sobota, 8 listopada 2014

12. Per aspera ad astra cz. II

Z resztą miałyśmy spotkać się dopiero o dwudziestej drugiej, więc powinnyśmy mieć wystarczająco dużo czasu na przygotowanie się. Oczywiście w praktyce, bo jak się potem okazało nagle zostało nam dwadzieścia minut, a dziewczyny wciąż biegały po pokoju w stanie wyglądam-jak-szczur-gdzie-jest-mój-drugi-but, co skończyło się naszym spóźnieniem, aż pięciominutowym, ale jednak, jak to śmiał później wypominać nam Black. Dopiero kiedy postraszyłam go Rosie odpuścił, chociaż i tak puszczał w nasze strony mordercze spojrzenia.
Alicji udało się odzyskać czarne getry, do których włożyła dżinsową sukienkę z koronką, a na rękach miała więcej biżuterii niż Petunia przez całe swoje życie, a trzeba wiedzieć, że moja siostra była wybitną miłośniczką biżuterii. Dorcas, której najdłużej zeszło przy tapirowaniu włosów, w końcu dołączyła do nas w koszulce z Merlinem, który nucił pod nosem „Hymn do Gronostaja”, do której ubrała zielono-czarną spódnice i ciężkie, czarne buty na potężnym obcasie. Chłopakom opadła szczęka, podobnie jak mi, na co dziewczyna jedynie wzruszyła ramionami.
– Na co dzień chyba by mnie oskórowali jakbym się tak ubrała, ale to nie powód do takiego zdziwienia – mruknęła tylko, a potem ruszyła w stronę obrońcy Gryffindoru, który czekał na nią przy kominku.
Mary miała na sobie spodnie z wysokim stanem i białą, koronkową bluzkę. Kiedy zeszła na dół ani razu nie spojrzała na Lupina, co ona sama uznawała za „nowy początek”, natomiast sam chłopak zerkał na nią przeciętnie co trzy sekundy i na tym się to kończyło. Kiedy ja miałam zdecydować co na siebie włożę miałam najzwyklejszą w świecie pustkę w głowie, dlatego do pożyczonych, dziurawych dżinsów od Mary włożyłam zwykły, czarny podkoszulek na szelkach i czerwoną koszulę w kratę, którą z wielkim podekscytowaniem podarowała mi Dorcas. Macdonald po raz pierwszy mogła wypróbować swój Przybornik Watsbunga, który w co prawda prawdziwych męczarniach, ale jednak sprawił, że moje splątane strąki stały się pięknymi, prostymi pasmami opadającymi na plecy. Najbardziej zachwycona była Clarie, która przybiegła do mnie na ciemnych czółenkach i przez ponad piętnaście minut trajkotała nad moich uchem o tym jak piękne są moje włosy, kiedy nie są splątane i upięte w niedbałego koka. Dopiero Maryl, która przypomniała jej o spotkaniu z Johnem, uwolniła mnie od tych (dla mnie) istnych męczarni, a potem z uśmiechem pochwaliła mój strój. W ostatniej chwili przypomniałam sobie o Rosie, którą zostawiłam w koszyku na moim łóżku i w pośpiechu zaniosłam ją do Pokoju Wspólnego, który opuszczałam z niemałą obawą o przetrwanie wszystkich znajdujących się w środku rzeczy i ludzi.
– Spokojnie, przecież nie weźmiesz jej ze sobą – mruczała Mary, a ja wiedziałam, że ma rację, ale i tak nie byłam do końca przekonana czy dobrze robimy.
Najdziwniejsze było to, że nikt nie zwracał na nas uwagi. Wiedziałam, że wymykanie się Huncwotów w noc sylwestrową nie powinno nikogo dziwić, a jednak z Wieży Gryffindoru zniknęło większość szósto i siódmoklasistów. Miałam wrażenie, że kiedy stanęłam już w Pokoju Wspólnym mogłam spokojnie powiedzieć kto idzie na imprezę, a kto nie. Subtelna różnica miedzy tymi osobami polegała na tym, iż ci, którzy się tam wybierali patrzyli na nas ze zrozumieniem, witali się, a potem zerkali na nas z uśmiechem, podczas kiedy reszta zupełnie nie zwracała na nas uwagi. Kiedy w końcu skierowaliśmy się do przejścia pod portretem poczułam się jeszcze dziwniej. Lupin uderzał w nas różdżką, po kolei czyniąc nas niewidzialnymi. Kiedy Emelina Vance pogratulowała mu świetnego zaklęcia kameleona Mary jakby trochę pobladła, ale nie odezwała się ani słowem.
Kilka minut później, trzymając się za ręce w pięcioosobowych grupach, do których nas przydzielono rozstawiliśmy się wzdłuż korytarza. Wpatrywałam się w pustą przestrzeń i słyszałam dziesiątki szeptów, a po głowie chodziła mi myśl, że zaraz któryś z nauczycieli nas przyłapie, albo zostaniemy wydani przez portrety – nic takiego się nie stało. Postacie w ciemnych ramach wpatrywały się tępo w przestrzeń i w końcu, kiedy po dłuższej chwili żadne z nich się nie poruszyło, doszło do mnie, że pewnie w tym też Huncwoci maczali palce. Nagle zaczęłam rozumieć ich powtarzanie, że to nie jest zabawa, i że będą musieli włożyć w to mnóstwo pracy.
Jedynymi osobami, które nie zostały zaczarowane byli sami Huncwoci. Pochylali się nad starym pergaminem i szeptem dyskutowali o czymś, co chwila pokazując na coś palcami. W końcu, kiedy z Wieży wyszedł Frank oznajmiając, że to już wszyscy, Huncwoci zasalutowali sobie, a potem rozbiegli się w różnych kierunkach, jak się potem okazało zabierając ze sobą każdą grupę. Do tej, w której znajdowałam się ja podszedł Syriusz i z zawadiackim uśmiechem puścił oczko.
– Co tam, Lily, już sikasz ze strachu?
– Skąd wiesz, że to ja? – mruknęłam zła, a chłopak zaśmiał się cicho.
– Po prostu wiem. Okej, Clarie, złap mnie za rękę i idziemy.
Ręka, która należała prawdopodobnie do Maryl pociągnęła mnie w prawo, a ja zacisnęłam swoje palce mocniej na niewidzialnym ramieniu Mary i natychmiast ruszyłam. Szliśmy w całkiem przeciwną stronę, schodami w dół, korytarzem w prawo, jakimś dziwnym, okurzonym przejściem w górę i znów schodami w dół. Wkrótce całkiem straciłam rachubę i przestałam liczyć zakręty, dając się ciągnąć i prowadzić po ciemnych korytarzach. Miałam wrażenie, że trwa to godziny, aż w końcu wynurzyliśmy się w okręgu światła padającego z pochodni w skrzydle prowadzącym do Wieży Ravenclawu.
Na miejscu czekał już na nas James, który nonszalancko oparty o kamień wpatrywał się w nas z uśmiechem.
– Myślałem, że już nie dojdziecie – mruknął, po kolei ściągając z nas zaklęcie.
– Moja wina, że wysłałeś nas najdłuższą drogą – warknął Syriusz, patrząc po nas. – Dobra, skoro wszyscy są to co, wchodzimy?
– Okej. Lily, możesz? – mruknął James, wskazując na schody znajdujące się za nimi.
– Po co ja? – mruknęłam, podchodząc do chłopaków, którzy uśmiechnęli się szeroko.
– W każdej grupie była przynajmniej jedna osoba, która byłaby w stanie poradzić sobie z przejściem.
– Przejściem? – spytałam, patrząc na nich nieufnie, na co James zaśmiał się cicho.
– Zaraz zobaczysz. Chodźcie.
Ruszyliśmy schodkami w górę, w ciszy modląc się o to, by nasze kroki tylko wydawały się tak głośne. Kiedy w końcu Huncwoci stanęli zmarszczyłam brwi, przyglądając się drewnianym drzwiom bez żadnej klamki, albo chociażby dziurki od klucza. Jedynym zdobieniem była brązowa kołatka w kształcie orła. James uśmiechnął się szeroko na widok mojej miny, a następnie uniósł rękę i zastukał nią, a dźwięk boleśnie wbił się w nocną ciszę. Orzeł otworzył dziób i w chwili, w której myślałam, że wrzaśnie, wydobył się z niego delikatny, melodyjny głos.
– W fabryce świec na sześć świeczek powstaje wystarczająca ilość odpadów potrzebna do stworzenia kolejnej świecy. W pewnym momencie wytwórca posiadał odpady pochodzące z sześciuset świec. Ile świec mógł z nich stworzyć?
W korytarzu zaległa cisza. Gryfoni spoglądali na siebie zdziwieni, a Huncwoci wymienili rozbawione spojrzenia.
– I co, to tyle? Ot, całą zagadka? – sapnął Black, a kołatka zerknęła na niego chłodno.
– Wcześniej paplała o jakichś mandragorach, stary, ty się lepiej ciesz – zachichotał Potter.
– O co chodzi? – mruknęła Maryl, wychylając się zza chłopaków. – Jakiś problem?
– Nie, nie ma żadnego problemu. No dobra, to będzie równiutkie st…
– Stój! – zawołałam, a Huncwoci spojrzeli na mnie zdzwieni.
– No co, daj chociaż raz komuś zabłysnąć – jęknął Syriusz i już otwierał usta, żeby odpowiedzieć, kiedy ponownie mu przerwałam.
– To błędna odpowiedź.
– Chyba umiem liczyć – warknął Black, mierząc mnie wściekłym spojrzeniem.
– Nie o liczenie tu chodzi – mruknęłam, a potem spojrzałam na kołatkę. – Sto dziewiętnaście świec mieszących się w przyjętych normach.
– Zgadza się – odpowiedziała kołatka, a drzwi otwarły się.
– Co? – mruknął Syriusz, a Mary uśmiechnęła się, kiedy go minęła.
– Ze stu wytworzonych świec powstają odpady, z których możesz wytworzyć kolejnych szesnaście, plus cztery odpady. Z w sumie dwudziestu wytworzysz trzy świece i dwa odpady, co w sumie daje pieć odpadów. Po dodaniu wychodzi sto dziewiętnaście świec i pięć odpadów, z których też można by było zrobić świecę, ale o innych wymiarach, więc nie mieściła by się w przyjętej normie – powiedziałam, a potem z szerokim uśmiechem minęłam Huncwotów i zniknęłam w przejściu.
Wąski korytarz osłonięty był niebieskimi zasłonami. Teraz, kiedy już znalazłam się w środku zastanawiałam się, jak mogliśmy nie słyszeć muzyki dochodzącej z środka, nawet pomimo potężnych zaklęć wyciszających, które prawdopodobnie zostały rzucone na całą wieżę. Powietrze pulsowało przed moimi oczami, jednak im dalej szłam, tym bardziej oczywiste stawało się, że to nie była wina samej muzyki, a czegoś, co w powietrzu się znajdowało.
Szłam do przodu, uchylając się przed miękkimi kotarami, lekkimi jak pióra, które ocierały się o moje ramiona i szukałam wzrokiem źródła tego dziwnego, przenikliwego światła. Kiedy w końcu wyszłam zza zakrętu przez moment zaparło mi dech w piersi.
