niedziela, 19 listopada 2017

22. Niespodziewanie cz. I


– A jednak – rozległ się cichy chichot. – Myślałam, że już nie przyjedziesz.
Uniosłam głowę i spojrzałam, na uśmiechniętą Mary. Miała na sobie spodnie w czerwone grochy, zieloną kamizelkę i gumiaki w żółte kaczuszki. Kiedy uniosłam brew, zaśmiała się, chowając twarz za dłońmi.
– Nie patrz się tak, no, to jedyne, co miałam pod ręką.
– Czyli mam rozumieć, że latałaś z gołym dupskiem, dopóki nie przyszłam, a potem właśnie to znalazło się najbliżej? Chyba nie chce wiedzieć, co „pod twoją ręką” robiły gumiaki w kaczuszki.
– Leżały, okej?
– Okej – zaśmiałam się. – A teraz chodź tu.
Mary zamknęła mnie w żelaznym uścisku. Była dużo drobniejsza, niż wydawało się na pierwszy rzut oka. Korzystając z okazji, uniosłam głowę i przyjrzałam się niewysokiemu domostwu w tle. Wszystko wyglądało własnie tak, jak to zapamiętałam. Na czerwonym dachu unosiło się ponad tuzin metalowych, kręcących się na wietrze kogucików o różnych kolorach. W każdym oknie stały kwiaty, a jasną elewację porastał bluszcz. Po dużym ogrodzie dreptały gęsi, na tafli stawu unosiło się stado kaczek, a pod jednym z daszków paradował dumny kogut. 
– Widzę, że dalej macie słabość do ptaków. To stąd te gumiaczki?
– Okej, idziemy do środka, bo nie dasz mi żyć – zaśmiała się Macdonald i zabrała mój kufer. – Czyli zostajesz do końca tygodnia?
– Mhm. Miałam małe problemy z przekonaniem mamy, że na pewno nic mi nie grozi i że bezpiecznie dostarczycie mnie na dworzec, ale chyba się jakoś udało – westchnęłam, a Mary obejrzała się przez ramię.
– Czyli twoja mama nie wierzy w moje zdolności przetrwania?
– Chyba nawet w moje nie wierzy. Po tym wszystkim... no trochę jej się nie dziwię.
Gryfonka pokiwała głową, otwierając drzwiczki kuchenne z dużą szybką oklejoną magicznymi naklejkami, przedstawiającymi ziewające niedźwiadki.
–  Moja mama też nie była zachwycona naszym powrotem do Hogwartu. Argumentowała to tym, że skoro coś takiego stało się w czerwcu, to już nie jest tam bezpiecznie. Ledwo udało mi się ją przekonać – przyznała, ściszając głos.
– Wszyscy się boją – mruknęłam. – A brak kontaktu wcale tego nie ułatwia.
– Własnie, ty też nie dostałaś jeszcze listu z Hogwartu?
– Myślałam, że tylko do mnie nie przyszedł – stwierdziłam zdziwiona.
– Nie tylko do ciebie. Udało mi się skontaktować z Dorcas i zaprosić ją do nas, jej też nic nie przyszło. Zaczynam się bać, że jak tak dalej pójdzie, to matka na pewno mnie nie puści.
– Puści cię, na luzie.
Obie obróciłyśmy głowy i spojrzałyśmy w głąb korytarza. Przy schodach stał ekstrawagancko uśmiechnięty blondyn, bawiąc się swoją różdżką.
– Dziękujemy ci, Louis, za tak błyskotliwe spostrzeżenie, raczysz nas jeszcze jakimś obdarować?
– Jasne – powiedział, a potem z głośnym pyknięciem teleportował się tuż obok nas. – Ten kufer wygląda na ciężki. Pomóc?
Mary prychnęła i spojrzała na mnie z rozpaczą.
– To mój kuzyn, Louis, nie zwracaj na niego uwagi.
– Niezmiernie miło mi cię poznać, Lily – powiedział, składając na mojej ręce pocałunek.
– No dobra, dobra, już przestań, ble – jęknęła dziewczyna, popychają go w kierunku schodów. Chłopak zaśmiał się radośnie, a potem złapał mój kufer.
– Zataszczę go na górę – stwierdził, posyłając mi rozbawiony uśmiech. Miał urocze dołeczki w policzkach.
– Kiedyś go zabiję – westchnęła Mary, patrząc na mnie ponuro.
– Czemu nigdy wcześniej go nie znałam? – spytałam, nieudolnie próbując powstrzymać uśmiech.
– Bo studiuje w Ameryce. Wkurza mnie tylko w co drugie albo co trzecie wakacje.
Mary pokręciła głową i westchnęła.
– No już nie narzekaj tak na mnie kuzynko!
– Jest niemożliwy – szepnęła, ściągając gumiaki. – Dobra chodź, zaparzę ci herbaty, jak na dobrą gospodynię przystało.
– Gdzie twoi rodzice?
– Na targu, mama chce zapiec chyba cały dom na twój przyjazd.
– Przecież już przyjechałam – mruknęłam, rozglądając się po przestronnej kuchni.
– Wiem, ale ona myśli, że dopiero jutro. Więc udawaj, że wpadłaś wcześniej.
Obrzuciłam pomieszczenie rozbawionym spojrzeniem. Ciemne szafki kontrastowały z jasnymi kafelkami na ścianach, na których namalowane były gdaczące kury. Oprócz wielkiego okna znajdowało się tam też wejście do ogrodu, wielki stół, który mógłby pomieścić przynajmniej tuzin osób i kredens z ozdobną zastawą. Wszędzie stały też kwiaty w pokaźnych donicach, a z poszczególnych ścian wychodziły stare, zardzewiałe rury, krzyżując się na suficie i znikając za meblami. Macdonald zaczęła przeglądać szafki w poszukiwaniu herbaty, przy okazji narzekając na swojego kuzyna.
– Wszystko chowa, nie znoszę, jak przyjeżdża, można dostać...
– Cześć!
– ZAWAŁU – krzyknęła Mary, odwracając się w kierunku Louisa.
– Macie tu strasznie dużo rur – stwierdził, patrząc na mnie wymownie, a następnie obrzucając pomieszczenie skonsternowanym spojrzeniem. – Nie rozumiem po co. No i większość jest pordzewiała. Wyczyścilibyście je chociaż?
– Merlinie, zabiję cię no, dasz mi spokój?
– To po co te rury? – Tu chłopak wskazał ręką na ściany, pokryte zardzewiałym metalem. – Lily też jest ciekawa!
– Nie wiem, okej, dziadek budował ten dom i tak go zaprojektował.
– To jest chore – skwitował, patrząc na mnie i pukając się w czoło. – To dlatego nazywa się Rdza?
– Wcale się tak nie nazywa!
– To, że nie chcesz, żeby ludzie tak mówili, nie znaczy, że się tak nie nazywa – stwierdził dobitnie blondyn, po czym usiadł przy owalnym stole znajdującym się na środku kuchni i uśmiechnął się smutno. – Ja wiem – szepnął. – Znam ten ból, kiedy coś nie idzie po twojej myśli.
– Zabiję go – powiedziała Mary, patrząc się na mnie. Louis cmoknął i podciągnął rękawy zielonej koszuli w kratkę.
– To ja też poproszę tę herbatę, tylko truciznę dodaj jakąś słodką, żeby chociaż te ostatnie sekundy życia były przyjemne.
Mary zgromiła go wzrokiem i włożyła dwie torebki herbaty do naszych kubków.
– No wiesz co, ja bym ci zrobił – westchnął chłopak i od niechcenia machnął różdżką, a trzeci kubek wylądował z brzękiem na jasnej ladzie.
Uśmiechnęłam się pod nosem, przyglądając się kłócącej się dwójce. Ich rozdrażnione głosy unosiły się w powietrzu, odbijając się od jasnych ścian. Urwali dopiero gdy przez wielkie okno wychodzące na podwórze ujrzeliśmy wracających rodziców Mary.
– Jeszcze się z tobą policzę – mruknęła dziewczyna, obrzucając go oburzonym spojrzeniem.
– Jasne kuzynko – odpowiedział Louis. – Też cię kocham.
– Wróciliśmy! Oh, Lily, ty tutaj? Myślałam, że przyjeżdżasz jutro!
– Widzisz ciociu, Mary umyślnie wprowadziła cię w błąd – westchnął Amerykanin. Gdyby wzrok mógł zabijać, pewnie już by nie żył, jednak w obecności swojej matki, moja przyjaciółka nie mogła mu nic zrobić.
– No wiesz co – powiedziała starsza kobieta do swojej córki. 
– Lily po prostu przyjechała wcześniej – powiedziała dobitnie Mary, gromiąc kuzyna wzrokiem. – Prawda, Lily?
– Tak – zapewniłam, uśmiechając się pod nosem. Macdonald położyła na stole trzy kubki z herbatą, najdalej jak się dało od Louisa, żeby nie mógł dosięgnąć do swojego.
– Tak czy siak, bardzo się cieszę, że w końcu nas odwiedziłaś, kochana – stwierdziła mama Mary. Wyglądała tak, jak ją zapamiętałam: miała ciepły uśmiech, roziskrzone oczy i pełno zmarszczek, obejmujących jej drobną twarz. Tego dnia ubrana była w żółtą sukienkę bez ramion, a jasne włosy spięła w luźnego koka. W zgięciu jej ręki dyndał wiklinowy kosz, zakryty białą chustką. Chwilę później za jej plecami pojawił się jej mąż.
– Witaj Lily – przywitał się, czochrając mnie po głowie. Miał na sobie skromną szatę, spod której widać było kremową koszulę. – A gdzie twoje loki?
– Bardzo ładnie ci w nowej fryzurze – zapewniła kobieta, trącając swojego męża.
– Przecież nie oponuję!
– Zostajesz do końca wakacji? – spytała, obchodząc męża i stawiając kosz na drewnianej ladzie. 
– Tak – potwierdziłam z uśmiechem.
– Wspaniale, mam nadzieję, że twoi rodzice nie mają nic przeciwko. A jeśli już mowa o rodzicach, Mary, rozmawiałam z panią Buckleboth, jej córka dostała dzisiaj list, więc tu też sowa powinna być lada chwila.
– Och, to super – odetchnęła Gryfonka, spoglądając na mnie. Wiedziałam, co miała na myśli. Kolejny powód, dla którego mama nie puściłaby jej do Hogwartu z głowy.
– Wydaje mi się, że listy przyjdą szybciej, niż wam się wydaje – mruknął Louis, wyglądając na całkiem rozbawionego, a kiedy popatrzyłyśmy na niego, ten wskazał na okno. Na horyzoncie pojawił się mały kształt, rosnący z każdą sekundą, podczas której zbliżał się do nas.
– I to się nazywa cudowny zbieg okoliczności! Selvyn, otwórz okno, szybko!
– Spokojnie, przecież się nie pali – odrzekł ojciec Mary i powoli ruszył we wskazanym kierunku, kręcąc głową w naszą stronę.
– Jak dobrze, że mam to już za sobą – westchnął Louis.
– Mary mówiła, że studiujesz? – spytałam.
– Tak, stosunki międzynarodowe.
– I jak ci się podoba?
– Jest całkiem w porządku, chociaż w tym roku mamy mieć praktyki, wiec szykuje się dużo pracy.
– Wybrałeś już miejsce? – spytała pani Macdonald, rozpakowując zakupy.
– Jeśli się uda, to brytyjskie Ministerstwo. 
– Och, byłoby cudownie! Mógłbyś nas częściej odwiedzać.
– Jak się cieszę – mruknęła Mary z przekorem, za co matka zgromiła ją wzrokiem. Nie zdążyła jej jednak upomnieć, bo w tym momencie na kuchennej żerdzi wylądowała szara płomykówka.
– Trzymajcie – powiedział Selvyn, odwiązując listy od jej nóżki i kładąc je przed nami. Sowa natychmiast odleciała.
– Oho, wyglądają na cięższe niż zazwyczaj, czyżbyśmy mieli nowego Prefekta? – zagruchotała kobieta, uśmiechając się dobrotliwie.
