Czy was pogięło – jęknęłam, spoglądając na Alicję i Dorcas, które właśnie sprzeczały się o parę czerwonych baletek.
– Lily, to jest impreza roku. Organizowana przez Huncwotów. WSZYSCY tam będą, a mówiąc WSZYSCY mam na myśli WSZYSTKICH włącznie z panem Nathiasem McRonnerem – zawołała Dorcas, przeciągając nazwisko chłopaka.
– I co z nim? – mruknęłam, podnosząc z ziemi czyste koszulki, które zsunęły się z wieszaków.
– Co z nim? Widziałam te maślane oczka, myślisz, że mnie oszukasz?
– Jakie znowu maślane oczka – jęknęłam, odwracając się w stronę dziewczyn, a Mary, która właśnie wyszła z łazienki ledwo zdusiła śmiech.
– Jakie znowu maślane oczka – przedrzeźniła mnie Meadowes. – Nie mów, że ci się nie spodobał.
– Był przystojny – zaczęłam, a Gryfonka krzyknęła zwycięsko – ale tylko przystojny.
– I nic więcej?
– Nic.
– Jasne – prychnęła. – Ale to dobrze, więcej dla mnie.
– Wiesz już w czym idziesz? – spytała mnie Mary, która ze śmiechem usiadła na swoim łóżku. Włosy zakręciła na wielkich wałkach i spięła poskręcaną, granatową chustką, robiąc z niej coś na wzór potężnej opaski, której kolor w jakiś dziwny sposób podkreślał jej szaro–zielone oczy, wyciągając z nich ciemniejsze plamki. Na sobie miała wciąż te same wytarte dżinsy i koszulkę z postaciami z kreskówek, ale w rękach miętosiła kolorowy podkoszulek.
– Nie mam pojęcia. Myślałam może, żeby pożyczyć od ciebie te spodnie z dziurami…
– Lily, czy ty dobrze się czujesz? Chcesz dobrze wyglądać?!
– Spadaj – zaśmiałam się, rzucając w Dorcas parą fioletowych podkolanówek, które nosiła w czwartej klasie. – Myślałam po prostu żeby założyć koszulę w kratę, a żadne z moich spodni do niej nie pasują…
– Jestem z ciebie dumna, w końcu cię czegoś nauczyłam – zawołała niebieskooka, przyciągając mnie do swojej klatki piersiowej i podduszając burzą czarnych loków. – Ja, Dorcas Meadowes zrealizowałam swój życiowy cel pomocy takim biednym, niedorozwiniętym dzieciom, jak ty, Lily Evans.
– Och zamknij się już – jęknęłam, wyrywając się jej, na co ta zaśmiała się perliście.
– Lilka, gdzie schowałaś ten głupi koszyk, bo zaraz jej coś zrobię – zawołała płaczliwym głosem Alicja, a kiedy spojrzałyśmy na nią zdzwione parsknęłam głośnym śmiechem, widząc jak próbuje wyrwać kotce parę czarnych, błyszczących getrów.
– Dobrze ci tak – zaśmiałam się i ruszyłam w stronę łazienki. 


Jeszcze nigdy nie byłam tak pewna, że wrócę. Za każdym razem, kiedy do głowy przychodziła mi ta głupia myśl, że tak dawno mnie tu nie było, od razu obiecywałam sobie, że zaraz się to zmieni.

To było ciężkie. Pisanie tego rozdziału, zmuszanie się do nauki kiedy najchętniej posiedziałabym przy biurku i po prostu popisała. Ale udało mi się, udało, i jak nigdy jestem z tego dumna.
Dodaję ten rozdział, chociaż zdaję sobie sprawę, iż nie jest on najwyższych lotów. Wiem, że stać mnie na więcej, ale na daną chwilę więcej z siebie dać nie mogę - szkoła. To cholerstwo zabiera cały mój czas i wszystkie siły, tak, że nawet jeśli znajdzie się wolna chwila na pisanie ja po postu... idę spać.
To po prostu przykre i szkoda mi, że tak to się odbywa. Męką było dla mnie pisanie tego wszystkiego na przysłowiowe raty, a potem sklejanie tego w jednolitą całość. Dopiero kiedy tydzień temu poświęciłam cały weekend jedynie na pisanie, nagle okazało się, że - no cóż - rozdział ma ponad 30 stron. Więc po raz pierwszy musiałam podzielić go na dwie części. Wow, prawda?
Nie obiecuję, że druga część ukaże się za dwa tygodnie. Może za trzy, ale wciąż muszę to wszystko jakoś solidnie zakończyć, a do tego potrzebuję kolejnego wolnego weekendu. Zobaczymy, na pewno napiszę na tym o tutaj, więc możecie być pewni, że nie zniknę. Nie zamierzam!
Dlatego nawet jeżeli to coś powyżej przypomina bardziej niedosmażonego nalaśnika niżeli super-wypasione ciasto, to macie się nim rozkoszować!
I dziękuję za każde wejście, za to, że pomimo, że nie działo się tu nic przez półtora miesiąca, dziennie pojawiało się 50 wyświetleń. Dziękuję za 200 komentarzy(!), za miłe słowa otuchy i zapytania kiedy wrócę. Dziękuję za 7 miesięcy razem.
Mam nadzieję, że Was tym rozdziałem nie zawiodłam, mogę tylko obiecać, że druga część jest o wiele ciekawsze ;)
Dziękuję, za przekonanie mnie, że to jest ta rzecz, którą chce dalej robić.
Do napisania!