Komnata w której się znajdowałam z pewnością musiała być jedną z największych w całym Hogwarcie. Nawet pomimo tłumu, oparów białego dymu i wszechobecnych kotar, mogłam dostrzec wysokie, strzeliste okna zakończone ostrym łukiem, smukłe kolumny oddzielające ściany obwieszone niebiesko–brązowymi, jedwabnymi tkaninami. Na bladym sklepieniu w kształcie kopuły pobłyskiwały gwiazdy, odbijające się na miękkim dywanie. Choć Wieża w żadnym wypadku nie przypominała tej Gryffindoru, choć wszędzie dostrzec mogłam wysokie półki na książki i biblioteczki, nie można było powiedzieć, że nie było tam przytulnie. Gdzieś pomiędzy tańczącym tłumem dostrzec mogłam białe, wygodne fotele i małe stoliczki, a na ścianach wielkie obrazy i pochodnie, od których biło dziwne, niebieskie światło. Wyglądem najbardziej przypominały mi małe fontanny, jednak dopiero po chwili zrozumiałam co takiego się w nich nie zgadzało – przejrzyste światło, niczym eliksir kapało na sufit, łącząc się w potężne, pulsujące łańcuchy, które poplątane ze sobą rozchodziły się w kierunkach kolumn, a następnie oplatając je niczym winorośle spływały na dół, zbiegając się do głównego punktu pokoju – posągu Roweny Ravenclaw.
Zafascynowana ruszyłam w jej kierunku, przyglądając się jej białej twarzy i onieśmielającym oczom. Niebieski płyn zbierał się u jej stóp, a potem płynął i skapywał na sklepienie, tworząc wielką, pulsującą fontannę światła.
– Piękna, prawda? – przerażona odwróciłam się i spojrzałam w czekoladowe oczy Nathiasa. Chłopak miał na sobie ciemnoniebieską koszulę i czarne spodnie. Włosy zawadiacko rozczochrał, pozwalając by same ułożyły się w naturalny dla siebie sposób, co sprawiło, że wyglądał jeszcze przystojniej. Na jego ostro zarysowanych kościach policzkowych zauważyłam kilka piegów, ale nie byłam pewna, czy nie były one efektem światła bijącego od posągu. – To jedyny posąg kogoś z wielkiej czwórki w całym zamku. Gdzie zgubiłaś znajomych?
– N–nie wiem, dopiero przyszliśmy – mruknęłam, czując, jak rumienię się pod naporem jego wzroku. Odwróciłam się i przeczesałam wzrokiem cały pokój, szukając charakterystycznej, rozczochranej czupryny Pottera.
– Chodź, myślę, że wiem gdzie są – powiedział chłopak i nie czekając na moją reakcję złapał mnie za rękę, a następnie pociągnął na prawo od drzwi. Po chwili znaleźliśmy się przy wielkiej sofie, wokół której zgromadzili się roześmiani Gryfoni.
– Myślę, że to wasza zguba – zaśmiał się Nathias, a Syriusz zachichotał, widząc minę Jamesa, kiedy ten spostrzegł, że Krukon trzyma mnie za rękę.
– Dzięki za znalezienie jej – mruknął, na co uradowany Black dał mu kuksańca w bok, a potem przywitał się z McRonnerem.
– Nie podoba ci się – mruknęła Dorcas próbując naśladować mój głos, na co wystawiłam jej język.
– Jak Wam się podoba? – spytał Krukon, a dziewczyny uśmiechnęły się szeroko.
– Jest super.
– Jak to możliwe, że impreza, na którą z pewnością nie mógł być zaproszony cały dom odbywa się w Pokoju Wspólnym tego domu?
– Ravenclaw nie jest przykładem rozrywkowego domu, jeśli o to chodzi.
– Nawet jeśli, nikogo nie ciekawi impreza, która odbywa się na dole? Wszyscy grzecznie siedzą w swoich dormitoriach?
– A to – mruknął James – jest już naszą słodką tajemnicą. Gdzie reszta?
– Są przy portrecie Artemidy – mruknął Nathias, a Huncwoci ruszyli we wskazanym kierunku. Po chwili wahania razem z Mary usiadłyśmy na jednej z sof, przyglądając się kropelkom światła, które co jakiś czas opadały ze sklepienia. Nie było odkryciem, że jako chyba jedynie naprawdę nie umiałyśmy się bawić, nigdy przecież nie miałyśmy wiele powodów do imprezowania. Kiedy Gryfoni wtopili się w tłum spojrzałyśmy na siebie i przełknęły ślinę.
– Pierwszy raz, prawda? – Dziewczyna, która wypowiedziała te słowa była jedną z najpiękniejszych dziewczyn jakie widziałam. Jedną z najpiękniejszych, najmądrzejszych i najbardziej niepowtarzalnych, jak miało się w przyszłości okazać, ale wtedy była po prostu Krukonką na siódmym roku, na którą czasem smutno spoglądałam na przerwach i marzyłam o jej figurze, ciepłych, złotych włosach i wielkich, niebieskich oczach. – Grace Butler.
– To jest Mary Macdonald, a ja…
– Lily Evans. Przepraszam – zaśmiała się blondynka – ale już tyle o tobie słyszałam. Głównie od Jamesa, ale tego już się pewnie domyśliłaś – mruknęła, uśmiechając się ciepło, a w moich uszach dźwięczała lekkość z jaką wypowiedziała imię chłopaka. – A więc to wasza pierwsza taka impreza?
– Tak – powiedziała Mary, szturchając mnie delikatnie, tym samym otrząsając z letargu.
– Mhm – mruknęła dziewczyna. – W takim razie potrzebujecie kogoś kto was oprowadzi. Mają tu wiele dziwacznych zwyczajów, więc lepiej nie zostawajcie same – zachichotała, a następnie, pomachała dziewczynom po drugiej stronie pokoju. – Hm, to jak, idziecie ze mną?
– Jasne – mruknęła Mary, która pociągnęła mnie z sofy i ruszyła za Grace Butler, której wielki tyłek kołysał się przed moimi oczami przez całą drogę do długiego stołu z jedzeniem, przy którym stały koleżanki Krukonki. Mary spojrzała na mnie karcąco kiedy westchnęłam z konsternacją, gdy i tak za krótka bluzka blondynki podwinęła się jeszcze bardziej podczas jej powitania z koleżankami z roku.
– Mary, Lily, to są Maxse Pryor i Elsie Waley. Elsie, Maxse, to Lily Evans i Mary Macdonald. – Maxse była wysoką, muskularną, czarnoskórą brunetką o włosach skręconych w malutkie rureczki. Dziewczyna uśmiechnęła się do nas przyjaźnie i potrząsnęła naszymi rękami w iście amerykańskim stylu, między czasie przeżuwając miętową gumę.
– Wybaczcie jej, taki nawyk – zaśmiała się Waley, która z kolei była całkowitym przeciwieństwem koleżanki. Jej bladą jak papier skórę pokrywały miliony piegów, nawet w tak dziwnych miejscach jak ramiona, czy obojczyki. Była posiadaczką pięknych, opalizujących na brązowo, blond włosów, które spływały prostymi pasmami na nagie plecy, a srebrna tkanina mająca przypominać bluzkę, spięta dwoma cienkimi sznureczkami krzyżującymi się z tyłu kontrastowała z czarnymi jak węgiel ustami dziewczyny. Kiedy zauważyła jak przyglądam się jej szmince zaśmiała się perliście, odrzucając włosy do tyłu, a piegi na jej twarzy zabłysły w świetle padającym z posągu, przypominając brokat.
– Naprawdę ładna – mruknęłam, a dziewczyna uśmiechnęła się szeroko.
– Więc naprawdę ci się podoba?
– Nie – zaśmiałam się, a dziewczyna zrobiła to samo.
– Tak myślałam. Piłyście już coś?
– Och, my, yhm, my nie pijemy – mruknęła zmieszana Mary, na co Krukonki spojrzały po sobie.
– Nie chodzi wcale o alkohol. Tutaj obowiązuje coś całkiem innego – mruknęła Maxse, a jej akcent przebił się przez głośną muzykę i dotarł do naszych uszu niczym stare nagranie na długo nieużywanej taśmie.
– Co to jest? – spytałam, widząc dziesiątki kieliszków wypełnionych pobłyskującym płynem.
– Specjalność szefa kuchni.
– Taki mały zamiennik Ognistej i Piwa Kremowego.
– W tym roku to Krukoni zajęli się cateringiem, więc nie spotkacie tu tego co ostatnio – zaśmiała się Elsie, sięgając po tacę.
– Rok temu był zwykły alkohol – szepnęła do nas Grace, puszczając oczko.
– W tym roku – kontynuowała Waley – mamy to.
Razem z Mary spojrzałyśmy na przejrzysty płyn, który przypominał trochę benzynę. Falował delikatnie w wąskich kieliszkach, czasem wydawał się być wręcz przeźroczysty, a czasem mienił się każdym kolorem tęczy. Gęsty i oleisty eliksir przelewał się przy krawędziach i powracał na miejsce, kiedy blondynka podstawiła nam tacę pod nos.
– Proszę.
– Co to jest? – spytała płochliwie Mary, która przyglądała się temu nieufnie.
– Spokojnie, przecież was nie otrujemy. To tylko eliksir, po którym będziecie się lepiej bawić.
– I będziecie trochę bardziej wesołe – zaśmiała się Maxse, która właśnie włożyła sobie do ust coś, co przypominało pięciocentymetrowego ślimaka. – Śmiało, chcecie się bawić, czy będziecie marudzić całą noc?
Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, Mary sięgnęła po kieliszek i opróżniła go jednym haustem. Wpatrywałam się w nią oniemiała, a potem powoli przeniosłam swój wzrok na srebrną tacę i gęsty, na wpół przeźroczysty płyn. Drżącą ręką ujęłam wąski kieliszek i przymykając oczy wlałam jego zawartość do ust.
Na początku nie stało się nic. Eliksir zapachem jeszcze bardziej przypominał benzynę, więc do ostatniej sekundy miałam ochotę po prostu go odstawić. Smakował jak zimne owoce, które babcia wyciągała z zamrażalnika, zmrożone maliny, które wręcz paliły ciepły język. Tym razem jednak po chwili poczułam rozchodzące się po buzi ciepło i paraliżujący posmak wódki, którą spróbowałam jeszcze jako dziecko, kiedy przez przypadek pomyliłam szklanki podczas rodzinnego przyjęcia. Chwilę później pod moimi powiekami eksplodowały miliony barw, a ja bardziej z zaskoczenia niż ochoty połknęłam całą zawartość jamy ustnej.