– To pewnie nowa odznaka, swoją zgubiłam w czerwcu – westchnęła Mary, biorąc do ręki list. 
– Przynajmniej przyszła na czas – mruknęłam, spinając włosy.
– Czyli Lily już nie jest prefektem? – spytał zaciekawiony Louis.
– Rok temu oddałam odznakę Mary – przyznałam. 
– I nie chciałabyś znowu być przy władzy? – zaśmiała się pani Macdonald.
– To chyba nie zależy ode mnie.
– Będziemy musiały wybrać się na Pokątną, możemy pojechać z Dorcas, obiecała, że wpadnie jutro – stwierdziła Mary, czytając listę książek. Jej kuzyn sięgnął po moją kopertę i udał, że otwiera ją w skupieniu.
– To chyba nie twoje – stwierdziła Macdonald.
– Może tak, może ni... – Louis zmarszczył brwi, a potem spojrzał na mnie.
– Wszystko w porządku?
– Od kiedy w Hogwarcie jest więcej niż dwóch prefektów na roku?
– O czym ty mówisz? – spytała Mary, na co chłopak wyciągnął z mojej koperty odznakę.
– Co? – spytałyśmy obie w tym samym momencie.
– Jak to możliwe – dodała Mary, wyciągając rękę w kierunku Louisa, jednak ten wystawił jej język, drocząc się z nią.
– Może się pomylili – zawahałam się – albo Remus nie jest już prefektem?
– To niemożliwe, nikt ot tak nie odbiera odznak. Musiałby coś nieźle przeskrobać.
– Albo zrezygnować, jak ja – zamyśliłam się.
– Wydaje mi się, że wtedy i tak wybraliby chłopaka. Zawsze wybierają po jednej osobie każdej płci.
– Więc może to po prostu pomyłka – skwitowałam.
– Mam jeszcze jedno rozwiązanie – powiedział chłopak, spoglądając na odznakę. Na jego twarzy malował się psotny uśmiech, tak dobrze mi już znany z Hogwartu.
– Jakie?
– Zobacz sama – zaśmiał się i rzucił metalową blaszkę w moim kierunku. Złapałam ją w ostatnim momencie, po czym zgromiłam go wzrokiem. – No przyjrzyj się – zachęcił, szczerząc się jak głupi.
– Co jest? – spytała zaniepokojona Mary, kiedy spojrzałam na swoje ręce. Odznaka wyglądała tak, jak ją zapamiętałam, oprócz jednego szczegółu. Zamiast wielkiego P w jego miejscu wyryte było PN. – No co?
– Lily została prefektem naczelnym – zaśmiał się Louis. Moja koleżanka zaczerpnęła powietrza i otworzyła szeroko oczy.
– Serio?!
– Serio – powiedziałam, nie wierząc w to, co widzę.
– Och, to niesamowite, gratulujemy, Lily! – zawołała pani Macdonald, przytulając mnie. 
– Ale super, to mega zaszczyt! – podłapała Mary, uśmiechając się szeroko. – No i w pełni na niego zasługujesz!
– Dziękuję – powiedziałam, nie wiedząc, co innego mogłabym zrobić. Prefekt Naczelny! Jakim cudem?
– Po prostu w końcu się na tobie poznali – zaśmiał się Louis, jakby czytał mi w myślach, a potem dał mi kuksańca. – Uśmiechnij się, to wspaniała wiadomość!
– Wszyscy będą w szoku – zawołała Mary. – Chociaż w sumie to nie, mogliśmy się tego spodziewać, kto inny jak nie ty miałby nim zostać?
– Ciekawe kto jest drugim – mruknęłam, przyglądając się odznace.
– Może Remus?
– Albo ktoś z innego domu – dodał Louis. – Nie tylko Gryffindor może zgarniać całą chwałę.
– Myślę, że to Remus – uparła się Macdonald. – Tylko pomyśl, kogo innego mogliby przydzielić? 
– Ale wtedy ktoś inny musiałby zostać prefektem.
– No tak, ale...
– Dowiecie się za tydzień, więc nie ma co rozważać – stwierdziła Neolie, przerywając nam. – Tak czy siak, dzisiaj świętujemy! 
– Typowa mama – westchnęła pod nosem moja przyjaciółka.
– Mary, jesteś pewna, że odrobiłaś wszystkie zadania? Bo jak nie, to my zaopiekujemy się Lily wieczorem...
– Przestań mnie wkurzać – rzuciła ostrzegawczo dziewczyna.
– Nigdy!
Uśmiechnęłam się, obserwując droczących się Mary i Louisa. Brakowało mi tego rozgardiaszu, tej radości. Dawno nie byłam tak szczęśliwa, jak tamtego dnia, przy tym zniszczonym owalnym stole w domu państwa Macdonald.

Pisk hamulców zadźwięczał w moich uszach. Próbowałam zakryć je rękami, ale nic nie pomagało – odgłos wciąż był tak samo wyraźny. A potem w jednym momencie świat przekręcił się o sto osiemdziesiąt stopni i upadłam.
– Lily!
James podniósł się, a następnie pomógł mi wstać. Jego koszulka była uwalona krwią. 
– Ch-yy-yba złamałeś no-os – powiedziałam, nie mogąc złapać oddechu.
– Spokojnie – mruknął chłopak, odgarniając włosy z mojej twarzy. – Nic ci nie jest?
– Nie... nie jest – dodałam już trochę pewniej, rozglądając się.
– Musimy znaleźć resztę.
– Poczekaj, nie ruszaj się. Episkey!
– Auć – mruknął Gryfon, dotykając nosa.
– Lepiej?
– Tak, dziękuję.
Jego głos odbijał się od sklepienia. Szliśmy równo, szukając oznak życia. Zewsząd dochodził nas hałas tłuczonego szkła i walącego się budynku, ale przebijała się przez niego martwa cisza. Nie było słychać żadnych głosów.
– Tam! – zawołał James, wskazując na przewrócony wagon. 
– Czy to jest... – zaczęłam, ale coś mi przerwało.
– Lily?
Czarne sklepienie otworzyło się na niebo. Tym razem z każdej strony dobiegały do mnie okrzyki przerażenia. Sama krzyczałam.
– Rosie, o matko, James!
Potter uklęknął obok mnie i drżącymi rękami pomógł mi wyciągnąć ją spod kamieni. 
– Jest cała we krwi – wychrypiałam, czując, że wszystko wymyka mi się z rąk.
– Spokojnie – głos Jamesa dochodził jakby z daleka. – Musimy tylko...
BUM.
Czyjeś mocne ramię odsunęło mnie w bok.
– Uciekajcie!
Lily, mówię do ciebie.
– Ty, ty i ty! Gdzie macie różdżki?
Trójka przerażonych piątoklasistów spojrzała na Jamesa.
– Gdzie są wasze różdżki?
– Tutaj – wyjąkał najniższy z nich, wyciągając swoją.
– Świetnie, więc teraz musicie mi pomóc, okej? Rzucimy zaklęcie razem, na trzy, gotowi?
– Nie bój się, będzie dobrze. – To był mój głos, ale dobiegał z boku, jakby ktoś nagrał to, co mówiłam i odtworzył w radiu. Spojrzałam w dół i jedyne, co byłam w stanie zobaczyć. to tęczówki przerażonej dziewczynki, wpatrującej się w mnie z błaganiem.
Krzyk.
– Czemu musisz być taka uparta?
– Zostaw mnie! Po prostu daj mi spokój! Nie potrzebuję twojej pomocy!
– Ja tylko...
– LILY!
Uniosłam powieki. Przez chwile wydawało mi się, że wciąż widzę wpatrujące się we mnie z bólem jasnobrązowe oczy pewnego Gryfona, jednak zanim zdążyłam im się przyjrzeć, widok zasłoniły mi czarne włosy.
– Merlinie, ale ty masz mocny sen.
Zamrugałam parokrotnie, próbując całkiem się rozbudzić. Serce wciąż biło mi przerażająco mocno.
– Dorcas? – spytałam, podnosząc się na łokciach.
– No a kto? Dziewczyno, życie prześpisz!
Mary zaśmiała się. Siedziała na swoim łóżku, trzymając w dłoniach kubek z herbatą. Wciąż miała na sobie piżamę, co uznałam za dobry znak – nadal musiało być rano.
– Słyszałam, że ktoś tu został Naczelnym! – zaświergotała Meadowes, nic sobie nie robiąc z mojego zaspania. – Gratuluję!
– Dzięki, Dorcas.
Dziewczyna nachyliła się i przytuliła mnie mocno. Tego dnia miała na sobie czarną koszulkę i luźne dżinsy. Wtedy dotarło do mnie, że rzadko pokazywała nogi, a ostatni raz, kiedy ją widziałyśmy, był nielicznym wyjątkiem.
– To pokaż tę odznakę wreszcie.
– Napatrz się, bo sama takiej nie dostaniesz – zachichotała Mary, na co Dorcas wystawiła jej język. Uśmiechnęłam się i oparłam o zagłówek polowego łóżka, które rozłożył pan Macdonald w dniu mojego przyjazdu. Meadowes wydawała się zaaferowana całą sprawą.
– Jest ładna, chociaż prawie w ogóle nie różni się od poprzedniej. Moim zdaniem powinni je jakoś bardziej przyozdobić.
– No tak, powinni przecież napisać na niej „UWAGA OFERMY, IDZIE PREFEKT NACZELNY” – westchnęła Mcdonald.
– Myślę, że dałoby się to jeszcze zmienić. Zawsze możemy ci zrobić takie naszywki na szaty, obszyte czerwoną nitką...
– Nie, dziękuję – zaśmiałam się, wyrywając odznakę z rąk Dorcas i odkładając ją na szafkę nocną.
– Szkoda. Chociaż i tak idę o zakład, że chłopaki coś wymyślą.
– Miałaś jakieś wieści od nich? – spytała Mary.
– Nie. Udało mi się spotkać z Alicją, ale niewiele się dowiedziałam, poza tym, że Frank musiał wyjechać do swojej rodziny w Alpach. Biedna, nie wiem, jak zniosą rozłąkę.
– No tak, przecież Frank już skończył szkołę – westchnęłam. – Jak ona się trzyma?
– Nie najlepiej. Jej matka prawie w ogóle nie wypuszczała jej z domu, to pewnie dlatego nie było jej na spotkaniu z Dumbledorem. Nie wiem, jak ona zniesie ten rok, zwłaszcza patrząc na to, jak nierozłączni byli.
– A co z Frankiem, zdecydował się, co w końcu będzie robił?
– Wydaje mi się, że dołączy do Zakonu – powiedziała cicho Dorcas, spoglądając na nas smutno. – Po tym wszystkim wątpię, żeby chciał się wycofać. 
– Alicja osiwieje – mruknęła Mary. Wszystkie w zgodzie pokiwałyśmy głowami.
– Ale no nic, myślę, że czas na jakieś śniadanie. Uraczysz nas czymś dobrym?
– Nie masz swojego domu? – zapytała rozbawiona Mcdonald.
– No weź, sama wiesz, że kuchnia twojej mamy to cud, miód i orzeszki – rozmarzyła się Dorcas.
Mary zaśmiała się, odkładając kubek na parapet dużego okna, wychodzącego na zachód.
– No to chodźcie, zobaczymy, co uda mi się znaleźć w kuchni.
Uśmiechając się pod nosem, pochyliłam się w poszukiwaniu papci, a potem obrzuciłam pokój ostatnim spojrzeniem. On też praktycznie się nie zmienił, odkąd widziałam go po czwartym roku. Ściany wciąż były w odcieniu nieba o poranku, a na suficie przesuwały się białe chmurki, namalowane magicznymi farbkami dla dzieci. Oprócz wąskiego łóżka, biurka stojącego po drugiej stronie okna i narożnej szafy, znajdowały się tam jeszcze dwie wysokie półki wypełnione książkami, rysunkami, kartami z czekoladowych żab i innymi rupieciami, które przez siedemnaście lat, Gryfonka składowała tam bez umiaru. Wszystko to miało jednak swój urok, wliczając w to biały, puchaty dywan, który zdawał się lewitować nad podłogą, tak jakbyśmy naprawdę przebywały w chmurach.