Eliksir pozostawiał za sobą palący ślad w całym przełyku i jeszcze dalej. Miałam wrażenie, że płonę od środka, a potem, począwszy od żołądka, rozchodzi się we mnie lód, mrożąc po kolei każdą, nawet najmniejszą cząstkę mojego ciała. Wraz z wszechogarniającym zimnem moje mięśnie sztywniały i wiotczały, a wzdłuż mojego kręgosłupa fala za falą rozchodziły się drgawki, pozostawiając po sobie delikatne mrowienie. Kiedy otworzyłam oczy zobaczyłam setki wirujących gwiazd na sklepieniu komnaty, które w kosmicznym tempie spadały na moje ciało i rozbłyskiwały się tuż nade mną. Po raz pierwszy nie czułam nic i o niczym nie myślałam – po prostu patrzyłam na dziesiątki ludzi i nagle miało to sens. Muzyka, która buzowała w moich uszach i krew, która szumiała gdzieś pod kołnierzem mojej koszuli. Kątem oka widziałam, jak Krukonki stukają się kieliszkami i wypijają eliksir, a potem Grace złapała mnie za rękę i pociągnęła w tłum.
Czułam na sobie setki dłoni, które popychały mnie w sam środek wiru. Widziałam tysiące ciał, które pulsowały zaraz obok mnie, ocierając się o moje własne. Przymknęłam oczy, czując jak czyjeś zimne dłonie dotykają mojej szyi. Powietrze pulsowało oddechami dziesiątek ludzi, w uszach dzwoniło mi od głośnej muzyki i dopiero wypitego eliksiru, a moje nogi po raz pierwszy robiły to, co chciały. W pewnym momencie znikąd pojawiła się Elsie, która objęła mnie ochoczo w pasie i zaczęła zdejmować moją koszulę.
– Tak będzie ci ładniej – zawołała, kiedy spojrzałam na nią zdziwiona.
Pierwszy raz w życiu czułam się po prostu wolna. Mary zniknęła, ale nie przeszkadzało mi to, czułam się dobrze tu i teraz. Czarne usta Elsie dotknęły mojej szyi, pozostawiając po sobie mokre ślady, podczas kiedy Grace puściła mi oczko, pozwalając, by jakiś Puchon zatopił swoje usta w jej. Elsie zachichotała do mojego ucha kiedy zobaczyła moją minę, a potem z okrzykiem „przecież cię nie zjem” pocałowała mnie w policzek i zniknęła w tłumie. Nie wiedziałam ile czasu mogło minąć, ale nagle zrobiło mi się duszno i zapragnęłam się stamtąd wydostać. Chwilę później ktoś złapał mnie w pasie i pociągnął do tyłu.
– Chodź – usłyszałam przy swoim uchu, a potem nie mając wyboru poddałam się uściskowi. Dopiero kiedy tłum przerzedził się na tyle, żebym mogła swobodnie się obrócić, dostrzegłam twarz Nathiasa. Chłopak pociągnął mnie w bok i zatrzymał przy wschodniej ścianie, pozwalając mi się o nią oprzeć.
– Widzę, że poznałaś już Elsie – mruknął, dotykając palcami mojej szyi, a w miejscach, które musnął natychmiast pojawiła się gęsia skórka.
– Tak – wydyszałam, biorąc głęboki oddech, a chłopak uśmiechnął się, ścierając resztki czarnej szminki.
– Waley jest specyficzną osobą – zaśmiał się brunet. – Zgaduję, że cię czymś poczęstowały?
– Taki przeźroczysty eliksir…
– Nigdy nie ufaj Krukonom – westchnął chłopak, w tym samym czasie kręcąc zawzięcie głową.
– Co to było?
– Jeden z mocniejszych trunków, to mogę ci powiedzieć na pewno – mruknął, szukając czegoś na stole. – Proszę.
– Miałam nie ufać Krukonom – mruknęłam, wpatrując się w szklankę z przeźroczystą cieczą, którą trzymał.
– To tylko woda – zapewnił mnie z uśmiechem, a potem puścił mi oczko. – Ale tak trzymaj.
Płyn rzeczywiście ukazał się wodą, która smakowała tak, jakbym jeszcze nigdy nie piła nic lepszego. Nathias zaśmiał się widząc moją minę, a potem pokręcił głową.
– Chodź, znajdziemy twoich znajomych, zbliża się północ.
– Zgubiłam gdzieś Mary – mruknęłam, przypominając sobie jak przez mgłę moment, w którym szatynka zniknęła w tłumie.
– Connor się nią zajął. Connor Double – dodał, widząc moją minę. – Poznałaś go u Ślimaka.
– Nie jestem najlepsza jeśli chodzi o zapamiętywanie nazwisk – mruknęłam, a Krukon zaśmiał się.
– Spoko. Daj mi rękę, będzie ci łatwiej iść.
Kiedy chłopak ujął moją dłoń, po moim ciele znowu rozeszło się to przyjemne uczucie podekscytowania. Szliśmy bokiem, starając się nie zagłębiać w tłum, aż znikąd pojawiła się Clarie, która stojąc na stoliku śpiewała lecący właśnie kawałek Mrocznych Bogdynek, zatytułowany „Zjem Twoje Serce”.
– Lepiej cię puszczę, bo jeszcze twój chłopak się wkurzy – zawołał mi do ucha Krukon, a ja skrzywiłam się delikatnie.
– On nie jest moim chłopakiem – mruknęłam, na co ten uśmiechnął się.
– Ale wciąż nie chciałbym oberwać – zaśmiał się, a potem sięgnął po dwie lampki pełne różowego płynu. Natychmiast podniosłam brwi, a chłopak widząc moją minę ponownie zachichotał. – Nie bój się, to tylko szampan. I to jeden z lepszych, potem będą rozdawać niebieskie, ale tych nie dotykaj, jestem pewien, że majstrowali przy nich Huncwoci.
– Okej – zaśmiałam się, przyjmując smukłą lampkę i ruszyłam w stronę znajomych.
– Gdzieś ty była?! – krzyknęła Mary, widząc jak siadam obok niej.
– Ja? To ty gdzieś zniknęłaś, raz tańczyłaś z jakimś Puchonem, a potem… O Merlinie, ty się rumienisz!
– Nieprawda – mruknęła brunetka, próbując ukryć się za woalem włosów.
– Prawda! Całowałaś się! – krzyknęłam z radością, na co przyjaciółka spłonęła rumieńcem.
– A ty i Nathias?
– Co ja i Nathias.
– Byłaś z nim – mruknęła szatynka.
– Tylko przez chwilę – odpowiedziałam, szukając wzrokiem współlokatorek.
– Iiii?
– Iiii do niczego nie doszło – mruknęłam, wywracając oczami.
– Cześć! Jezu jak gorąco – zawołała Dorcas, która zwaliła się z całą swoją mocą na fotel obok. – Okej, uważajcie: Doe Hughbork.
– Co Doe Hughbork? – spytała skonsternowana Mary, na co czarnowłosa jęknęła i popatrzyła na nią z niedowierzaniem.
– Zgadnijcie ktoooo właśnie się umówiiił z Doeee – zaświergotała, przeciągając śmiesznie różne wyrazy.
– Czy to ten od ponczu? – spytała Alicja, która oparła się o jej fotel.
– Jakiego ponczu? – mruknęłam, patrząc na nie zdziwiona, na co Dorcas ponownie jęknęła.
– Wylał na mnie poncz u Ślimaka, już pamiętasz?
– Aaaa – mruknęłam, wciąż nie pamiętając o kogo chodzi. – I co z nim?
– Umówił się ze mną! Dokładniej powiedział tak: uważam cię za całkiem ciekawą osóbkę, więc może wyskoczymy gdzieś w przyszłym tygodniu?
– Nie gadaj! – pisnęła Alicja, a ja i Mary wymieniłyśmy spojrzenia, ledwo powstrzymując się od parsknięcia śmiechem.
– A wy co?
– Co my?
– No właśnie, co – powiedziała rzeczowym tonem Meadowes, patrząc na mnie ciekawsko swoim prześwietlającym wzrokiem.
– Mary kogoś wyrwała – mruknęłam, a Macdonald spojrzała na mnie z mordem w oczach.
– No nie gadaj, kogo?
– Jak się nazywa?
– Znamy go?
– Lily zniknęła z Nathiasem! – zawołała szatynka, po czym spojrzała na mnie przepraszająco, a ja jęknęłam.
– Z TYM Nathiasem?!
– Nie gadaj!
– A jednak! Mówiłaaaaaam! – krzyknęła Dorcas, a ja ukryłam twarz w dłoniach. – I jak, dobrze całuje?
– DORCAS!
– Dobrze się bawicie? – Spojrzałam na Remusa, który przystanął obok nas. Uśmiechał się ciepło, delikatnie kołysząc szklanką z ciemnobrązowym płynem. Wzrok miał trochę nieobecny, a włosy delikatnie poczochrane, ale to wcale nie odebrało mu uroku, wręcz przeciwnie. To samo mogłam powiedzieć o jego poluzowanym krawacie, który zawadiacko przewiesił sobie przez lewe ramię. Mary drgnęła lekko obok mnie, kiedy zlustrował ją od stóp do głów, jednak żadne z nich nie wypowiedziało ani słowa.
– Jest świetnie – mruknęła Meadowes, wyczuwając, że coś jest nie tak, a potem zerknęła na mnie szukając wyjaśnień.
– Taaa – dodałam, kręcąc delikatnie głową i uśmiechając się przesadnie. – Jak z odliczaniem?
– Chłopaki już nad tym pracują. A ty, jak ty się bawisz, Mary? – kontynuował, zataczając szklanką coraz większe koła.
– Wspaniale – odpowiedziała dziewczyna, patrząc wyzywająco prosto w jego oczy. – Dawno nie bawiłam się tak dobrze.
– To dobrze – mruknął chłopak, łykając zawartość szklanki na raz. Kątem oka widziałam, jak dłonie Mary zaciskają się na krawędziach sofy, więc położyłam swoją na jej kolanie, próbując dać jej do zrozumienia, żeby wyluzowała. – A jak u tego, jak mu było…
– Joe.
– Joe – powtórzył chłopak, wpatrując się odważnie w Gryfonkę. – Co u niego? Czy on też dobrze się bawi?
– Bawił się wyśmienicie, do chwili, w której go uderzyłeś – wysyczała, a ja jęknęłam w duchu.
– Och, zobaczcie, James chyba potrzebuje pomocy – krzyknęłam i pociągnęłam Mary w tłum, modląc się, by Remus za nami nie ruszył. – Co do Merlina się właśnie wydarzyło? – warknęłam do Macdonald, która spojrzała wściekła w bok.
– Ten Puchon, Joe Montaigne. Lupin przyglądał się nam kiedy tańczyliśmy, a kiedy on… no pocałował mnie… Po prostu go uderzył! Wredny, niestabilny emocjonalnie, arogancki ghul…
– Mary, przestań – mruknęłam, kręcąc głową. – On jest tylko...
– Zazdrosny? Bo sam nie potrafi nic zrobić? I co, teraz będzie wyżywał się na innych?
– Jest pijany. Nie widziałaś...
– To go nie usprawiedliwia. Nienawidzę go.
– Nie mów tak – szepnęłam. – Przecież obie dobrze wiemy, że jest inaczej.
– Nie jest – warknęła dziewczyna, jednym duszkiem wypijając szmaragdowy płyn z jej kieliszka, po czym ruszyła w tłum.