– Idziesz, Lily?
– Tak, jestem tuż za wami! – krzyknęłam, ruszając w stronę schodów.
Rdza, jak nazywał ją Louis, tętniła życiem. Kiedy zeskoczyłam z ostatniego stopnia, dobiegł mnie zapach świeżo upieczonych bułeczek, które mama Mary właśnie wyciągała z pieca. Wokół stołu latała zastawa, deska i duży nóż, siekający właśnie pomidory, a z czarodziejskiego radia stojącego na piecu rozbrzmiewała głośna muzyka.
– Selvyn, prosiłam cię, żebyś był ostrożniejszy, ten nóż zaraz kogoś zabije!
– Neolie – westchnął tata Mary, przytulając żonę od tyłu. – Przecież nic się nie dzieje.
– Och, gdybym tylko...
– Cześć! – zawołała Macdonald, przerywając rozmowę rodziców.
– No nareszcie, myślałam, że Dorcas nie zdoła was dobudzić.
– Z Lily rzeczywiście był problem... – zaczęła Meadowes, ale urwała, widząc moją oburzoną minę. – Tak czy siak żadna już nie śpi i zdecydowałyśmy, że czas na śniadanie.
– Kto zdecydował, ten zdecydował – zaśmiała się Mary.
– To była bardzo dobra decyzja – stwierdziła Neolie, nic sobie nie robiąc z komentarza córki, po czym postawiła na zastawionym już stole świeżo pokrojone pieczywo. – Siadajcie, chcecie herbaty albo kawy?
– Kawy – mruknęłam, błagalnie, odsuwając krzesło.
– A ty co, niewyspana? – spytał tata Mary, uśmiechając się do mnie znad gazety, którą właśnie zaczął przeglądać.
– Miałam jakieś głupie sny.
– Właśnie tak mi się wydawało, że mamrotałaś coś przez sen.
– Witaj rodzinko!
– Jeszcze tego tu brakowało – westchnęła Mary, kiedy w drzwiach pojawił się Louis. Tego dnia miał na sobie koszulę w drobną biało niebieską kratę, czarne spodnie i zaczesane do tyłu włosy.
– Też się cieszę, że cię widzę kuzynko. Co macie tu dobrego? Bo zapachy dotarły już chyba do każdego kąta w domu!
– Siadaj, Louis, weź sobie bułeczkę.
– Tak, Louis, weź sobie bułeczkę.
– Mary – zgromiła ją matka.
– Wstałaś dzisiaj lewą nogą, kuzyneczko? – zachichotał chłopak, sięgając po koszyk z przetworami.
Macdonald nie odpowiedziała. Louis z uśmiechem przyglądał jej się, smarując swoje bułki masłem.
– Wybieracie się dzisiaj na Pokątną? – zapytał, odkręcając dżem truskawkowy.
– A co cię to...
– Mary!
– ... interesuje – dokończyła dziewczyna, spoglądając na matkę, która pokręciła głową.
– Bo jadę dzisiaj do Ministerstwa, więc mógłbym was rzucić po drodze.
– Po co jedziesz do Ministerstwa? – spytała moja przyjaciółka, unosząc brwi.
– Bo widzisz, kuzynko, wziąłem sobie naszą wczorajszą rozmowę do serca i zamierzam starać się o ten staż w Anglii. Więc muszę zacząć załatwiać to jak najszybciej, tudzież już dzisiaj.
– Do siedmiu gargulców – jęknęła Mary, czego na szczęście nie słyszała jej mama.
– Także jeśli chcecie się zabrać – kontynuował Louis, nic sobie nie robiąc z jawnych protestów Gryfonki – to poleciłbym wam się pospieszyć.
– Zjemy i pójdziemy się zbierać – obiecała Dorcas, którą wyraźnie bawiła postawa Macdonald.
– Świetnie, może potem też je odbierzesz? – spytała mama Mary. – Nie musiałyby dźwigać książek.
– Wrócimy kominkiem – mruknęła jej córka, mrużąc oczy w stronę Louisa, który wyszczerzył się wesoło.

Droga na Pokątną zajęła nam dwa razy dłużej, niż powinna. Odpowiedzialna za to była wielka sprzeczka Mary i Louisa, który kategorycznie zabronił wsiadania do swojego auta komuś, kto nosi różowe trampki, na co Macdonald stwierdziła, że nie będzie jechać z kimś, to wyraźnie jest chory umysłowo. Dopiero Dorcas udało się zaryglować drzwi i zmusić kuzyna Mary do ruszenia. Więc kiedy w końcu znalazłyśmy się pod dziurawym kotłem, wszyscy mieli siebie serdecznie dość.
– Do zobaczenia wieczorem, kuzynko! – zawołał Louis, odjeżdżając swoim starym volkswagenem.
– Zabiję go kiedyś – warknęła Mary, przyglądając mu się groźnie. – Głupi Amerykanin i jego głupie auto. Kupił je na jakiejś garażowej wyprzedaży i myśli, że taki z niego rajdowiec. Matka nie wie, że używa zaklęcia maskującego, żeby kierownica była po dobrej stronie. Chyba sobie z nią porozmawiam.
– Chyba cię wkurzył – zaśmiałam się.
– Chyba to mało powiedziane – odpowiedziała Dorcas, uśmiechając się. Mary zgromiła nas wzrokiem, a potem bez słowa ruszyła ku wejściu.
Dziurawy kocioł był pełen ludzi. Zza przesłoniętych okien przedostawały się nikłe promienie słońca, tworząc strużki wirującego kurzu. Powoli przepchałyśmy się do tylnego wyjścia, starając się nie wpaść na nikogo.
– Matko, czy wszyscy postanowili zrobić zakupy w tym samym momencie? – spytała Mary, widocznie zapominając już o swojej złości na kuzyna.
– Chyba tak.
Obie spojrzałyśmy na Dorcas, która właśnie zaglądała przez tworzące się przejście w murze. Gwar narastał, aż w końcu pochłonął nas, tak, że ledwo byłyśmy się w stanie usłyszeć. Ulica Pokątna pełna była wymijających się uczniów Hogwartu.
– Och, świetnie – westchnęła Mary – wysłali listy wszystkim na raz.
– To co teraz?
– Chyba nie mamy zbytniego wyboru – mruknęłam, ruszając powoli w stronę tłumu.
– W takim razie gdzie najpierw?
– Proponuję książki oblecieć na końcu – stwierdziła Mary. – Żebyśmy nie dźwigały tego zbyt długo.
– Czemu nie poprosiłaś swojego kuzyna, żeby nam pomógł? – spytała rozbawiona Dorcas.
– Och zamknij się.
Powoli ruszyłyśmy wzdłuż ulicy, starając się uniknąć staranowania, gdy po kolei zaglądałyśmy do różnych sklepów. Najwięcej czasu zajęło nam zdobycie składników do eliksirów. Wszystkie musiałyśmy też udać się po nowe szaty.
– Przez ten wypadek w czerwcu mamy roboty co niemiara! – westchnęła Madame Malkine, podając nam gotowe już zamówienia. – Prawie wszyscy potrzebują nowej szaty.
– Nic dziwnego – mruknęłam pod nosem, kiedy już wychodziłyśmy. – Większość straciła swoje bagaże.
– Myślicie, że dużo osób nie pojedzie w tym roku do Hogwartu? – spytała cicho Mary, kiedy ruszyłyśmy w dół ulicy. Im dalej szłyśmy, tym bardziej przerzedzał się tłum, aż w końcu mogłyśmy porozmawiać, nie musząc do siebie krzyczeć.
– Prawdopodobnie tak. Ciężko się im dziwić.
– Ale teraz już nie dopuszczą do czegoś takiego. Prawda?
– To nie była niczyja wina, nikt nie mógł się tego spodziewać – mruknęłam.
– Macie ochotę na lody? – spytała Mary po chwili ciszy.
– Cokolwiek, by choć na chwilkę pójść do cienia – zgodziła się Dorcas. Trzeba były przyznać, że było nadzwyczaj gorąco. We trzy pokiwałyśmy zgodnie głowami i ruszyłyśmy w kierunku lodziarni Floriana Fortescue, która ja zwykle była oblegana przez dziesiątki uczniów. 
– Ja nie idę – zawołała Macdonald.
– Ja też nie! – podłapałam, zanim Meadowes zdążyła się odezwać.
– Ej, to nie fair!
– Za późno – zachichotała Mary. – Ja poproszę... czekoladowe! Z orzechową posypką!
– Mi możesz wziąć truskawkowe – zachichotałam, a Dorcas oburzona wystawiła nam język.
– Napluję wam do tych lodów.
– To mądrzejsze, żeby tylko jedna z nas tam weszła, niepotrzebnie robiłybyśmy tłum!
– Jasne, jasne – westchnęła brunetka, wchodząc do środka. – Tak się tłumacz, Mary.
– Nic jej nie będzie – zachichotała Macdonald, opierając się o mały murek.
– Ładnie to tak wykorzystywać koleżankę?
Obie obróciłyśmy się i uśmiechnęłyśmy szeroko. Chłopak stojący za nami miał na sobie koszulkę z krótkim rękawem i jasne krótkie spodenki. Był opalony, jakby za długo wylegiwał się na słońcu, a jego włosy pojaśniały zabawnie na czubku głowy. Blondyn odwzajemnił nasz uśmiech, wyciągając ręce z kieszeni.
– Remus – powiedziałam, przytulając go mocno. – Myślałam, że zobaczymy się dopiero w drodze do Hogwartu.
– Z tego, co zauważyłem, są tu dzisiaj dosłownie wszyscy – zachichotał, obejmując Mary.
– Bo chyba wszyscy dostali dzisiaj sowę.
– Tak właśnie podejrzewałem.
– Jak wakacje? – spytałam, na co chłopak zaśmiał się radośnie. 
– No wiesz, jakoś lecą. Nie mogę za to uwierzyć, że to będzie nasza ostatnia podróż do zamku.
– Jeśli już o zamku mowa, zgadnij, kto został Prefektem Naczelnym! – zawołała Mary, podskakując i pokazując na mnie.
– Tak właśnie podejrzewałem – mruknął Remus, uśmiechając się pod nosem. – Gratuluję Lily, zasługiwałaś na to.
– Jeszcze powiedz, że ty zostałeś drugim – zachichotałam, na co twarz Lupina zadrgała.
– Och, nie, to nie ja, ale znasz tę osobę.
– Co, kto mógł bardziej nadawać się od ciebie? – spytała Mary, unosząc brwi. Lunatyk ledwo powstrzymał uśmiech, jakby na coś czekając. A potem, dosłownie sekundę później rozległ się przytłumiony dźwięk bębna. Z każdą chwilą stawał się on głośniejszy, aż nagle zza winkla wyłonił się Syriusz. Miał potargane włosy, przewiązane opaską w kolorach moro, policzki umazane czymś czarnym, a na jego szyi wisiał...
– Czy to dziecięcy bębenek? – spytała Mary, unosząc swoje brwi jeszcze wyżej, o ile w ogóle było to możliwe. Black niewzruszony dalej wygrywał rytm pałeczką, drugą ręką za to wymachując różdżką. – Co do siedmiu gargulców... – wydukała dziewczyna. Obie spojrzałyśmy na Remusa, który jedynie pokręcił głową, jakby nie mógł nic z siebie wydusić.
– Panie i panowie, oto on, duma domu Gryffindora, kapitan drużyny Quidditcha, wierny przyjaciel, gorący kochanek i PREFEKT NACZELNY!
Zza rogu wypadł zaczerwieniony James. Dopiero wtedy zrozumiałyśmy, o co chodziło z tym wymachiwaniem różdżką – nad jego głową unosił się wieniec laurowy, atakujący jego głowę, a wokół fruwało pełno płatków róż. Zaraz za nim toczył się roześmiany Peter, po którego twarzy toczyły się łzy, a sam ledwo mógł złapać oddech.