– A ty dokąd? – zawołałam, jednak szatynka zakołysała jedynie głową i zniknęła. – Super.
Próbowałam wrócić do znajomych, jednak kiedy odnalazłam sofę, na której siedzieliśmy, nikogo już tam nie było. Zła obróciłam się wokół własnej osi szukając wzrokiem jakiejkolwiek znajomej twarzy. Po dłuższej chwili w tłumie mignęła mi złota czupryna Lupina, za którą natychmiast ruszyłam. 
Znalazłam go dopiero po kilku minutach, siedzącego we wschodniej wnęce. Wpatrywał się mętnie w tłum, obracając w dłoniach pustą szklankę. Z westchnieniem podeszłam do niego i przysiadłam na białej pufie.
– Remusie... – mruknęłam, a chłopak pokiwał głową.
– Nie musisz nic mówić – wychrypiał, a następnie zerknął na mnie i uśmiechnął się krzywo. – Schrzaniłem.
– Nie prawda...
– Prawda – przerwał mi, siadając obok mnie. – Zawsze to robię. Nigdy nie potrafię walczyć o swoje i zawsze kończy się to tak samo. 
– Oh, Remusie – mruknęłam, opierając się o jego ramie, na co chłopak westchnął cicho i odłożył szklankę na szklany stolik. 
– Wiesz, Lily, zasługujesz na kogoś lepszego. Ode mnie. Zasługujesz na kogoś kto będzie się o ciebie troszczył. Mary też.
– Jesteś najbardziej troskliwym chłopakiem jakiego znam – mruknęłam cicho.
– Nie wystarczająco.
Między nami zapadła cisza. Tłum jakby trochę się przerzedził, wszyscy powoli szukali wolnych miejsc. Zbliżała się północ, a wraz z każdą sekundą, która przybliżała mnie do powrotu do reszty znajomych czułam dziwną, emocjonującą ekscytację. Kiedy zostało już tylko kilka minut otworzyłam usta, żeby zaproponować Lupinowi powrót, jednak w tym samym momencie chłopak przemówił.
– Wiesz, już nawet nie umiem z tym walczyć. Kiedyś jeszcze próbowałem naprawiać swoje błędy, a teraz jedynie przypatruję się im skutkom. W przeciwieństwie do chłopaków. Oni zawsze walczą. Czasami czuję się, jakby wszystko się zmieniło. Pamiętasz ten głupi kawał, pułapkę w którą wpadłaś razem z Dorcas? Wszystko się zmieniło. Każdy z nas przeobraził się w inną osobę. Ty zbliżyłaś się do reszty, Mary ośmieliła się na nowe znajomości. Dorcas nabrała pewności siebie. Każdy z nas dojrzał. Chłopaki pewnie nigdy ci się do tego nie przyznają, ale ten kawał był niewypałem. Tydzień go przygotowywaliśmy i nic, totalna klapa. Ten dym, to miał być gaz rozśmieszający. Kukły miały biegać za wami po całym korytarzu i was łaskotać, a to wszystko nie wypaliło przeze mnie. Jedno głupie zaklęcie, jedna sylaba, źle wymówiona i... – przerwał, stykając ze sobą palce. – Puff. Wszystko się posypało...
– Nie mów tak – mruknęłam kręcąc głową.
– Ale to prawda. To sama prawda, Lily. Przeze mnie wszyscy się pokłócili, to ja nawaliłem. A oni nigdy się do tego nie przyznali. Śmiali się głośno i wyraźnie, bo nie chcieli dopuścić do tego, żeby wina spadła na mnie. Woleli przyjąć to na siebie, zarobili po szlabanie i siedzieli cicho. A ja już tak dłużej nie umiem.
– Remusie – szepnęłam, łapiąc przyjaciela za rękę. – Cokolwiek sobie ubzdurałeś w tej swojej małej główce masz natychmiast przestać. Twoi przyjaciele cię kochają, martwią się o ciebie. Musisz wziąć się w garść i to już. A teraz chodź, znajdziemy resztę. Za chwilę północ!
Kiedy przepychaliśmy się przez tłum w moim żołądku coś dziwnie bulgotało. Mały potwór, który drzemał w mojej piersi wpatrywał się we mnie z zainteresowaniem i wymachiwał ochoczo ogonem. Tak jakby to coś zmieniało tłumaczyłam sobie. To tylko jeden z momentów, w których mieli okazać się nieodpowiedzialni. Co z tego, że było całkiem inaczej – jest jeszcze milion innych, które tego dowodzą. Prawda?
Ale wcale nie byłam już tego taka pewna.
Jeszcze nigdy nie ulżyło mi tak na widok Gryfonów. Remus ruszył w kierunku przyjaciół, a ja oparłam się o sofę, tuż obok zamyślonej Mary.
– Przepraszam – mruknęła, a następnie spojrzała na mnie smutno. – Nie powinnam była na ciebie naskakiwać.
– Okej – odpowiedziałam i położyłam głowę na jej ramieniu.
– Okej – powtórzyła z westchnieniem.
W powietrzu dało się wyczuć napięcie. Muzyka jakby trochę przycichła, a gwar wzrósł. Po chwili obok mnie przysiadł uśmiechnięty James wpatrzony w Syriusza, który wymachiwał różdżką krzycząc na jakichś zdziwionych Krukonów.
– Problemy z odliczaniem? – spytałam, na co chłopak spojrzał na mnie i uśmiechnął się.
– Skądże, Łapcio robi sobie jaja. Wszystko jest już gotowe od daaaawna – zaśmiał się.
– Więc co przyszykowaliście?
– Dowiesz się za... trzy minuty – mruknął spoglądając na zegarek.
– Okej – powiedziałam ledwo powstrzymując się od śmiechu.
– Okej – zawtórował mi chłopak, a potem spojrzał mi w oczy i uśmiechnął się radośnie. Poczułam, że robi się niebezpiecznie dziwnie, więc odwróciłam głowę i udałam, że rozglądam się po tłumie. – Chodźcie, znajdziemy sobie najlepsze miejsca – mruknął po chwili, a potem złapał nas za ręce i pociągnął w drugą stronę. Zanim się obejrzałam otaczali mnie roześmiani Gryfoni, a James puszczając mi oczko ruszył w stronę Huncwotów.
Staliśmy na podwyższeniu na środku pomieszczenia. Przede mną połyskiwał posąg Roweny Ravenclaw, otaczany przez pulsujące światło. Stałam przestępując z nogi na nogę i wpatrywałam się w jej idealną twarz, a ludzie naokoło mnie przepychali się w poszukiwaniu znajomych. Po chwili rozglądnęłam się i uświadomiłam sobie, że muzyka przycichła, a wszyscy pokazują sobie coś palcami. Mary również szturchnęła mnie w ramię, a ja podążyłam za jej spojrzeniem natychmiast rozumiejąc czym zachwycali się Hogwartczycy.
Sklepienie upstrzone gwiazdami zdawało się poruszać pod wpływem pulsujących łańcuchów światła, które zbiegały się w wielkie cyfry. 
– Czy moglibyśmy prosić was o uwagę? – Spojrzenia wszystkich skierowały się w stronę wejścia do wieży. Na wysokim podwyższeniu stali Huncwoci w otoczeniu kilku roześmianych chłopaków. Syriusz trzymał przy swoim gardle różdżkę, a jego głos roznosił się po całej wieży. – Nadszedł czas na główny punkt dzisiejszego spotkania. Tylko kilkadziesiąt sekund dzieli nas od północy, a co za tym idzie, nowego roku! – mówiąc to wskazał na sklepienie, na którym liczby powoli odliczały ostatnią minutę, a tłum zawiwatował głośno. 
– Ten rok był zaszczytem! Dzięki wam udało nam się wyjść z nie lada opresji, a wasza pomoc okazała się niezbędna w wielu kawałach! Musimy trzymać się razem, zwłaszcza w tak trudnych czasach – zawołał James, który stanął tuż obok przyjaciela.
– Rogacz ma rację. Często było ciężko, ale wspólnymi siłami udało nam się z tego wybrnąć i wierzę, że dalej tak będzie!
– Ta impreza jest podsumowaniem naszej ciężkiej pracy. Ja, Syriusz, Remus i Peter przez cały rok staraliśmy się poprawić wam nastroje i sprawić, aby te zimne mury stały się chociaż trochę przyjemne, a zadania domowe nie tak straszne! Dziękujemy szczególnie organizatorom dzisiejszego wieczoru, bez których nie udałoby nam się urządzić tak wspaniałego spotkania! – zawołał James, przyciągając do siebie Nathiasa, na co tłum ponownie zawiwatował, a Krukon zaśmiał się głośno. 
– Kochani, już czas! – Wszyscy spojrzeli w górę, kiedy cały pokój zabarwiło światło iskrzące się ze sklepienia. – Niech każdy złapie swoje kieliszki, czas na odliczanie!
Między uczniami pojawiły się dziesiątki tac z wysokimi, smukłymi kieliszkami pełnymi musującego napoju. Pożałowałam, że zostawiłam gdzieś różowy szampan, który podarował mi McRonner i w wielkiej konsternacji w końcu sięgnęłam po lampkę ze złotym napojem, unikając podawanych przez Puchonów niebieskich kieliszków.
– Uroczyście przysięgamy wam, że ten rok będzie jeszcze lepszy niż poprzedni! – krzyknął Black unosząc swojego, czarnego szampana, a reszta zawtórowała mu. – Uroczyście przysięgamy wam, że wspólnie stawimy czoła nowym wyzwaniom!
– Przez trudy do gwiazd – powiedział James, a kiedy sekundę później tłum odpowiedział mu tym samym i dziesiątki kieliszków powędrowały do ust, nad naszymi głowami pojawiły się cztery zera, które wybuchły jaskrawym światłem. 
Złoty szampan przyjemnie rozchodził się po moich żyłach, ogrzewając mnie jak płomienie trzaskające w gryffindorskim kominku. Wpatrywałam się w kaskady płynnego srebra, które opadały na tłum niczym deszcz meteorytów, zarysowując w powietrzu fluorescencyjne wzory. 
– Wesołego nowego roku – zawołała Mary ściskając mnie mocno. Znikąd pojawił się tłum rozochoconych ludzi, jednak ja wciąż nie mogłam oderwać oczu od wielkiego napisu, który ułożył się nad naszymi głowami.
– Wesołego nowego roku – rozległy się krzyki kolejnych osób.
– Per aspera ad astra – mruknęłam wpatrując się w połyskujący napis na sklepieniu, a ktoś delikatnie ujął mnie w pasie.
– Otwórz usta – wyszeptał James, muskając ustami moje ucho. – Zaufaj mi – dodał, kiedy zaskoczona jego dotykiem drgnęłam. Poczułam jego rękę na moim ramieniu, którą powoli przesunął na obojczyki, a następnie szyję, unosząc moją głowę do góry. – Zaufaj.
Wpatrywałam się w białe płomienie, w pulsujące światło i wielki wybuch, wpatrywałam się w krople które spadały na wiwatujący tłum. Delikatnie rozwarłam usta pozwalając, aby jedna z nich trafiła na moją wargę, a kolejna na język. Przymknęłam oczy czując, jak słodki smak rozchodzi się po moich ustach, a wręcz narkotyczna przyjemność zaczyna ogarniać moje ciało. Tysiące barw i dźwięków w jednej chwili uderzyły do mojej głowy, a świat zawirował. Oparłam się o chłopaka, który podtrzymał mnie w pasie, a w tle znowu zabrzmiała muzyka. Wszyscy skakali i popychali się nawzajem, skąpani w blasku światła na ich ciemnych ciałach. Pomimo, że wszystko było o wiele intensywniejsze niż po eliksirze, który podała mi Grace, tym razem nie czułam się przytłoczona jego mocą, wręcz przeciwnie – czułam się dziwnie świadoma wszystkiego co dzieje się wokoło. Widziałam Mary, która idąc za przykładem nielicznych, którzy byli wtajemniczeni w działanie świetlistego eliksiru również pozwala mu skapnąć do jej otwartej buzi, widziałam Clarie, która kręciła się w okół własnej osi obijając się o roześmianych siódmoklasistów. Przede wszystkim jednak widziałam ręce Jamesa na mojej talii, czułam jego oddech na karku i dreszcze, które przechodziły wzdłuż mojego kręgosłupa. Ramiona pokryły się gęsią skórką, kiedy oparł głowę na mojej, mogłam wręcz poczuć jak się uśmiecha, ale po raz pierwszy nie wydawało mi się to złe. Nie chciałam go odpychać, nie czułam się nagabywana. Przyjemnie było czuć bijące od niego światło, kiedy nasze ciała poruszały się w rytm muzyki, przyjemnie było czuć duszący ucisk w brzuchu, oddychać szybko i płytko. 
Chłopak obrócił mnie przodem do siebie, a potem zanurzył twarz w moich włosach. Oparłam głowę w zgłębieniu jego szyi wdychając zapach lasu i miętowego żelu pod prysznic. Czułam wirujące wokół nas opary światła, skapujące na nas ostatki eliksiru, a przed moimi oczami tańczyły złote iskierki ognia. Chłopak okręcił mnie wokół własnej osi i puścił mi oczko, a ja pokręciłam głową z politowaniem. Powoli oddalał się, aż wkrótce zniknął w tłumie, pozostawiając po sobie jedynie wspomnienie palącego spojrzenia.
Eliksir działał zadziwiająco długo, a ja od dawna nie czułam się tak ożywiona. Kiedy wybiła druga w nocy złapałam Mary za rękę i pociągnęłam ją w stronę stolików w poszukiwaniu czegoś do picia. Szatynka przyglądała mi się z uśmiechem zajadając długie żelki o smaku karmelu, kiedy ja próbowałam znaleźć wodę pośród kilkunastu wielobarwnych cieczy.
– No co? – spytałam, nie wytrzymując już jej natarczywego spojrzenia.
– Nic – zaśmiała się, a ja prychnęłam.
– Dobrze się bawicie? – podniosłam wzrok i ujrzałam uśmiechniętą Grace, która popijała piwo kremowe.
– Myślałam, że miało nie być normalnych trunków.
– Ja też, widać Huncwotom się znudziło bawienie w alchemików. – Wzruszyła ramionami. – Czego szukasz?
– Wody.
– Stoi tam w rogu. 
– Dzięki – mruknęłam, ruszając w tamtą stronę.
– Więc jak, zabawa udana? – ponowiła pytanie blondynka, a Mary odłożyła na chwilę półmisek z żelkami.
– Tfak, tfo znaszy... Tso do...
– Mówiłam, żebyś nie ruszała tych słodyczy – mruknęłam, a szatynka złapała się za język.
– I tso tferas? – wyjąkała Macdonald patrząc na mnie lękliwie.
– Spokojnie, na wszystko jest antidotum. Stawiam na to niebieskie, podobny kolor ma eliksir rozplatającego supła, ale pewna nie jestem... – mruknęła, wskazując na szklaneczki z niebieskim ponczem. 
– A ty jak? Jak się bawisz – dodałam, na co Krukonka uśmiechnęła się łagodnie.
– Całkiem nieźle. Musiałam na chwilę zastopować i trochę ochłonąć, wolałabym nie zemdleć na scenie, ale wcześniej było świetnie.
– Benciesz śpiefać? – spytała Mary, rozmasowując sobie policzki.
– Mhm, gwiazda programu – zachichotała Butler, po czym odłożyła piwo. – No dobra, będę się już zmywać, muszę znaleźć Elsie i Maxse, lepiej, żeby były w dobrym stanie, bo za chwilę zaczynamy... 
– Gwiazda programu – mruknęłam, próbując naśladować głos blondynki, kiedy ta zniknęła w tłumie – po zbóju.
– Zostaf jo w spokoju. Nje wiem trzemu jej tak nje lubisz – powiedziała Mary, wypijając drugą szklankę ponczu. – Mówię jusz lepiej, prawda?
– Po prostu działa mi na nerwy. Tak, lepiej.
– Uff – mruknęła, odkładając szklane naczynie. – Okej,  to tso, idziemy?
Znalezienie przyjaciół zajęło nam chwilę, więc podwyższenie na którym stali wcześniej Huncwoci było już przygotowywane pod występ kapeli. Alicja i Frank kłócili się o coś zażarcie na jednej z sof, a Dorcas chichotała w kącie, prawdopodobnie z Doe, chociaż nie miałam nawet pojęcia, czy on tak wygląda. 
Peter spał w małej wnęce pod jedną z wiszących biblioteczek, a leżał w takim bezruchu, że przez chwilę zastanawiałam się, czy aby na pewno jeszcze żyje. Obok niego siedział Lupin, który rozmawiał o czymś z żwawo gestykulującą Clarie, której z uśmiechem przyglądała się Maryl i Syriusz. Jamesa wciąż nie było, ale o niego się nie martwiłam, poza tym wątpliwa była sama myśl, że mógłby się zgubić. Razem z Mary przysiadłyśmy na schodkach prowadzących na parkiet, a tłum powoli przerzedzał się pozwalając nam dostrzec złote gwiazdy wytkane w miękkim dywanie. Po chwili mikrofon zatrzeszczał i wszystkie głowy zwróciły się w stronę teraz już sceny.
– Mamy za sobą kilka godzin wspaniałej zabawy, ale to nie wszystko! Chyba każdy z was pamięta zespół, który od roku podbija nasze prywatne, hogwarckie listy przebojów. Moi drodzy, przed wami Insomnia! – zawołał Nathias, a w wieży rozległy się głośne brawa.
– Witajcie! – Głos Grace niósł się wokoło, kiedy wbiegła na scenę w towarzystwie wiwatów. – Mamy dzisiaj dla was kilka nowych przebojów, nad którymi pracowaliśmy tego lata. Mam nadzieję, że przypadną wam do gustu – powiedziała, podwyższając mikrofon. To samo zrobiła Maxse, która razem z dwunastocentymetrowymi koturnami musiała mieć chyba z dwa metry. Elsie natomiast zsunęła z nóg srebrne czółenka i stanęła uśmiechnięta przed klawiszami. Za nimi na scenę weszło jeszcze trzech chłopaków, w tym Connor Double, którego jak przez mgłę pamiętałam ze spotkania Klubu Ślimaka. 
– Nathias mówił, że to z nim zniknęłaś, kiedy Grace dała nam ten eliksir – zawołałam, na co Mary machnęła ręką.
– Zaraz potem odbił mu mnie Joe, a resztę już znasz.
Connor przewiesił sobie przez ramię gitarę i krzyknął coś w kierunku tłumu, na co dziewczyny zareagowały donośnym piskiem. Maxse pokręciła w politowaniem głową i chwyciła gitarę basową, a dwóch pozostałych chłopaków zajęło się perkusją i gitarą elektryczną.
– Co oni grają, rocka? – spytałam, a chwilę później ktoś usiadł obok mnie.
– Nie do końca. – Spojrzałam na Nathiasa, który uśmiechnął się szeroko. – Z resztą, zaraz zobaczysz. 
Kilka sekund później pokój wypełniły ciche dźwięki gitary. Dziewczyny zasalutowały sobie, a następnie Grace puściła mi oczko.
– Co nas nie zabije... – krzyknęła Grace, a dziewczyny w tym samym czasie zaczęły partię chórków. Tłum zaczął klaskać, a chwilę później Butler zaczęła śpiewać. Jej głos wydawał się dobrze znajomy, jak głos sąsiadki codziennie rozprawiającej za oknem, albo kobiety zapowiadającej pogodę po wieczornych wiadomościach. Przez chwilę zastanawiałam się czy kiedykolwiek słyszałam jej śpiew, a potem przyszło mi do głowy, że mogła być częścią szkolnego chóru. Wpatrywałam się w jej błękitne oczy, które promieniowały radością, kiedy podniosła ręce. Chwilę później Elsie przejęła pałeczkę, jednocześnie tańcząc dłońmi po bladej tafli klawiszy. 
– To co... – mruknął McRonner, a ja wzdrygnęłam się, powracając do rzeczywistości. – Zatańczysz?
– Och, ja... Nie jestem najlepszą... – wyjąkałam, jednak zanim skończyłam chłopak pociągnął mnie na parkiet. Jeszcze nigdy nie śmiałam się tak bardzo podczas tańca. Nathias okręcał mnie wokół własnej osi, a donośny głos Maxse podczas refrenu wypełniał moje uszy, otulając mnie w przyjemny kokon dobrego humoru. Chwilę później obok nas znaleźli się Syriusz i Maryl, którzy tańczyli najszybsze tangopodobnecoś jakie kiedykolwiek widziałam. Krukon śmiał się z mojej miny kiedy próbowałam zgadnąć co to za taniec, a potem sam zaczął naśladować Blacka, przez co moje włosy wyglądały jak czerwone tornado. Nie minęła minuta, kiedy cały parkiet szalał, a ja przechodziłam od ramion Nathiasa, do Syriusza, jakiegoś Puchona z czwartego roku i Lupina, którego Clarie zaciągnęła siłą, a kiedy już zaczął, okazało się, że jest wyśmienitym tancerzem. Kiedy znowu znalazłam się przy McRonnerze ten złapał mnie w pasie, a następnie uniósł i okręcił wokół własnej osi w akompaniamencie moich pisków. Kiedy osuwałam się z powrotem w jego ramiona poczułam na sobie wzrok Jamesa, który podniósł kieliszek w formie toastu i puszczając mi oczko wypił wszystko jednym haustem.
– Pozwolisz, że ją porwę – zawołał, a potem odbił mnie i pociągnął w bok, okręcając kilka razy. 
Trzeba było przyznać, że potrafił tańczyć. Wiedziałam to już od czasu Klubu Ślimaka, jednak wtedy tańczyliśmy wolnego. Tym razem nawet pomimo małej przestrzeni do tańca i bitu poruszał się całkiem zgrabnie, prowadząc mnie między dziesiątkami wirujących dziewczyn. Przez jego ramię widziałam Mary, która uniosła dwa kciuki do góry, a chwilę potem sama została porwana przez roześmianego Syriusza. 