– Przysięgam, jak zaraz nie zabierzesz tego wieńca – warknął James. – To było zabawne, przez jakieś pięć minut!
– Może dziesięć, ewentualnie pięćdziesiąt... Gdybyście widziały, jak dumnie obchodził się ze swoją nową rolą – mruknął Remus, ledwo powstrzymując śmiech, jednak przerwał, widząc wzrok Pottera. 
– Co – powiedziała Mary, idealnie opisując to, co miałam w głowie.
– No, kopara opadła, nie? – zawył Łapa, wymachując pałeczką w naszym kierunku. – Przed wami stoi chluba wszystkich prefektów – tu uderzył pałeczką w bębenek – nauczycieli – bum! – i uczniów! – bum!
Obie przyglądałyśmy się Syriuszowi kicającemu wokół Jamesa, który starał się odgonić od siebie płatki kwiatów. Black nic sobie z tego nie robiąc, nadal wybijał rytm, podśpiewując coś pod nosem.
– Potter naszym bohaterem, tylko on nas uratuje – zawył dumnie, nawalając w malutki bębenek. – Stoczy bitwę i Śmierciożerców łby nam podaruje!
– Żebym twojego łba nikomu nie podarował – zagrzmiał Rogacz, wyrywając pałeczkę z rąk przyjaciela i grzmocąc go nią po głowie.
– Ej! 
– Boże, co tu się dzieje? – zawołała Dorcas, wychodząc z lodziarni. – Pogięło was?
– James został Naczelnym – wydarł się Black, a sekundę później stały się trzy rzeczy: wkurzony Rogacz wyrwał przyjacielowi bębenek i wsadził mu go na głowę, Remus parsknął takim śmiechem, że aż zleciał z murku, na którym przed chwilą przysiadł, a Dorcas wypuściła jednego loda.
– Aaaa, oszalałeś!
– Tylko nie mój miętowy – zawyła Meadowes, przekrzykując wrzaski Łapy, na co Lupin zaniósł się jeszcze większym śmiechem, przez co brzmiał, jakby nie mógł oddychać.
– Kupisz sobie nowego – warknął Potter, otrzepując z siebie płatki, które w końcu opadły. Meadowes otworzyła usta z oburzeniem, spoglądając to na Gryfona, to na swojego loda, który leżał teraz pomiędzy jej butami.
– Już dobrze? – spytałam, podając rękę chichrającemu się Remusowi. Mary pokręciła głową i pomogła mi go podnieść. Obie zerknęłyśmy na siebie skonfundowane, jednak wiedziałam, że w moim spojrzeniu czaiło się coś więcej. Zdenerwowanie.
– Tak – zachichotał Lupin, ponownie przysiadając na murku – dzięki.
– Więc jak to się stało, że ty – podkreśliła Macdonald, odwracając się do reszty – zostałeś Prefektem Naczelnym?
– Mnie się nie pytaj, bo wiem tyle, co ty. Nie miałem kiedy nawet o tym pomyśleć, bo ten głąb katował mnie piosenkami własnego autorstwa, odkąd przyszedł list –  westchnął James, tarmosząc swoje włosy. Miał bardzo ładne włosy. Zrezygnowałam jednak z powiedzenia tego na głos, zamiast tego spoglądając w dół.
– Ej! – zawołał ponownie Black, próbując ściągnąć z głowy bębenek. – Tylko nie głąb!
– Te, perkusista, wisisz mi loda – warknęła Dorcas, pukając w instrument.
– Nie rób tak, wiesz, jakie tu jest echo?
–  I dobrze! –  zawołała, nawalając w bębenek wolną ręką.
– W sumie, to dobrze się złożyło, że was spotkałyśmy – powiedziała Mary, nic sobie nie robiąc z krzyków Syriusza. – Planowałyśmy z dziewczynami zrobić ognisko, żeby pożegnać ostatnie oficjalne wakacje. Co wy na to?
– To super pomysł – wydyszał Syriusz, opuszczając ręce. – Ale niech ktoś mi najpierw zdejmie to ustrojstwo, bo zaraz oszaleję.
Peter otarł łzy i podszedł do przyjaciela, jednak ten niechcący przyłożył mu pałeczką w głowę. Starając się nie roześmiać na widok zataczającego się Pettigrew, sięgnęłam po różdżkę i machnęłam nią. Bębenek wyleciał w powietrze, a Łapa natychmiast złapał się za uszy.
– Nareszcie!
– Dzięki, Lily, jesteś super, och, nie ma za co, przyjemność po mojej stronie – zaświergotałam, biorąc swojego loda od wciąż złej Dorcas. 
– Tak, tak, dzięki –  mruknął Black, patrząc z oskarżeniem na Jamesa.
– Halo, ktoś mnie słucha? Ognisko, koniec wakacji? Uczcimy nowych prefektów? – zawołała Macdonald.
– Nowych prefektów? Liczba mnoga? – spytał Potter, rzucając w przyjaciela swoim wieńcem laurowym.
– Tak, egoisto, Lily też została Naczelnym – westchnęła Mary.
Rogacz uniósł brwi i spojrzał na mnie po raz pierwszy, odkąd zjawił się w blasku swojej chwały. Wyglądał na całkiem rozbawionego, jednak ja nie podzielałam jego entuzjazmu.
– To może jednak nie będzie tak źle – skwitował, a we mnie się zagotowało.
– Czyli wpadniecie? To super, może być piątek?
– Piątek brzmi okej – potwierdził Remus, zerkając to na mnie, to na Jamesa i uśmiechając się pod nosem diabelsko.
Dla mnie to wcale nie brzmiało okej. Zmarszczyłam nos, spoglądając na mojego roztapiającego się już loda. Wciąż nie wiedziałam, jak miałyby wyglądać nasze stosunki, więc wizja planowania dyżurów, sprawdzania sprawozdań i najnormalniejszego w świecie sprawowania jakiejkolwiek władzy z Rogaczem wcale nie napawała mnie szczęściem. Mogłam mieć tylko nadzieję, że nie będzie to tak straszne, jak w scenariuszach, które właśnie pojawiały się w mojej głowie.
Głupi Potter, przemknęło mi przez myśl.
Głupia Lily, odpowiedział cichy głosik w mojej głowie.
Ten rok zapowiadał się naprawdę ciekawie.


Nie wierzę, że w końcu udało mi się dokończyć rozdział. Jedynie o czym ostatnio myślę to „o nie, na jutro sprawozdanie z fizyki”, „dalej nie nauczyłam się na kolokwium z matmy” i „kto normalny karze się uczyć konspektów na laboratoria?!”. Dlatego zaczęłam nosić laptopa ze sobą na co poniektóre wykłady i pisać na nich, bo w domu nie miałam w ogóle czasu na coś takiego, jak blog. 
Dlatego też rozdział podzieliłam na parę krótszych części. Ale co robi Ati, jak dzieli rozdział na trzy, żeby był krótszy? Pierwszą część pisze na 18 stron. Tak potrafię tylko ja. Krótkie rozdziały się mnie po prostu nie trzymają.
Tak czy siak, nie mogę zaprzeczyć, że pisanie tego rozdziału sprawiło mi niesamowitą frajdę. Pokochałam zwłaszcza Jamesa walącego Syriusza pałeczką po głowie. O tak, ten widok zostanie przed moimi oczami na długo.
Koniecznie napiszcie co sądzicie. I przepraszam, że nie odpowiedziałam na komentarze pod poprzednim postem, nie wiem kiedy uciekł mi ten czas. Obiecuję, że na te odpowiem!
Wasza, Ati 
PS. Syriusza w opasce w kolorach moro dedykuję Muni i Kath. Podzielcie się :*


piątek, 29 września 2017

21. Prawda cz.II

Dla wszystkich, którzy czekali.

Budynek szpitala był pogrążony w przeraźliwej ciszy. Fleamont zniknął w poszukiwaniu lekarza, zostawiając naszą piątkę w przyciemnionym holu. Chwilę później znikąd pojawiła się drobna osóbka w białym kitlu i plikiem papierów w rękach. Na nosie miała wielkie okulary, które wyglądały, jakby ważyły tonę. Dziewczyna prezentowała się naprawdę młodo – nie mogła być od nas starsza o więcej niż pięć lat.
– Chodźcie za mną – rzuciła cicho i poprowadziła nas labiryntem korytarzy. Nie mogłam skupić się na otaczających mnie ścianach, wciąż myśląc o tym, co zdarzyło się w domu Clarie. W ogóle nie zwracałam uwagi na mijane pomieszczenia, schody i przejścia. Coś w tamtym miejscu mnie przytłaczało, sprawiało, że chciałam uciec jak najdalej i nigdy już tam nie wrócić. Niepokój, pomyślałam. To, co czułam, to był niepokój.
– Jesteśmy na miejscu. W razie jakichkolwiek pytań, lekarz powinien być w dyżurce. I proszę bardzo jej nie męczyć. Wciąż nie powinna się denerwować.
Pokiwałam głową, spoglądając na Clarie, która zrobiła się przeźroczysta. Stażystka o imieniu Bree, jak dowiedziałam się z plakietki na jej piersi, którą dopiero wtedy zauważyłam, uśmiechnęła się do nas smutno, po czym zawróciła, zostawiając nas w ciszy. Pan Potter poklepał swojego syna po ramieniu i odchrząknął cicho.
– Dam wam chwilkę.
James pokiwał głową a potem spojrzał na nas znacząco. Dorcas powoli przesunęła się do przodu i złapała za klamkę.
– Gotowa?
Clarie pokiwała głową i weszła do środka jako pierwsza.
W pomieszczeniu panowała cisza. Maryl leżała na łóżku po lewej stronie, miała przymknięte powieki i chorobliwie szarą twarz. Patford natychmiast podeszła do niej i jak najdelikatniej przysiadła na krześle obok. Wyglądała, jakby miała się zaraz rozpłakać, a samo patrzenie na tą dwójkę sprawiało, że też miałam ochotę to zrobić.
– Maryl? 
Syriusz podszedł do łóżka i obejrzał się na swojego przyjaciela. Rogacz oparł się o ścianę przy łóżku i uśmiechnął smutno, kiedy dziewczyna powoli otworzyła oczy.
– Jak się czujesz? – powiedziała cicho Clarie, pochylając się nad nią z troską.
– Zmęczona – westchnęła Binner, podnosząc się na łokciach do góry. Miała delikatnie zachrypnięty głos, jakby dawno się nie odzywała. 
– Wiadomo, kiedy cię wypuszczą? – spytała Dorcas, opierając się o ramę łóżka.
– Nie do końca. Wciąż robią mi jakieś badania.
– A powiedzieli chociaż, co dokładnie się stało?
– Tylko tyle, że musiałam oberwać jakimś mocnym urokiem. Ale już się czuję dobrze, naprawdę.
Nie wyglądała, jakby tak było. Kiedy spojrzała na mnie, dostrzegłam błysk zmęczenia w jej oczach, jakby już ta zwykła rozmowa doprowadzała ją do skraju wyczerpania.
– Żałuję, że przybiegłem za późno, gdybym znalazł tego, kto ci to zrobił... – zaczął Syriusz, zaciskając dłonie w pięści, na co Maryl pokręciła głową.
– To by nic nie dało. Wszystko działo się zbyt szybko.
W pokoju zaległa cisza. Clarie ujęła przyjaciółkę za rękę, a ta uśmiechnęła się do niej, chociaż bardziej wyglądało to na grymas bólu. James i Syriusz wymienili porozumiewawcze spojrzenie, a ja zmarszczyłam brwi. Na gołe oko było widać, że znowu coś knują.
– Tak czy siak, cieszymy się, że nic ci nie jest, Maryl – powiedziała Dorcas, kładąc rękę na ramie łóżka, jakby chciała pokazać, że wszystko będzie dobrze. – Niedługo stąd wyjdziesz, a za miesiąc wrócimy do Hogwartu i odbijemy sobie te wakacje, okej?
– Jasne – zachichotała cicho Binner. – Już nie mogę się doczekać.
– I bardzo dobrze – powiedziałam, uśmiechając się do niej. Dziewczyna odgarnęła za ucho kosmyk poplątanych włosów i odwzajemniła mój gest.
Spędziliśmy z nią prawie godzinę, obiecując, że niedługo znów do niej zaglądniemy. Mimo wszystko, czułam, że to za mało. Czułam, że powinnam była tam zostać, chociaż co więcej mogłabym zrobić? Maryl miała zapewnioną opiekę, potrzebowała jedynie spokoju. 
Powoli opuściliśmy pokój, zostawiając ją z Clarie, która chciała się jeszcze pożegnać. James pocałował ją w policzek, a ja zaczęłam się zastanawiać, jak wyglądały teraz ich stosunki. Od wykolejenia się pociągu nie mieliśmy kontaktu, a ostatnia ich rozmowa, o której wiedziałam, miała miejsce tuż przed końcem roku szkolnego. Co postanowili?
Kiedy wróciliśmy na korytarz, dostrzegłam, że Fleamont rozmawiał z jakąś kobietą w kitlu. Dopiero kiedy ta odwróciła się w naszą stronę, rozpoznałam Eloise, lekarkę, która prowadziła magomedyczne spotkania zawodowe w Hogwarcie.
– Gotowi do drogi? – spytał pan Potter, uśmiechając się do nas ciepło.
– Czekamy jeszcze na Clarie. Dzień dobry – dodałam, na co kobieta pokiwała głową.
– Witaj, Lily. Naprawdę miło cię widzieć, jak wakacje?
– Spokojnie – odpowiedziałam, nie za bardzo wiedząc co jeszcze mogłabym powiedzieć.
– To dobrze. Powinniście wypocząć przed powrotem do szkoły – zaśmiała się cicho, odgarniając siwe włosy za ucho. Od ostatniego spotkania sprawiła sobie grzywkę, która przysłaniała jej jasne brwi, ujmując jej kolejnych parę lat. Zawsze niezmiernie podobała mi się jej fryzura, miałam wrażenie, że to dzięki niej Eloise miała taki dobry kontakt z młodzieżą, w końcu sama wyglądała na niewiele starszą.
Chwilę później drzwi od pokoju Maryl otworzyły się po raz ostatni i w progu stanęła Clarie, próbując się uśmiechnąć.
– Okej, możemy się zbierać.
James poklepał ją po ramieniu, a Dorcas uśmiechnęła się pocieszająco. Patford była w naprawdę złym stanie, ale gdyby się nad tym zastanowić, rozumiałam ją w stu procentach. Jeśli to samo stałoby się Mary i to ona wylądowałaby w ciężkim stanie w szpitalu...
Wszyscy skierowaliśmy się w kierunku wyjścia, a ja zaczęłam zastanawiać się, od jak dawna nie widziałam Mary. Przez klauzurę dotyczącą komunikowania się nałożoną przez Ministerstwo, nie mogłyśmy kontaktować się tak często, jakbyśmy chciały. Niesamowicie za nią tęskniłam. Gdyby spojrzeć na to z innej strony, to to był kolejny plus spotkania z Dumbledorem. W końcu mogłyśmy się zobaczyć. 
– Okej, dajcie mi jeszcze chwilę, skoczę szybko do zabiegówki, powiedzieć, że wychodzę – zawołała Eloise, odłączając się od nas na pierwszym piętrze. – Możecie poczekać w holu. 
– Ona idzie z nami? – spytała Dorcas, nachylając się nad moim ramieniem. Wzruszyłam ramionami, spoglądając za oddalającą się lekarką.
– Jest w Zakonie – rzucił Syriusz, od niechcenia odgarniając włosy z oczu.
– W czym?
– Och, no to ta ich organizacja "przeciwko złu" czy  coś. Tak na to mówią, Zakon.
– A ty to wiesz, bo...? – mruknęłam nieprzekonana.
– Bo na pewno w nim jest, zgarnął fotel prezesa – zachichotała Dorcas, na co James odwrócił się i obrzucił ją rozbawionym spojrzeniem.
– Wspomnisz moje słowa, Meadowes, jeszcze zobaczycie – westchnął Syriusz, ostentacyjnie strzepując kurz z koszulki, na co obie parsknęłyśmy śmiechem.
– Taa – szepnęła Dorcas, kręcąc głową z politowaniem.
– Wybaczcie – doszedł nas głos Eloise, kiedy przekroczyliśmy olbrzymie drzwi prowadzące do recepcji. – Musiałam jeszcze wstąpić do dyżurki, nie mam pojęcia gdzie zniknęli wszyscy stażyści, kiedy są naprawdę potrzebni. Ale już jestem, możemy iść?
– Nic się nie stało, właściwie to dopiero przyszliśmy – zapewnił ją James, próbując zagłuszyć napad chichotu Syriusza. 
Eloise uśmiechnęła się, poprawiając ucho torebki, które zsuwało się jej z ramienia, po czym ruszyła w kierunku drzwi. Tego dnia ubrana była w błękitną sukienkę w czarne grochy. W jej obecności hol wydawał się być wręcz przerażająco opustoszały, jakby w całym budynku nie było oprócz nas żywej duszy. Winfred w ogóle nie pasowała do tego ponurego nastroju. Ucieszyłam się, kiedy w końcu wyszliśmy na zewnątrz. Miałam wrażenie, że ten szpital niesamowicie mnie przygnębiał, tak jakby każda sekunda przebywania w nim okraszona była nieustającym niepokojem.
– Tutaj – powiedziała Eloise, prowadząc nas w jedną z ocienionych uliczek. – Tutaj powinno być w porządku.
– Gdzie teraz? – spytała Dorcas, rozglądając się po zakurzonej kostce.
– Zabieram was na małą wycieczkę – rzuciła kobieta, zerkając na zegarek. – Złapcie się za ręce.
Clarie spojrzała na mnie zdziwiona, jakby pytając się, co to właściwie znaczy, jednak wszyscy zgodnie zrobili to, o co prosiła Winfred, a sekundę później staliśmy już na niewysokim wzgórzu, z którego rozciągał się widok na całe miasteczko. Najbliżej nas znajdowała się posiadłość otoczona potężnym żywopłotem, z wysokimi kolumnami i wieżyczkami wzbijającymi się ku niebu spośród morza igieł i liści.
– Witajcie w Gaju – powiedziała z uśmiechem Eloise, mrugając do nas wesoło, a potem ruszając w dół zbocza.
Przez całą podróż nikt nie odezwał się ani słowem. Wszyscy w ciszy przyglądali się rosnącemu zarysowi dworku, który wyłaniał się spomiędzy drzew. Główna brama, prowadząca do wielkiego dziedzińca z fontanną na środku była otwarta, sprawiając wrażenie, jakby w powietrzu wisiał wielki slogan "zapraszamy na dni otwarte!". Powoli stoczyliśmy się na wąską, kamienną dróżkę i ruszyliśmy w stronę wejścia, rozglądając się z otwartymi ustami. Dopiero kiedy zbliżyliśmy się na tyle, by objął nas cień potężnego klonu, rosnącego przy bramie, dostrzegłam uśmiechniętą postać, opierającą się o murek okalający ścieżkę.
– A już myślałem, że się zgubiliście – zaśmiał się Anthony Godfray, stawiając dwa kroki w naszym kierunku. 
– Aż tak wątpisz w moje zdolności przewodnicze? – odpowiedziała Eloise, odwzajemniając jego szeroki uśmiech.
– Jakżebym śmiał. Fleamoncie – rzucił mężczyzna, ściskając jego dłoń. – Niezmiernie miło mi cię widzieć.
– Witaj, Anthony! 
– Jak podróż?
– Och, w moim wieku każdy ruch jest wskazany, powiedziałbym więc, że wręcz orzeźwiająca.
– Tato – mruknął James. Jego policzki zaróżowiły się delikatnie, kiedy kopnął kamień leżący obok jego stopy. 
– No co? Nie mam racji? – odpowiedział Fleamont, absolutnie nic sobie nie robiąc z zażenowania syna, po czym znowu zwrócił się w kierunku naszego gospodarza. – Mam nadzieję, że nie sprawiamy ci kłopotu tym najściem.
– Ależ skądże – zapewnił Anthony, uśmiechając się. – Chodźcie, wciąż czekamy na parę osób.
– Skoro to Dumbledore chciał się z nami spotkać, to co my tu właściwie robimy? – spytałam szeptem, na co Dorcas wzruszyła ramionami.
– A myślałaś, że gdzie się wybieramy?
– Najpierw przyszedł mi na myśl Hogwart – przyznałam, rozglądając się po obszernym ogrodzie. 
– Mówiłem, będziemy rozmawiać z Zakonem – rzucił Syriusz, nachylając się do nas. Clarie westchnęła cicho, wymieniając z nami wymowne spojrzenie. – No co się tak patrzycie na siebie, mówię serio. Dlatego jesteśmy tutaj, gdzie wszyscy się spotykają.
– Skąd ty to wszystko wiesz? – spytała Dorcas.
– Bo już tu byłem. Byliśmy – poprawił się, spoglądając na Jamesa. – A myślicie, że kto wam załatwił tą rozmowę?
Meadowes wyglądała, jakby zamierzała coś odpowiedzieć, ale w tym samym momencie dotarliśmy do otwartych drzwi. Anthony odwrócił się do nas i z uśmiechem poprowadził do środka.
Wnętrze dworku utrzymane było w starym stylu. Na kremowych ścianach wisiały portrety grupy uśmiechniętych staruszków, w tym byłego Ministra Magii. Oprócz obrazów, w wysokim holu znajdowała się potężna komoda i lustro w bogato zdobionej ramie.
– Mamy jeszcze trochę czasu, więc śmiało, rozgośćcie się. Spotkamy się w jadalni, to tuż za tymi drzwiami.
Wszyscy pokiwali głowami. James i Syriusz nachylili się ku sobie, natychmiast zaczynając szeptać, a Clarie wróciła do rozmowy z Eloise na temat Maryl. Cicho westchnęłam i już otwierałam usta, żeby zagaić do Meadowes, kiedy ktoś mnie uprzedził.
– Dorcas, mógłbym zamienić z tobą słówko?
Obie spojrzałyśmy na Godfray'a, którzy patrzył zachęcająco na moją przyjaciółkę. Za jego plecami stał pan Potter, uśmiechając się wesoło. Dorcas kiwnęła głową i powoli ruszyła w ich kierunku.
– Było mi bardzo przykro, kiedy usłyszałem o śmierci twoich rodziców, uważałem ich za wspaniałych ludzi.
– Dź-dziękuję – wydusiła z siebie zaskoczona Dorcas.
–Widzisz, całkiem nieźle dogadywałem się z twoim ojcem. Zdradził mi coś w tajemnicy i pomyślałem...
Przyglądałam się jak znikają w przejściu do maleńkiego saloniku, a ich głosy powoli cichną. Kiedy się odwróciłam, Clarie i Eloise właśnie wychodziły do ogrodu, a James i Syriusz próbowali niepozornie włamać się do jednego z zamkniętych pokoi.
– Czy was porąbało?
Oboje obrócili się, starając się wyglądać możliwie jak najbardziej niewinnie. W ręku Syriusza błysnął metalowy wytrych wielkości długopisu, który pokryty był wypustkami i guzikami. Sekundę później zniknął w tylnej kieszeni spodni chłopaka.
– Ale tak ogólnie, czy chodzi ci o coś konkretnego? – spytał Black.
– Dobrze wiesz o co mi chodzi. 
– Nie – stwierdził, robiąc głupią minę i kręcąc głową. James ledwo powstrzymał uśmiech.
– Co wy znowu knujecie?
– Dowiesz się, jak będziemy chcieli ci powiedzieć.
Kiedy otwierałam z oburzeniem usta, w drzwiach wejściowych pojawiła się mknąca burza złotych loków, która rzuciła się na plecy Jamesa.
– Mam cię!
Z uniesionymi brwiami przyglądałam się roześmianej dziewczynie, którą Potter okręcił wokół siebie. Syriusz uśmiechnął się do niej, kiedy zeskoczyła na ziemię i poczochrała włosy Rogacza.