Nawet pomimo zmęczenia nie chciałam przestawać. Nie ważne czy mijały minuty czy godziny, tańczyłam, śmiałam się i żałowałam, że nigdy wcześniej nie miałam okazji do zabawy z Huncwotami, którzy okazali się najlepszym imprezowym towarzystwem jakie mogłam sobie wymarzyć. Po kilku piosenkach Syriusz wyniósł na scenę Clarie, gdzie jej chłopak czekał na nią z bukietem róż, a wszyscy zaśpiewali jej sto lat.
– Kolejna piosenka będzie dla ciebie! – krzyknęła Grace. Krzyczała tak jeszcze kilka razy, a potem robili to inni, wynajdując tysiące najróżniejszych powodów do dedykacji, aż w końcu tańczyliśmy za dobrą pogodę i w hołdzie wszystkim Ślizgonom, którzy mogli co najwyżej wypić po szklance soku dyniowego w lochach.
Nawet kiedy gwiazdy schowały się w blasku porannego słońca ludzie wirowali na parkiecie, a resztki pulsującego światłem eliksiru oświetlały najciemniejsze zakamarki pomieszczenia. Ostatnią rzeczą jaką pamiętałam był wspólny toast i żelkowe drinki z czerwonymi gwiazdkami, po których Syriusz uparł się, że będzie mnie nosił na baranach dopóki nie padnie na wznak, co stało się już po trzech metrach. Dopiero kiedy roześmiana Grace Buler oznajmiła, że dziękują nam za cudowną zabawę, a Elsie rzuciła się w rozochocony tłum rozsyłając ludziom czarne całusy zrozumiałam, że najlepsza noc mojego życia dobiegła końca. Kiedy kilka godzin później leżałam w swoim łóżku i z uśmiechem na ustach zastanawiałam się jak musiała wyglądać Wielka Sala bez wszystkich tych zaspanych i skacowanych uczniów doszłam do wniosku, że oddałabym wszystko, żeby móc przeżyć to jeszcze raz.



Minęło sporo czasu. Podoba mi się myśl, że mimo wszystko coś takiego jest w tych powyższych wypocinach. Coś zmieniło się w stylu mojego pisania, coś poprawiło się. 
Chciałabym tylko podziękować Wam za wszystkie chwile, w których ja w siebie wątpiłam, a Wy dodawaliście mi sił. Nie obiecuję, że nowy rozdział pojawi się za dwa tygodnie, bo nie wiem ile tym razem zajmie mi pisanie go. Znowu miesiąc? Dwa? Ale wiem jedno. Dopóki będą znajdować się tutaj osoby chcące to czytać, dopóty będę znajdować w sobie siłę do napisania chociażby jednego zdania.
Dzisiaj krótko, ale tak powinno być. Mam nadzieję, że pomimo błędów, "doskoków" w pisaniu i nierozgarniętej fabuły, to coś powyżej obroni się samo. Jak dla mnie z tej beznadziejności wyłania się jednak coś fajnego.
Jeszcze raz dziękuję i ślę całusy.
Wasza Atelier.

sobota, 11 października 2014

12. Per aspera ad astra cz. I

Przyglądałam się swoim dłoniom, malutkim plamkom księżycowego światła, które odbijało się od kryształowej zawieszki nad moim łóżkiem. Moje ręce drżały, kiedy jeszcze kilka minut temu sięgałam, aby otworzyć okno. Teraz jedynie dygotałam w bezruchu, ze wstrzymanym oddechem wpatrywałam się w blade piegi na moich nadgarstkach, a moje myśli plątały się ze sobą w wielkim tańcu niewiedzy.
Wsłuchiwałam się w miarowe oddechy Mary i Alicji, myśląc o tym wszystkim, o czym wcale myśleć nie chciałam. Nie mogłam spać, nie mogłam normalnie funkcjonować, nie mogłam nawet jeść. Wciąż i wciąż widziałam jego oczy, obecny w nich ból i rozgoryczenie. Mary westchnęła cicho przez sen i obróciła się na drugi bok. Wyglądała tak spokojnie, jak gdyby nic się nie wydarzyło. Przez chwilę zastanawiałam się, jak w ogóle mogła usnąć. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że minęły trzy dni, trzy długie dni, a sen w końcu zmógł ją tak jak każdego innego. Każdego innego prócz mnie.
Powoli wstałam i podeszłam do okna. Przyglądałam się błoniom i iskrzącemu się w świetle księżyca śniegu, a mój umysł dodawał do każdego pustego miejsca wpatrzone we mnie oczy. Wiedziałam, że powinnam już przestać o tym myśleć, pogodzić się z tym, że życie jest ciężkie. Naturalnie nie potrafiłam tego zrobić, co wprawiało mnie w jeszcze gorszy nastrój.
W końcu westchnęłam cicho i włożyłam na nogi puchowe papcie. Na ramiona narzuciłam gruby szlafrok, a w dłoń złapałam świąteczny list do rodziców, który miałam zamiar wysłać po śniadaniu. No cóż, skoro i tak nie byłam w stanie usnąć, mogłam zrobić to teraz.
W ciszy zeszłam do Pokoju Wspólnego i przystanęłam, przyglądając się żarzącym się w kominku węgielkom. Zeszłej nocy siedzieli tu w czwórkę, a kiedy zmęczona wyszłam z dormitorium wszyscy natychmiast wstali. Zanim zdążyłam chociażby otworzyć usta Remus zniknął w wejściu do męskich sypialni, zauważyłam jedynie bandaże na jego dłoniach i uciekający wzrok. Reszta ruszyła za nim, odprowadzana moim smutnym spojrzeniem. Pierwszy raz nie chciałam żeby tak było, naprawdę pragnęłam, by wszystko wróciło do normy. Ale wydawało się to po prostu niemożliwe.
Ruszyłam w stronę przejścia, a potem patrząc nieufnie w ciemność schodami w dół. Myśl, że ktoś przyłapie mnie na nocnych wędrówkach paliła mnie gdzieś głęboko, ale nagle ze zdumieniem stwierdziłam, że już się tym nie przejmuję. Nie tak jak kiedyś. Szłam opustoszałymi korytarzami, za towarzysza mając ciszę i myślałam o tym, co się zmieniło.
Schody prowadzące do sowiarni były przeraźliwie zimne. Oplotłam się rękawami miętowego szlafroka i schowałam twarz w kołnierzu, modląc się o to, by zamek w drzwiach nie zamarzł. Nie zamarzł, drzwi nie były nawet zamknięte. Przez wąską szparę wlatywał chłodny podmuch wiatru, który targał moimi włosami. Powoli wyciągnęłam przed siebie rękę i pchnęłam oziębłe drewno.
Stał przy oknie, smutny i otoczony ciemnością. Obrócił się i spojrzał na mnie nieufnie, a potem drgnął niespokojnie, tak jakby rozważał ucieczkę. Przełknęłam ślinę i ruszyłam w stronę żerdzi, wyciągając rękę po jedną ze szkolnych sów. Ptak wydawał się promieniować bielą, kiedy zeskoczył zręcznie na moje ramię.
Powoli przywiązałam do jego nóżki list i pogłaskałam go po dziobie, na co ten zareagował cichym pohukiwaniem. Nie spiesząc się podeszłam do okna i pozwoliłam sowie zsunąć się na parapet. Po chwili rozłożyła skrzydła i wzniosła się w powietrze, muskając piórami ramię Remusa.
– Ja naprawdę... – zaczął chłopak, a ja niewiele myśląc przyciągnęłam go do siebie i przytuliłam.
– Och, Luniu – szepnęłam, czując, że pod moimi powiekami zbierają się łzy. Gryfon po chwili wahania objął mnie delikatnie i pozwolił mi wtulić się w niego.
– Bałem się, że... Myślałem... – zaczął, ale jego głos utonął w ciszy. Powoli odsunęłam go od siebie i spojrzałam w jego oczy.
– Nigdy więcej nie myśl – szepnęłam, a jego usta delikatnie zadrgały.
– Błagam, musicie przyrzec, że...
– No chyba nie myślisz, że komukolwiek bym o tym powiedziała – mruknęłam, kręcąc głową. Chłopak ponownie oparł się o parapet i wpatrzył w jasny księżyc. Niespokojnie bawił się dłońmi, nawet kiedy usiadłam obok niego.
– Zrozumiem, jeżeli będziecie chciały przestać ze mną rozmawiać...
– O czym ty mówisz? – spytałam, spoglądając na niego zaskoczona.
– Jestem potworem, Lily. Takim samym jak te, o których uczyliśmy się na obronie przed czarną magią. Takim samym...
– Nie prawda – przerwałam mu, chwytając go za rękę, kiedy chciał uderzyć nią w kamień. – Remusie, to wciąż ty. I nie ma znaczenia, że... Że masz taką przypadłość.
– Przypadłość? Lily, jestem wilkołakiem! To nie jest przeziębienie, które minie po jakimś czasie! Już zawsze będę takim... – zaczął, szukając słów.
– Kochanym chłopakiem, który oddałby życie za swoich przyjaciół? Najlepszym człowiekiem, jakiego poznałam? Najszczerszym i najbardziej oddanym Gryfonem? Już zawsze będziesz taki i nic nie zmieni mojego zdania o tobie – szepnęłam, zamykając jego dłonie w swoich. – Mary również – dodałam po chwili, a chłopak natychmiast odwrócił wzrok.
– Proszę, powiedz jej...
– O nie, nic jej nie będę mówić – mruknęłam, kręcąc zawzięcie głową. – Nie wiem co jest między wami, ale cokolwiek by to nie było nie będę narażać się na utratę głowy. Sam będziesz musiał z nią porozmawiać. I... Remusie, to naprawdę nie jest jeszcze koniec świata – szepnęłam po chwili ciszy.
– Jeszcze – powtórzył chłopak, unosząc zamglony wzrok w ciemną noc.

Kolejne dni mijały szybko. Kiedy wspomina się stare czasy, można powiedzieć, że było nudno, wesoło, ciepło, albo bardzo zimno. Można powiedzieć coś o każdym dniu, ale tamten czas po prostu mijał szybko, słońce wstawało i zachodziło, zmieniając jedynie barwę nieba. W nocy niespokojnie śniłam o czterech ciemnych dziurach w ciemności, a we dnie chodziłam jak struta. Ciągle miałam wrażenie, że wciąż i wciąż coś nie pozwala mi spokojnie oddychać, uciskając na moją klatkę piersiową niczym kamień. W końcu zrozumiałam, że jedynym wyjściem będzie wyjaśnienie sobie wszystkiego, chociaż było to tym, czego najbardziej się bałam.