– Myślałam, że nigdy nie przyjedziecie.
– Mieliśmy dużo na głowie – zapewnił Syriusz, przytulając ją, tuż po tym jak pocałowała Jamesa w policzek.
– Chyba nie czekałaś za długo? – spytał Potter, tarmosząc włosy. Tarmosząc. 
– Nie – odarła dziewczyna, śmiejąc się. – Idziemy?
Dopiero kiedy Syriusz spojrzał na moją wysoko uniesioną brew, jego usta zacisnęły się a następnie powróciły do uśmiechu, tym razem jednak chłopak ledwo powstrzymywał się od śmiechu.
– Ee, Lily, to jest Alia – rzucił rozbawiony. James natychmiast się wyprostował, patrząc gdzieś w bok, a blondynka obróciła się. Miała ładną, okrągłą twarz i niesamowicie szpiczasty nos, co niestety dodawało jej uroku. Tak jakby na niej każda niedoskonałość wyglądała lepiej. Jej ręce, które właśnie zbierały kosmyki włosów, zadrgały. 
– Cześć! 
Kiedy skończyła wiązać kucyka natychmiast podała mi dłoń.
– Cześć – odparłam wciąż lekko osłupiała.
– Miło cię poznać, słyszałam o tobie dużo dobrego.
– Eeee... tak – wydukałam, nie wiedząc, co podziać z rękami. Alia włożyła swoje do tylnich kieszeni, ale moja próba zrobienia tego samego była tak nieudolna, że w końcu zrezygnowałam i opuściłam je wzdłuż ciała, stojąc jak sierota.
– Nie widzieliśmy się z Lily przez całe wakacje, więc właściwie nie mieliśmy jak poopowiadać co u nas – wyjaśnił Syriusz. 
Poopowiadać co u was, przemknęło mi przez myśl. Raczej kogo nowego poznaliście.
– Przecież nic się nie dzieje  – powiedziała Alia, odwracając się w kierunku chłopaków, jakby chciała zaznaczyć, że to, iż jakaś tam dziewczyna wcale jej nie zna, nie jest dla niej najmniejszym problemem. – Tyle, że naprawdę musimy iść, jeśli chcemy zdążyć...
– Tak, idziemy – przerwał jej James, odzyskując zdolność mówienia. Wciąż jednak nie patrzył w moim kierunku.
– Wybacz, Lily, ale musimy cię na chwilę zostawić. Sprawy wagi państwowej – odrzekł śmiertelnie poważny Syriusz, po czym poklepał przyjaciela po plecach i skinął na Alię, która ruszyła za nim ku drzwiom. James w końcu odważył się unieść wzrok. Coś chodziło mu po głowie, widziałam to w jego twarzy. Jakby bił się z własnymi myślami, jakby był na skraju powiedzenia czegoś, ale sekundę przed tym, jak mogłoby to z niego wylecieć, odwrócił się i odszedł. A ja, wciąż czując na sobie ciężar jego spojrzenia, dobrze wiedziałam co chciał powiedzieć.
Nie było cię. Nie chciałaś być. Sama tak zadecydowałaś. Sama mnie odrzuciłaś.
Przez kilka sekund stałam w miejscu, nie mogąc się poruszyć, nie mogąc nawet nabrać oddechu. Powietrze było zbyt ciężkie. Bolało mnie myślenie o tym, że wcale nie powinnam się czuć źle. Westchnęłam, próbując się rozluźnić. Wszystko jest w porządku.
– To nie było miłe.
Z zaskoczenia aż krzyknęłam. Z łomoczącym sercem odwróciłam się do tyłu, w poszukiwaniu kogoś, kto to powiedział. Dopiero po chwili zobaczyłam sylwetkę chłopaka siedzącego na schodach prowadzących ku kolejnym piętrom. Brunet wstał i uśmiechnął się do mnie przepraszająco.
– Wybacz, nie chciałem cię przestraszyć.
– Podsłuchiwałeś?
– Właściwie, to siedziałem tu cały czas, zanim jeszcze przyszliście. Po prostu nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Jak zwykle z resztą.
Chłopak zeskoczył z dwóch ostatnich stopni i opuścił ramiona. Cała jego twarz usiana była piegami, a uszy zabawnie odstawały, jakby ktoś mu je za mocno naciągnął. Był wysoki i kościsty, ale nie w niezdrowy sposób. Kiedy zobaczył, że mu się przyglądam, poprawił brązowe, przydługie włosy i odchrząknął.
– Caspar Fimmel – powiedział, wyciągając w moim kierunku rękę. – I jeszcze raz przepraszam za tamto, nie chciałem wyjść na jakiegoś świra.
– Lily Evans. I chyba nic nie szkodzi.
Uścisnęłam jego dłoń a on uśmiechnął się. Miał niesamowicie białe zęby.
– Wiem. To znaczy, kojarzę cię ze szkoły, nie, żebym cię jakoś śledził, czy coś.
– Och – powiedziałam. W jakiś sposób chłopak wzbudzał we mnie sympatię. – Więc chodzisz do Hogwartu?
– Ta – mruknął posępnie. – W sumie nie dziwię się, że mnie nie kojarzysz. Nigdy nie byłem zbyt popularny. Przynajmniej nie tak jak wy – dodał.
Zaśmiałam się.
– Wcale nie jestem popularna – rzuciłam.
– Względy Pottera wyniosły cię do góry w rankingu.
– W rankingu? – spytałam, unosząc brew, na co Caspar się zarumienił.
– Och, no wiesz, kiedy młodsze, totalnie olewane dzieciaki nie mają co robić, rozmawiają o tych popularnych. 
– Więc jesteś jednym z tych młodszych, totalnie olewanych dzieciaków?
– Jestem w Huffelpuffie, to chyba wiele wyjaśnia.
Fimmel wzruszył ramionami, trochę zawstydzony, a potem spojrzał na mnie.
– Ta blondynka to Alia Alcidair. Daleka krewna – wyjaśnił.
– Nigdy nie widziałam jej w Hogwarcie.
– Och, ona nie chodzi do Hogwartu. Jest charłaczką – dodał, widząc moją minę.
– Och – powtórzyłam, nie mogąc wymyślić nic lepszego.
– Ta. Kiedyś mieszkała z rodzicami w Dolinie Godryka, ale przeprowadzili się tutaj w te wakacje. 
– Nie wyglądasz na najszczęśliwszego z tego powodu.
– Bo jej nie lubię. Wkurza mnie tą swoją wesołością i pogodnością. Żyje tuż obok magii, a nie może jej posmakować, ja na jej miejscu chodziłbym zły na cały świat.
Nie wiedziałam co odpowiedzieć, więc po prostu pokiwałam głową. Caspar jednak się tym nie przejął. 
– Poznali się, kiedy przyjechali tu po raz pierwszy. Twoi przyjaciele – dodał. – Była tu z rodzicami, oglądali dom w sąsiedztwie. Potem wrócili razem do Doliny, w sensie ona, James i Syriusz.
– Po co mi to mówisz? – spytałam.
Caspar się zarumienił.
– Widziałem, jak na niego patrzyłaś. Ja bym chciał wiedzieć – powiedział cicho, szurając swoim butem i patrząc się w ziemię.
Dawna Lily by się zbulwersowała. Obruszyłaby się, zaprzeczyłaby temu. Ale wtedy, stojąc w tym pustym holu, nie potrafiłam nie czuć sympatii do tego chłopaka o zabawnie powywijanych, brązowych lokach. Jego uwaga raczej mnie rozbawiła. Do czego to doszło, żebym była zazdrosna o Jamesa? Moja warga zadrgała, kiedy próbowałam się nie uśmiechnąć, na myśl o jego minie, gdyby to usłyszał.
– Chcesz się przejść? – spytałam, co wyraźnie zaskoczyło chłopaka. Spojrzał na mnie, a potem uśmiechnął się szczerze i pokiwał głową.
– Pokażę ci moje ulubione miejsce w tej zatęchłej ruderze.
Caspar poprowadził mnie na zewnątrz, a potem wzdłuż ścian budynku. Z tamtej strony wszystko pokryte było bluszczem, jakby ludzie zostawili naturę samą sobie i przestali się interesować tym, co dzieje się w ogrodzie. W starych oknach rezydencji odbijało się światło, rzucając na ścieżkę odblaski słońca. Było tam tak cicho, jakby ktoś nagle wyłączył cały świat. Caspar uśmiechnął się do mnie, prowadząc mnie w stronę krzewów róży.
– Nie chciałem, żebyś pomyślała, że jestem jakimś świrusem. Przepraszam, jeśli zachowywałem się dziwnie. Po prostu czasem ciężko nawiązuje mi się znajomości – powiedział po dłuższej chwili ciszy.
– W porządku – odparłam. – Zdarza się nawet najlepszym. 
Chłopak zaśmiał się.
– Więc ty też przyjechałeś na to spotkanie? – spytałam po chwili ciszy.
– Nie, ja tu mieszkam.
Uniosłam brwi a Caspar uśmiechnął się.
– To dom mojego wujka.
– Pan Godfray jest twoim wujkiem?
– Dla mnie to wujek Anthony, ale pan Godfray też przejdzie.
– A gdzie twoi rodzice?
– A gdzie są teraz jacykolwiek rodzice?
Nie zrozumiałam. Patrzyłam na jego twarz, kiedy przedzierał się przez zarośniętą ścieżkę.
– Jesteśmy na miejscu – powiedział po chwili, odwracając się w moim kierunku.
Rozejrzałam się. Placyk wyglądał na długo nieużywany. Po jego przeciwnej stronie piętrzyły się ruiny czegoś, co wyglądało na szklarnie z kamiennymi filarami. Odłamki szkła piętrzyły się wokół budowli, prawie całkiem porośniętej różami. 
– Pięknie tu – powiedziałam cicho.
Caspar uśmiechnął się.
– To jedyne miejsce, do którego nikt nie przychodzi. 
– Oprócz ciebie. – Chłopak usiadł na kamiennej ławce i wpatrzył się w ruiny. Przez moment się wahałam, a potem zrobiłam to samo. – Jeśli chodzi o twoich rodziców, przepraszam. Nie powinnam była...
– W porządku. Zdążyłem się już z tym pogodzić.
– Och. 
Nie wiedziałam co powiedzieć. 
– Dlatego nie rozumiem. Czemu chcecie to zrobić. Nie uważacie, że wystarczająco dużo ludzi zginęło już przez wojnę?
– Wojna ma to do siebie, że zawsze pochłania ofiary.
– Moi rodzice nie byli ofiarami. Sami zadecydowali o swoim losie. Byli naukowcami – wyjaśnił. – Pracowali nad czymś dla ministerstwa. Dla Zakonu. Wszystko jedno. Mieli rodzinę, a wybrali pracę. 
– Wiesz, czasami... – zaczęłam, próbując delikatnie dobrać słowa.
– Tutaj przeprowadzali eksperymenty. Próbowali coś stworzyć, wszędzie leżały jakieś tajne schematy. Przynajmniej tak mówili ci, którzy ich znaleźli.
Caspar oderwał wzrok od ruin i popatrzył w niebo prześwitujące pomiędzy gałęziami drzew. Znowu nie wiedziałam co powiedzieć, nie wiedziałam jak się zachować. Chłopak jakby rozumiejąc moją ciszę, uśmiechnął się nieśmiało.
– Znowu to zrobiłem. Znowu wyglądam na świra, co?
– Nie, tylko nie mam pojęcia...
– Wiem. Nigdy jakoś specjalnie z nikim o tym nie rozmawiałem – powiedział po chwili. 
– Więc czemu powiedziałeś mi?
– Bo za chwilę spotkacie się z ludźmi, do których chcecie dołączyć. Tyle, że medal zawsze ma dwie strony. Nie potrzebne nam są kolejne ofiary. Wasi rodzice nie muszą tracić dzieci.
Caspar wstał i spojrzał w stronę, z której przyszliśmy.