Kiedy dwudziestego trzeciego grudnia wybiła jedenasta, a ja, Mary i Huncwoci usiedliśmy przed przygasającym kominkiem wydawać by się mogło, że nie będziemy mieli o czym rozmawiać. Pierwsze kilka minut upłynęło w przerażającej ciszy, przerywanej odgłosem tykającego zegara. Znowu czułam się zagubiona i niepewna tego, co mogłabym powiedzieć. Lupin siedział sztywno i wpatrywał się w przestrzeń przed sobą, Syriusz bawił się wielkim, zielonym kauczukiem, którego zwinął pierwszoklasistom, James natomiast przysiadł na sofie tuż obok mnie i ciągle brał głęboki oddech, próbując zacząć rozmowę, którą wszyscy odwlekaliśmy w czasie. Z całego towarzystwa tylko Peter wyglądał na zrelaksowanego, zwłaszcza w porównaniu z Mary, której twarz była koloru zgniłej potrawki z kurczaka. Kiedy po kolejnych, ciągnących się w czasie sekundach Syriusz po raz tysięczny uderzył kauczukiem w ścianę kominka coś we mnie pękło.
– Czy mógłbyś przestać? – mruknęłam, na co chłopak obrzucił mnie znudzonym spojrzeniem i zrobił to ponownie. – Black!
– No co? Chciałyście porozmawiać, to rozmawiajcie – warknął.
– To wszystko moja wina – szepnął Lupin. Spojrzałam na niego zaskoczona, jednak chłopak wciąż wpatrywał się w to samo miejsce. – Naraziłem was na niebezpieczeństwo. Nie wiem co mi odbiło, żeby wierzyć, że mógłbym...
– Ta sama gadka co zawsze, Remusie – mruknął James, a Lunatyk w końcu poruszył się, spoglądając na przyjaciela ostro.
– Przestań. Dobrze wiecie, że mam racje. Pozwalam wam włóczyć się ze mną, narażając was...
– Znamy ryzyko – wtrącił Black.
– Narażając was – kontynuował Lupin – a teraz jeszcze dziewczyny. To nigdy nie powinno się zdarzyć.
– Ale zdarzyło – mruknęłam, a spojrzenia Gryfonów powędrowały w moją stronę – i nic tego nie zmieni. Co nie znaczy, że to w ogóle cokolwiek zmieniło.
– Lily...
– Rozmawialiśmy już na ten temat. Rozumiem, czemu nam nie powiedziałeś, ale fakt, że o tym wiemy nie wnosi nic nowego. 
W pokoju zapadła cisza. Wiedziałam, że Mary chciała coś powiedzieć, ale ciągle gryzła się w język. W końcu spojrzała na mnie, a ja pokiwałam powoli głową, dodając jej odwagi.
– Jak to możliwe? Raz widziałam was, a potem te zwierzęta...
– Przewidziało ci się – mruknął Syriusz, a ja i James spojrzeliśmy na niego jak na ostatniego kretyna. – No co?
– One i tak już wiedzą – odpowiedział Potter, kręcąc głową z dezaprobatą – więc nie musisz teraz udawać.
– Więc? – spytałam, spoglądając na Huncwotów, a ci zmieszali się.
– Animagia.
– A ja jestem wielkim magiem i mistrzem eliksirów – zaśmiałam się, jednak Gryfoni wciąż wpatrywali się we mnie ze stoickim spokojem. – Serio?
– Tak – mruknął James, a ja zmarszczyłam czoło.
– A–ale to niemożliwe, istnieje naprawdę niewielu animagów i–i do tego trzeba wielu lat treningów, poza tym musielibyście być pełnoletni, albo...
– Albo uczyć się sami.
– Nie, to by było zbyt nie bezpieczne. I zdecydowanie zbyt głupie z waszej strony – mruknęłam, a Gryfoni uśmiechnęli się od siebie.
– Często to słyszymy.
– Naprawdę? Merlinie, czy nie pomyśleliście o konsekwencjach?! Co by się stało, gdyby się nie udało, któryś z was mógł nawet...
– Umrzeć? Dobrze zdajemy sobie z tego sprawę – odpowiedział Syriusz, a ja jęknęłam cicho, zakrywając twarz dłońmi.
– Ale żyjemy i nic nam nie jest, widzisz? – James uśmiechnął się i przyciągnął mnie do siebie, na co ja prychnęłam głośno.
– Jak możesz tak mówić! Za każdym razem narażacie siebie, dla, dla... – fuknęłam, uderzając go poduszką, a chłopak jęknął i spróbował mi ją zabrać.
– Dla naszego najlepszego przyjaciela. Ty nie zrobiłabyś tego dla Mary?
Między nami zapadła cisza. Dobrze wiedziałam czemu to zrobili, czemu decydowali się na coś takiego wiedząc, że może to kosztować ich naprawdę dużo. Ryzykowali dla siebie. 
– Musicie przyrzec, że nikomu nie powiecie.
– Myślisz, że byśmy to zrobiły?
– Nawet dziewczynom. Nikt więcej nie może o tym wiedzieć.
– Remusie – zaczęłam, ale chłopak pokiwał głową. 
– Okej – szepnęła Mary, próbując uchwycić jego wzrok, jednak chłopak zmieszał się i zaczął bawić swoimi rękami.
– Czyli to stąd te przezwiska – mruknęłam po chwili ciszy, a Huncwoci spojrzeli na mnie. – Rogacz, Łapa... Stąd te przezwiska.
– I Glizdogon. Tak.
– Nigdy bym na to nie wpadła.
– No cóż, pewnie nigdy nie wpadłabyś na to, że co pełnie kicamy sobie po błoniach z wilkołakiem, więc...
– Przestań sobie robić z tego żarty – mruknął Lupin, a Syriusz wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– Więc między nami wszystko okej?
– A jakżeby inaczej, komuś muszę dokuczać, a jesteś na początku moich ulubieńców, Lilka – zaśmiał się Black.
– Nie jestem... – zaczęłam, krzywiąc się.
– Lilka – dokończył Peter, który zapadł się w sofę tak bardzo, iż otoczony kocami i poduszkami przez chwilę wyglądał jak głowa wystająca z wielkiego wulkanu. Po chwili cała nasza szóstka śmiała się głośno i radośnie, a Remus uśmiechnął się ciepło w moją stronę.

– Wstawaaaj! – Krzyk Alicji wypełnił cały pokój. Zmarszczyłam brwi, przewracając się na drugi bok. – Lilka no, wstawaj! Nie zmuszaj mnie do brutalnej pobudki!
– Nie jestem Lilka – wymruczałam w poduszkę, jednocześnie próbując zakryć głowę kołdrą.
– Nie wygłupiaj się, bo zrzucisz z łóżka prezenty – zaśmiała się Mary, a ja otworzyłam oczy.
– To już dziś?! – spytałam, podnosząc się do pozycji siedzącej, a dziewczyny zachichotały głośno.
– A myślałaś, że kiedy, za tydzień?
– Nie – westchnęłam, odgarniając włosy z twarzy. – Myślałam, że to dopiero jutro.
– No dobra, ale to jednak dzisiaj, więęęęc... – zachichotała Alicja i rzuciła we mnie małą, niebieską paczuszką. – Otwieraj!
– Auć – zaśmiałam się, podnosząc zawiniątko z ziemi. W środku znalazłam dwie pary różnokolorowych skarpetek Kripka – najgrubszych i najcieplejszych skarpetek pod słońcem. Dziewczyna wyszczerzyła się w uśmiechu na widok mojej miny i odrzuciła włosy do tyłu. 
– Mówiłaś, że ciągle marzną ci stopy – zachichotała, za co oberwała ode mnie poduszką.
– To fioletowe to pewnie od mojej mamy – mruknęła Mary, przysiadając na moim łóżku z takim samym pudełkiem. – Och, zrobiła nadziewaną krówkę! Jaaa, ale pychoty...
Również sięgnęłam po swoją paczkę i uśmiechnęłam na widok ciasta. 
– Jest liścik – zawołałam, podnosząc karteczkę. – "Kochana Lily, pamiętaj, aby mieć oko na Mary, jeszcze trochę dodatkowych porcji puddingu i nie zmieści się w tę piękną sukienkę, którą jej przesłałam! Nie zapomnijcie umyć rąk, ble ble ble, przesyłam całusy..." 
– O matko... – jęknęła Macdonald i z wielkimi oczami rzuciła się na swoje łóżko. Po chwili szamotaniny wstała, trzymając w rękach czarną, jedwabną sukienkę. – Merlinie, Merlinie, Merlinie! – krzyczała, podskakując. – Kupiła mi ją! Nie wierzę!
– Jest piękna! – zawołała Alicja, próbując w pełni oglądnąć prezent koleżanki, która wymachiwała rękami biegając po całym pokoju. Przyglądałam się śmiejącej się dwójce Gryfonek i poczułam się tak, jakby napięcie ostatnich dni w końcu z nas zeszło. A śmiały się tak radośnie i beztrosko, że mogłaby im tego pozazdrościć nawet Dorcas, która ostatnie kilkadziesiąt godzin spędzała już w domu swoich dziadków.
Sama od rodziców dostałam zestaw mistrza eliksirów z fiolkami pełnymi naprawdę rzadkich składników i opakowanie gumek do włosów od Petunii. Przez chwilę zastanawiałam się czy półmetrowa tabliczka czekolady, którą jej dałam wyląduje w koszu, ale potem rozpakowałam prezent od Huncwotów i po prostu zapomniałam o zamartwianiu się.
– Jesteś piękna! 
– Masz klasę!
– Te buty są obłędne! – krzyczały koszulki z roześmianymi karykaturami różnych sławnych czarodziei. Trzy moje przedstawiały wokalistkę Fatalnych Jędz, niskiego, garbatego gnoma (mogłam się założyć, że był to pomysł Syriusza) i Marcka Grandpré, trochę narcystycznego aurora, który wygrał w tym roku nagrodę najbardziej czarującego pracownika Ministerstwa. Dziewczyny dostały podobne, różniące się tylko wzorem i znajdującymi się na nich osobami. Do prezentu dołączona była wielka paka słodyczy z Miodowego Królestwa i – specjalnie dla mnie – samozaklejające usta plastry w gwiazdki. 
– To chyba jakaś aluzja, Lily – zarechotała Mary, za co oberwała ode mnie poduszką.
Wkrótce po całym dormitorium walały się strzępki kolorowych papierów, a każda z nas trzymała w rękach swoje prezenty. Clarie i Maryl złożyły się na sporej wielkości szkatułkę pełną biżuterii, która zmieniała kolory dopasowując się do ubrania i podarowały nam je jako "wspólny prezent”, co skończyło się przygarnięciem sobie tego przez Alicję. Hagrid upiekł trochę bardziej znośne ciasteczka, a Mary zamówiła specjalne wydanie Przybornika Watsbunga, który zawierał milion różnych specyfików do włosów. "Ujarzmimy te twoje płomienne loki" śmiała się, kiedy udawałam urażoną. W końcu usiadłyśmy na łóżkach, a dziewczyny spojrzały na siebie znacząco.
– Lily, zostawiłyśmy to na koniec, bo... No nie spodziewałyśmy się, że będzie taka... gwałtowna no i bałyśmy się, że zdąży coś zepsuć, albo podrzeć jak zajmiesz się resztą prezentów, no i...
– I, no, to w sumie jest taki prezent od...
– Nas wszystkich, wliczając w to Dorcas, która nie mogła być z nami, ale przesyła całusy – dokończyła Mary, wysuwając spod swojego łóżka wielki, wiklinowy koszyk, owinięty różową wstążką. Następnie obie Gryfonki stanęły obok siebie i z wielkimi uśmiechami wpatrywały się we mnie.