– Wiesz, Lily, lubię cię. Jesteś tą mądrą i dobrą. Po prostu nie chcę, żebyś poszła w kierunku czegoś, co może cię zniszczyć.

Powrót zajął nam więcej czasu niż myślałam. Przy drzwiach zebrała się już grupka ludzi. W głowie ciągle przetwarzałam słowa chłopaka. I jakaś część mnie wiedziała, że ma rajce. Ciągle nie mogłam otrząsnąć się z myśli, że byliśmy w miejscu, które pogrzebało na zawsze przyszłość dwójki ludzi. Uświadomiłam sobie, że im bardziej wydawało mi się, że odsuwam od siebie wydarzenia z czerwca i widok Maxse leżącej u moich stóp, tym bardziej zakorzeniał się on we mnie. Śmierć była obecna w każdym miejscu, do którego szłam.
Westchnęłam, podnosząc głowę. Caspar szedł obok mnie, wpatrując się tłum przy drzwiach wejściowych. Zdecydowanie był specyficzną osobą, ale raczej w dobry sposób. Był szczery do bólu, ale i radosny – nawet pomimo wszystkiego, co się stało. Kiedy zauważył że mu się przyglądam uśmiechnął się.
– Chyba ktoś na ciebie czeka – powiedział, wskazując na ścieżkę przed nami.
Podążyłam wzrokiem za jego wyciągniętą dłonią i mimowolnie się uśmiechnęłam. Przed nami stała rozpromieniona Mary, ubrana w luźną bluzkę i jasne dżinsy. Kiedy nas zobaczyła, natychmiast ruszyła w naszym kierunku.
– Lily!
Dziewczyna wpadła w moje ramiona, śmiejąc się radośnie.
– Nareszcie – zawołała. – Myślałam, że już się nie zjawisz.
– Nie mogłabym tego przegapić – zaśmiałam się.
– No pokaż się – powiedziała, odsuwając się. – Minął tylko miesiąc, a ty wyglądasz jak całkiem inna osoba!
– I ty to mówisz?
Mary zarumieniła się i pochyliła głowę, pozwalając by włosy zasłoniły jej policzki. Pojaśniały od słońca, przez co wyglądała, jakby zrobiła sobie jasne pasemka. Jej ręce były niesamowicie opalone, a ramiona usiane piegami.  
– Merlinie, jak ja za tobą tęskniłam!
Dziewczyna ponownie zamknęła mnie w żelaznym uścisku. 
– Ja też.
Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że Caspar wciąż stał obok, uśmiechając się pod nosem i bawiąc się dłońmi. Wyglądał na troszkę zestresowanego.
– Och, to jest Caspar – powiedziałam, odsuwając od siebie przyjaciółkę. – Jest na szóstym roku, w Huffelpuffie.
– Miło cię poznać, Caspar, jestem Mary.
Chłopak uścisnął jej wyciągniętą dłoń i uśmiechnął się.
– Mi też miło cię poznać. To... ja już się będę zbierał.
– Nie będzie cię na spotkaniu? – spytałam, spoglądając na niego.
– Przecież mówiłem ci, jaki mam do tego stosunek. Nie chcę bawić się w wojnę.
– W takim razie pewnie do zobaczenia.
– Tak, do zobaczenia – potwierdził kiwając głową, po czym uśmiechnął się ciepło i ruszył w kierunku drzwi.
– Hm, ciekawa osóbka – powiedziała Mary, patrząc za jego oddalającą się sylwetką.
– Zdecydowanie ciekawa.
– No dobra, a tak w ogóle, co u Maryl? Strasznie chciałam być wcześniej, ale musiałam zostać z Nancy, obiecałam mamie, że się nią zajmę, kiedy wszyscy będą zajmować się targiem.
– Nancy?
– To moja kuzynka – wyjaśniła Mary. 
– Ach. no tak. A jeśli chodzi o Maryl, to no cóż, chyba w porządku, chociaż wciąż nie wygląda najlepiej – powiedziałam, ruszając powoli w kierunku wejścia do domu. 
– Wszystko działo się tak szybko. Wciąż śni mi się po nocach ten przeklęty dworzec.
Pokiwałam głową w milczeniu. Przed oczami znowu stanął mi jego obraz, ale nie pozwoliłam, by całkiem mnie pochłonął.
– Chyba tylko dlatego zgodziłam się tu przyjechać – dodała cicho Mary. – Nie chcę nigdy więcej się tak czuć.
Minęłyśmy jakąś starszą czarownicę w wysokiej tiarze i dwie nastolatki, które kojarzyłam ze szkolnego korytarza i wtedy ją zobaczyłam. Uśmiechała się, rozmawiając ze swoją dziewczyną. Dziewczyną. Wciąż nie mogłam się do tego przyzwyczaić, lecz tym razem nie to przykuło moją uwagę. Tym razem były to dwie kule, po obu stronach jej ugiętych nóg.
– Grace – wyszeptała Mary, również patrząc w jej kierunku. Była dziewczyna Jamesa (jeśli można było ją tak w ogóle nazwać) spojrzała na nas, a jej uśmiech powiększył się.
– Lily, Mary! – zawołała, machając do nas. Elsie ujęła ją w pasie, gdy oderwała rękę od jednej kuli, jakby bała się, że blondynka się przewróci.
– Cześć – powiedziałam cicho.
– Wy też tutaj? Myślałam, że nie zgodzą się na przyjęcie młodszych roczników.
– My też – westchnęła Mary.
– Co ci się stało? – spytałam.
– Och, przygniotła mnie szyna. – Grace uśmiechnęła się krzywo. – Szczęście, że nic więcej się nie stało.
Krukonki spojrzały na siebie w ciszy, a ja natychmiast zrozumiałam, co miały na myśli. 
– Tak czy siak, gdyby nie ty, Lily, nie wiem czy ja wyszłabym z tego bez szwanku – powiedziała Elsie.
– Co masz na myśli?
– Usłyszałam twój głos na korytarzu, wiesz, kiedy zgasły światła. Wyszłam wtedy do was, pamiętasz? Chyba uratowało mi to życie.
– Nasz przedział prawie całkiem zmiażdżyło. Z resztą... sama to widziałaś.
Pokiwałam głową, czując, że robi mi się słabo. Grace spojrzała na mnie z bólem, a potem uśmiechnęła się smutno.
– Musimy chyba powoli się zbierać. Teraz potrzebuję trochę więcej czasu, żeby dotrzeć na miejsce.
Przyglądałyśmy się, jak Elsie podtrzymuje Grace. Ruszyły powoli w stronę jadalni, uśmiechając się do nas po raz ostatni, a ja poczułam rosnącą w gardle gulę, widząc, jak koślawo poruszała się Butler. 
– Nagle poczułam się całkiem przerażona – powiedziała cicho Mary, spoglądając na mnie.
– Nawet nie wiesz, jak dobrze cię rozumiem – szepnęłam.
 Powoli ruszyłyśmy za nimi. Kiedy przekroczyłyśmy próg domu, z pokoju na przeciwko wyłoniła się zadowolona Dorcas.
– Mary! Jak dobrze cię widzieć.
Uśmiechnęłam się, widząc, jak się przytulają.
– A ty co taka uśmiechnięta? – spytałam.
– Nie uwierzysz. Okazało się, że Godfray całkiem dobrze znał mojego tatę. W sumie pracowali w jednym wydziale, więc zastanawiam się czemu od razu na to nie wpadłam. Tak czy siak, tata wygadał mu się, że kupił jakąś małą posiadłość dla nas, żebyśmy mogli w końcu zamieszkać na swoim. A że jestem ich jedynym dzieckiem i skończyłam pełnoletniość, działka należy się mi!
– To wspaniale! Tylko czemu wcześniej ci o tym nie powiedzieli?
– Ponoć tata nie zdążył tego zgłosić, potwierdzenie kupna odbyło się w tym samym dniu, więc w żadnych papierach nie było o tym wspomniane. Godfray nie interesował się za bardzo spadkiem swojego współpracownika i odkrył do dopiero przez tą aferę z zapraszaniem nas tutaj i tak dalej. Obiecał mi, że osobiście pomoże mi to uregulować.
– Okej, jeśli to nie jest świetna wiadomość, to nie wiem co nią jest – zaśmiała się Mary.
W tym samym momencie w holu pojawili się Huncwoci, razem z ich nową koleżanką. Śmiali się z czegoś w piątkę, nie zważając na innych.
– A to kto?
– Alia – westchnęłam.
– Ponawiam pytanie, a to kto? – powtórzyła Dorcas, unosząc brwi.
– Um, nowa najlepsza przyjaciółka Pottera? Chyba będziesz musiała go sama o to spytać, bo mi się jakoś nie chciał zwierzać.
– Czy relację między wami będą kiedyś normalne?
– Nie – stwierdziła Mary, zanim zdążyłam chociażby otworzyć usta. – A jest to prawda jaśniejsza od słońca.
– Ha, ha – mruknęłam. – Chodźcie do środka.
Dziewczyny uśmiechnęły się pod nosem i ruszyły za mną.
Jadalnia okazała się być wysokim pomieszczeniem z ogromną ilością obrazów na ścianach przedstawiających sady, ogrody i pastwiska. Przy długim stole z potężnymi wazami pełnymi kwiatów siedziało mnóstwo osób. W niektórych rozpoznałam uczniów Hogwartu, z naszego i starszych roczników. Eloise i Clarie siedziały obok Nathiasa i uśmiechniętej brunetki, która musiała być chyba jego dziewczyną. Po drugiej stronie mignęła mi Marlena McKinnon z paroma innymi, starszymi Gryfonkami, a za ich plecami zobaczyłam paru znajomych Krukonów, którzy właśnie szli w kierunku McRonnera.
– Dużo ich – szepnęła Mary, pocierając swoje ramię.
Pokiwałam głową, rozglądając się w poszukiwaniu wolnego miejsca.
– Chodźcie usiąść.
Nie minęło dwadzieścia sekund, kiedy w drzwiach pojawili się Huncwoci. Nie było już z nimi Alii, co przyjęłam z ulgą. Remus uśmiechnął się do nas wesoło, a następnie pomachał nam wolną ręką. Druga wciąż była w mugolskim stabilizatorze. Wydawało mi się, że trochę urósł przez wakacje. 
– Jak się czujesz? – spytałam. 
– Wspaniale. Jakbym tylko nie czuł wciąż efektów tego zaklęcia w nadgarstku, to mógłbym powiedzieć, że dawno nie było tak dobrze. A co u was?
Żadna z nas nie zdążyła jednak odpowiedzieć, bo w tym samym momencie do pomieszczenia weszły trzy osoby. Anthony Godfray, jakaś ponura kobieta i sam dyrektor Hogwartu.
– Możemy zaczynać? – spytała Eloise, a cała trójka pokiwała głowami i zajęła ostatnie wolne miejsca. Dumbledore usiadł z boku, jakby chciał się odciąć od całej rozmowy. Dopiero po chwili przemówił.
– Wierzę, że to wasza czwórka najbardziej nalegała na to spotkanie?
Spojrzenia wszystkich automatycznie powędrowały w stronę Huncwotów. I o ile Remus i Peter wyglądali na odrobinę przerażonych, James i Syriusz spojrzeli na siebie i pokiwali głowami. Dyrektor przyglądał im się z ciepłym uśmiechem, jakby miał zamiar dyskutować z nimi o pogodzie.
– W takim razie – zaczął, machając zachęcająco ręką.
– Och, no tak – odezwał się James, odchrząkując. – Więc po tym, co wydarzyło się pod koniec zeszłego roku szkolnego, uważam, to znaczy uważamy, że powinniśmy mieć możliwość dołączenia się do ruchu oporu.
– A skąd pomysł, że coś takiego nieprzerwanie funkcjonuje? –spytał Anthony, uśmiechając się, jak wcześniej Dumbledore.
– Bo ostatnim razem kiedy próbowaliśmy o tym porozmawiać, usłyszeliśmy, że jesteśmy za młodzi – rzucił Syriusz. – Co z resztą jest brednią, bo to my walczyliśmy na Kings Cross, narażaliśmy życie i udało się.
– Śmierciożercy uciekli, kiedy zjawiły się posiłki z ministerstwa – zauważyła kobieta siedząca obok dyrektora. Miała na sobie zwykłą, czarną szatę, a jej włosy upięte były w ciasny kok.
– Co nie zmienia faktu, że poradziliśmy sobie całkiem nieźle!
– Nikt nie umniejsza waszych zasług, panie Potter – odpowiedział Godfray. – Wręcz przeciwnie, zostaną one nagrodzone – dodał, uśmiechając się tajemniczo.
– Czy to nie zbaczanie z tematu? – zauważył Nathias. a jego koledzy pokiwali ochoczo głowami. – To wszystko powinno chyba pokazywać. że jesteśmy godni tego, by pomóc!
– Dokładnie – zawtórowała mu jakaś dużo starsza dziewczyna, której dwie koleżanki natychmiast pokiwały głowami.
– Obawiam się, że... – zaczął Anthony, jednak wśród zebranych wybuchły głosy oburzenia.
– Chcemy móc brać udział w walce!
– A co z tymi, którzy polegli?
W sali zapanowała cisza. Wszyscy spojrzeli na Grace, która ściskała mocno rękę Elsie, wpatrując się w każdego po kolei.
– Co z Maxse – kontynuowała – co z tym chłopakiem z Huffelpuffu, z Maryl, która wylądowała w szpitalu? Nie możemy stać bezczynnie, bo to by znaczyło, że wszystko to poszło na marne, każda walka, każda rana, każda śmierć!
– Musicie zrozumieć, że to, co się stało, będzie już zawsze wielką, czarną plamą w historii Hogwartu...
– Więc pozwólcie nam walczyć o to, by już się to nie powtórzyło! – zawołał Syriusz, a kilka osób pokiwało zgodnie głowami. – Pozwólcie nam stawić opór!
Przez moment widziałam twarz Jamesa siedzącego na przeciwko mnie, zachmurzonego i zaciskającego wargi a potem, dosłownie sekundę później, znów stałam pośrodku gruzów. Krew płynęła po posadzce, rysując na niej drobne ścieżki. Nie, jęknęłam w duchu, tylko nie teraz. To nie był najlepszy moment, na atak paniki.
– Pragnąłbym przypomnieć panu, panie Black, że wciąż się pan uczy – powiedział dobitnie Dumbledore. Od rozpoczęcia rozmowy odezwał się po raz pierwszy, jednak nie wydawał się być zły, raczej zaintrygowany postawą Gryfonów. – I o ile się orientuję, chciałby pan tą naukę kontynuować?
– Oczywiście – odpowiedział skonfundowany Syriusz.
– Więc jak pan właściwie widziałby swój opór przez najbliższy rok?
Łapa otworzył i zamknął usta, jakby nie wiedział, co odpowiedzieć.
– W takim razie co z tymi, którzy już się nie uczą? Bo rozumiem, że skończyliśmy z udawaniem, że żaden ruch oporu nie istnieje – powiedziała Marlena McKinnon. – Jeśli chcemy walczyć, a chyba dlatego tu zostaliśmy zaproszeni, to nie widzę przeszkód, żeby osoby chętne zadeklarowały się tu i teraz.
– W wypadku skończenia szkoły sprawa wygląda trochę inaczej... – zaczął Godfray, ale oburzony Syriusz prawie natychmiast mu przerwał.
– No nie, to nie sprawiedliwe! My też jesteśmy pełnoletni i też powinniśmy mieć prawo do walki!
– Panie Black, proszę się uspokoić – powiedziała kobieta z  bułeczkowatym kokiem. 
– Przykro mi, ale uważam, że to będzie najlepsze wyjście – dodał Godray. – Poświęćcie ten rok na naukę, skończcie szkołę, walka nie ucieknie, a życie nie będzie czekać.
– Myślę, że Anthony nie mógł tego lepiej ubrać w słowa – odrzekł Dumbledore, uśmiechając się ciepło. – Pamiętajcie, że wciąż macie tylko siedemnaście lat. Najpierw zadbajcie o to, żeby nie były zmarnowane. Z resztą, w tym roku czeka was wiele dodatkowej pracy – rzucił mimochodem, wpatrując się w Jamesa, a jego zmarszczki zadygotały, jakby niespostrzeżenie zachichotał. Następnie zwrócił się do reszty. – Ci, którzy skończyli szkołę i są świadomi tego, na co się piszą, proszę, aby zostali. Chcę z wami porozmawiać, najlepiej pojedynczo.

Odetchnęłam, próbując się uspokoić. Wiedziałam, że nie powinnam się denerwować. Już dawno obiecałam sobie, że skończę z upieraniem się przy swoim. W głowie ciągle świdrowało mi uczucie niepokoju, jakbym była sekundę przed atakiem paniki. Próbowałam odgonić od siebie myśli o peronie, o pociągu, o bitwie, ale ciągle wracały, jak natrętne muchy. 
Widziałam wzrok Jamesa, wyraz jego twarzy, kiedy jeden z zamaskowanych napastników rzucił crucio na grupę pierwszoklasistek. Słyszałam jego krzyk, kiedy. zupełnie jak w zwolnionym tempie, ciało Maryl opadało na ziemię. Rozpaczliwy, przedzierający wrzask, który roznosił się w mojej czaszce niczym echo. 
– Nie! – krzyknął. biegnąc w jej kierunku. Śmierciożerca, który to zrobił, jedynie zaśmiał się chrapliwym głosem, a potem rozpłynął w czarnym dymie. 
Jak przez mgłę pamiętałam postać Syriusza, który wynurzył się znikąd. 
– Błagam, pomocy!
Potrząsnęłam głową, próbując powrócić do rzeczywistości. Próbując nie myśleć o tym wszystkim, co motywowało ich do walki. O tym, że wszyscy mało tam nie zginęliśmy. Caspar w jakimś stopniu miał rację i właśnie to mnie przerażało. Strach paraliżował mnie na tyle. że chciałam zrezygnować z jakiejkolwiek konfrontacji, przekonując się, że tak będzie lepiej. Tak będzie bezpieczniej. Jakkolwiek głupio to nie brzmiało.
Podniosłam głowę i przyjrzałam się szumiącym drzewom. Wszechobecna cisza mnie przerażała, ale potrzebowałam jej. Nie mogłam znieść kłótni chłopaków, narzekania i ciągłego protestowania. Bałam się, że w którymś momencie się nie powstrzymam, wybuchnę, a potem zacznę płakać i już nie przestanę. Dlatego wybrałam pusty ogród zamiast spędzenia czasu z przyjaciółmi, z którymi przecież nie widziałam się wieki.
– Tu jesteś.
Mary usiadła obok mnie i uśmiechnęła się. Wiatr bawił się jej włosami, unosząc je i zarzucając to na plecy. to na twarz.
– Musiałam się przejść – wyjaśniłam, próbując się usprawiedliwić. 
– Mhm – odpowiedziała, spoglądając w dal. – Chłopaki są niepocieszeni.
– Wiem – westchnęłam.
– Ale ty nie wydajesz się jakoś bardzo zawiedziona.
– Uważam, że to dobra decyzja. Wciąż jesteśmy dziećmi, Mary. Co możemy wiedzieć o prawdziwej walce, o narażaniu życia. Mamy dopiero siedemnaście lat, na Merlina, ledwo co możemy podejmować samodzielne decyzje a co dopiero czynnie uczestniczyć w oporze.
– Boisz się? – spytała cicho, obejmując się ramionami.
– Ten kto się nie boi, jest po prostu głupi – wyszeptałam.
– Nie powiedziałaś tego reszcie. Że uważasz, że tak będzie lepiej – dodała po chwili ciszy.
– Bo nie miałam ochoty się kłócić. Mam wrażenie, że ten temat przewałkowałam milion razy, zwłaszcza z Jamesem i nie chcę do tego wracać. Nie chce znowu przerabiać rozmowy z dworca. Po prostu... wiem jak na nich wpłynął widok przyjaciół, atakowanych i rannych. Oni szukają zemsty, chcą być bohaterami. Na pewno zrobiliby coś głupiego. Nawet sam fakt, że to wcale nie było tak, Że Dumbledore nam chciał coś powiedzieć. Nie, to oni nalegali na to spotkanie, liczyli na to, że zbierzemy się wszyscy i staniemy się jedną wielką armią. Całe to ich paplanie o Zakonie, wydaje mi się, że ich podsłuchiwali czy coś. Chcieli się włamać do jakiegoś pokoju, skądś musieli wytrzasnąć tą nazwę i wiedzę kto należy do tego ugrupowania. Według mnie myszkowali całe wakacje, żeby coś wyniuchać. Dlatego nie chciałam ingerować.
– Chyba coś w tym jest – mruknęła cicho Macdonald. – Zrobisz z tym coś?
– Nie wiem, obiecałam sobie, że przestanę się tak przejmować. No wiesz. reagować na wszystko emocjonalnie, wykłócać się. Nie chcę, żeby nasz ostatni rok w Hogwarcie był pełen kolejnych bezsensownych kłótni. 
– Okej, przyznaj się, co bierzesz?
Obie wybuchnęłyśmy śmiechem. Mary oparła się o moje ramie i uśmiechnęła się.
– Wiesz o co mogło im chodzić? Z tą nagrodą za zasługi i że zostaniemy docenieni?
– Nie mam pojęcia – przyznałam szczerze.
– Dziwne – mruknęła, cichnąc na chwilę. – Zbaczając z tematu, co ty na to, żeby przyjechać do mnie na parę dni jakoś pod koniec wakacji?
– No nie wiem – mruknęłam, udając nieprzekonaną.
– No weź. pospacerujemy, spędzimy trochę czasu razem, może nawet zrobimy jakieś pożegnalne ognisko?
– No tym ogniskiem mnie wygrałaś – stwierdziłam, a Mary zachichotała.
– I to rozumiem.
Siedziałyśmy tam jeszcze dłuższą chwilę, w ciszy wpatrując się w falujące morze zieleni. Prawda była taka, że dopiero wtedy dostrzegłam, co ten miesiąc z nami zrobił. Każdy nas zmienił się delikatnie, wydoroślał, ale największą zmianę widziałam w sobie. Zmianę. która kształtowała się we mnie od dłuższego czasu, do której musiałam dojrzeć. I wiecie co?
Cholernie mi się ona podobała.


Nawet nie wiecie jak ciężko jest wrócić do rozdziału, który zaczęło się pisać rok temu. Przerwałam gdzieś w połowie zdania. w połowie myśli i zgaduj, co miało być dalej.
Podpowiem wam, nie zgadłam. Ale wymyśliłam na nowo i jakoś to pociągnęłam. Chociaż było ciężko.
Nie wierzę, że znowu tu jestem i piszę do Was po takim czasie. Chciałabym, żeby ten powrót był jakoś bardziej spektakularny, albo żeby rozdział był chociaż trochę wyższych lotów, ale to chyba wszystko na co mnie teraz stać. Czuję się zardzewiała. Ciężko było mi wrócić do pisania.
Caspar to postać stworzona przez Elitarne w związku z małym konkursem z okazji drugiej rocznicy bloga. Dziewczyny go wykreowały, a ja przejęłam go w swoje łapki i mam nadzieję, że Was nie zawiodłam!
Mam też maleńką prośbę – jeśli znajdziecie jakieś błędy, nie krzyczcie na mnie. Sprawiłam sobie nowego laptopa i po pierwsze, ciągle zamiast przecinków stawiam kropki (w samej notce od autora właśnie poprawiłam pięć takich), a po drugie tutaj jakoś ciężej mi się wszystko poprawia. Może po prostu się jeszcze nie przyzwyczaiłam.
I to by było na tyle. Dziękuję wszystkim, którzy czekali. To dzięki Wam wróciłam.
Kolejny rozdział w ostatni piątek października. Tak jak obiecałam. Dam z siebie wszystko, mam tylko nadzieję, że studia nie zabiorą mi wszystkich chęci do życia.
Moc uścisków i do zobaczenia za miesiąc, Wasza
Atelier