– Co gwałtownego mogłyście mi kupić? Czy to na pewno bezpieczne? – spytałam, kucając obok pakunku, a Mary zaśmiała się głośno.
– Hej, jakby coś to winę zrzucaj na Dorcas, to ona nas na to namówiła.
– Tak, ona też w większości za to płaciła, więc jak coś to... – szepnęła Alicja udając, że podcina jej gardło.
– Ha, ha, ha – mruknęła Mary, próbując bronić koleżanki z pokoju. – No otwieraj noo!
Powoli sięgnęłam po jeden koniec wstążki i pociągnęłam. Wielka kokarda na czubku zsunęła się z kosza, a pokrywka uniosła się.
– O Gryzeldo Wspaniała – jęknęłam, wpatrując się w małego, białego kotka w  rude łaty. Powoli przechylił głowę w bok i odsunął się od kawałka wstążki, którą przed chwilą próbował przegryźć. – Czyj to był pomysł?
– Twój – zachichotała Alicja. – Sama mówiłaś, że chciałabyś mieć kota.
– No tak, ale... – mruknęłam, kiedy zwierzątko wdrapało się na zamknięcie i wpatrywało się we mnie ciemnymi oczkami. Na szyi zawiązaną miało różową wstążeczkę ze złotym dzwoneczkiem, na którym wygrawerowane było imię Rosie.
– Nie podoba ci się? – wyjąkała dziewczyna.
– Uwielbiam ją – mruknęłam, uśmiechając się w stronę współlokatorek.

– To był wasz najgłupszy pomysł – westchnęłam, przyglądając się kotce, która próbowała przestraszyć moją poduszkę. Kiedy wróciłyśmy ze świątecznego śniadania zastałyśmy pokój w stanie totalnego rozpadu i chyba tylko szybka reakcja Mary uratowała kolejny dzbanek z wodą od stłuczenia. 
– Chyba najlepszy – zaśmiała się szatynka, siadając na ziemi, tuż obok mnie. – Ostatnio ciągle chodziłaś jak struta, znikałaś gdzieś, rozmyślałaś. Pomyślałam, że przydałoby ci się w życiu trochę...
– Uroku? – zaśmiała się Alicja, rzucając się na łóżko za nami.
– I więcej trosk – dodałam, sięgając po Rosie, która balansowała na drewnianej ramie łóżka. – O wiele więcej. Poza tym to chyba tobie przydałaby się odskocznia, co? – dodałam półszeptem, spoglądając na Mary, która zarumieniła się.
– Hej noo, to sama radość! – zawołała Hawkins, a Mary natychmiast udała, że nie było tematu i spojrzała na nią z udawaną radością. – Poza tym, sama mówiłaś, że chciałabyś...
– Mieć kota – dokończyłyśmy wszystkie, a ja pokiwałam głową.
– Nie mogę się doczekać miny chłopaków – zachichotała, a ja i Mary spojrzałyśmy na siebie. Huncwoci unikali nas, w większości przypadków wymigując się jakimiś głupimi wymówkami. Między nami wciąż było niezręcznie, jednak dziewczyny wydawały się tego nie zauważać.
– Cześć! – Drzwi z hukiem otwarły się, a do środka wparowała Maryl owinięta we flagę Gryffindoru. Wesołych świąt!
– Wesołych – zawołały dziewczyny.
– Na Merlina! Lily, dostałaś kota?!
– Kotkę – poprawiła ją ze śmiechem Mary.
– O jejuuuuu, jak się wabi? – spytała brunetka, a potem zachichotała głośno. – Zaczynam zachowywać się jak Clarie.
– Rosie – zaśmiałam się.
– Jest piękna – mruknęła Maryl.
– A tak w ogóle, co u Clarie? Nie odezwała się jeszcze?
– Wszystko w porządku, prezent się spodobał, kazała podziękować za ten naszyjnik, Lily.
– Nie ma za co – mruknęłam, czując, że na samo wspomnienie Clarie w moim gardle pojawia się wielka gula.
– Widziałaś może gdzieś Huncwotów? – spytała Alicja, ruszając w stronę łazienki. – Chciałam ich złapać po śniadaniu, żeby podziękować za prezent, ale ich nie było.
– Siedzą na dole – powiedziała Maryl, głaszcząc Rosie po grzbiecie, co kotka przyjęła z lubością.
– Super, to idę się przebrać – zachichotała Hawkins.
Kilka minut później każda z nas miała już na sobie nowe koszulki (w przypadku Alicji była to sukienka). Kiedy dziewczyny ruszyły w stronę drzwi, złapałam Mary za rękę i pociągnęłam w drugą stronę.
– Zaraz do was dołączymy! – krzyknęłam w stronę dziewczyn, a one z uśmiechem pokiwały głowami.
– O co chodzi? – spytała szatynka, wpatrując się we mnie ze zdziwieniem.
– Chodzi o to, że… No nie miałyśmy czasu jeszcze poważnie porozmawiać. No wiesz, o tym co się stało…
– Spoko, nie ma tematu.
– Jest – jęknęłam, próbując złapać uciekającego mi pupila, który za punkt honoru obrał sobie doprowadzanie mnie do białej gorączki. – Mary, to, co się wydarzyło…
– Rozmawiałyśmy już o tym Lily.
– Ale nie o tym jak sobie z tym radzisz?
– Z czym? Z tym, że Lupin nie był w stanie mi zaufać?
– On się bał. Bał się, że uciekniemy…
– A ty go jeszcze bronisz – szepnęła, patrząc na mnie groźnie. – Lily, czy ty nie oczekiwałabyś po kimś… bliskim ci, chociaż trochę szczerości?
– Mary – mruknęłam, przypatrując się jak poprawia zieloną bluzkę z gigantyczną ropuchą. – Uspokój się. 
– Mhm – sapnęła, spoglądając w stronę drzwi.
– Posłuchaj, po prostu pozwól mu to wyjaśnić.
– On nie chciał mi tego wyjaśnić. Ani tej nocy, kiedy wyjaśnił to tobie, ani wtedy, gdy spotkaliśmy się w Pokoju Wspólnym, ani podczas kolejnych dni, kiedy próbowałam sama z nim porozmawiać.
– Bo jesteś dla niego ważna! – jęknęłam, wkładając Rosie do koszyka i zamykając wieczko, a następnie ustawiając na nim kilka książek w obawie, że rozjuszana kotka w końcu go przewróci i znowu gdzieś ucieknie.
– Chyba już nie – szepnęła, wbijając wzrok w podłogę.
– Głowa do góry – zarechotała żaba podskakująca na jej koszulce, a po chwili dołączył się do niej mój gnom.
– Widzisz, nawet koszulka każe ci wyluzować – mruknęłam podchodząc do szafki i wyjmując z niej mały pakunek.
– Jasne – powiedziała dziewczyna, opierając się o ramę łóżka. – Co to?
– Too… To jest prezent dla ciebie. Chciałam ci go dać na samiusieńkim końcu i chyba teraz już mogę, co?
– Co toooo? – spytała dziewczyna ponownie, kiedy podałam jej białe pudełeczko.
– Otwórz – zaśmiałam się.
Mary z zagryzioną wargą powoli zaglądnęła do środka, a potem spojrzała na mnie z wielkimi oczami.
– Żartujesz sobie – mruknęła, a ja zachichotałam cicho. Dziewczyna powoli wyciągnęła ze środka złotą odznakę prefekta i uśmiechnęła się szeroko.
– Już od dawna o tym myślałam. Całkiem nieźle ci szło, kiedy przejęłaś moje obowiązki po incydencie z pętliczką, no i potem pomagałaś mi w dyżurach… Pomyślałam sobie, że się ucieszysz, zawsze chciałaś być prefektem, a ja ostatnio nie miałam do tego głowy, wszystkie te raporty i w ogóle… – zaczęłam, a Gryfonka rzuciła mi się na szyje.
– Lily! Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy!
– Wiem – zaśmiałam się, wyswobadzając się z jej objęć. – No i będziesz mogła teraz w spokoju pogadać z Lupinem – dodałam, a szatynka uśmiechnęła się do mnie nieśmiało. – A teraz chodź, bo zaczną nas szukać. 
Powoli wygrzebałam Rosie z wiklinowego koszyka, w którym toczyła właśnie zażartą walkę z resztkami wstążek i pociągnęłam Mary w stronę drzwi.
Kiedy dotarłyśmy na miejsce dziewczyny już zdążyły się usadowić wokół kominka. Wlokąc za sobą Mary ruszyłam w ich stronę, a później usiadłam na sofie pomiędzy Remusem i Syriuszem.
– Komu ukradłaś kota? – spytał Black, patrząc na mnie oskarżycielsko.
– Nikomu, jest mój – warknęłam, pozwalając Rosie wspiąć się na moje ramie, skąd bacznie przyglądała się Gryfonowi.
– Jasne – mruknął chłopak, wpatrując się w kotkę. 
– Jak Wam się podobał prezent? – podłapał rozmowę James, który patrzył na mnie znacząco. Spojrzałam na niego płochliwie i starając się udawać wyluzowaną uśmiechnęłam się.
– Koszulki są świetne. Czyj był to pomysł?
– Lunatyka, oczywiście – mruknął Syriusz, starając się odgonić od siebie Rosie, która próbowała wdrapać mu się na czubek głowy. – Czy możesz go zabrać?!
– Ją – poprawiła go Alicja, śmiejąc się głośno.
– Nie – zachichotałam. – W końcu ktoś pokaże ci gdzie jest twoje miejsce – mruknęłam, a Mary odwróciła wzrok i w akompaniamencie śmiechów westchnęła smutno.

Ostatnie dni grudnia mijały szybko i radośnie, a święta jeszcze nigdy nie wydawały mi się takie ciepłe. Nawet pomimo tego, że trzy czwarte czasu chodziłam owinięta grubym, bordowym kocem, który jeszcze bardziej podkreślał płomienne loki na mojej głowie, ale wtedy to po prostu straciło znaczenie. Kiedy do zamku wróciły Clarie i Dorcas, która paradowała w swojej nowej koszuli w kratę z karykaturami jej ulubionego mugolskiego zespołu, czyli jak głosiły krzyki postaci, The Rolling Stones, okazało się, że po raz pierwszy wszystko wydawało się być na swoim miejscu. Wszyscy byli szczęśliwi i wszyscy byliśmy razem. Codziennie spędzaliśmy ze sobą cały wolny czas i nareszcie mogłam sama przed sobą przyznać, że od zawsze mi tego brakowało. W końcu nadszedł trzydziesty pierwszy grudnia, a wraz z nim długo wyczekiwana impreza sylwestrowa Huncwotów. Miałam wrażenie, że podekscytowanie wręcz unosiło się w powietrzu, chociaż nawet połowa Hogwartu nie była w stanie wiedzieć o tym, co miało się wkrótce wydarzyć. 
Obudziła mnie Rosie, która odkąd tylko się pojawiła zdążyła wyrządzić więcej szkód niż rozszalały niuchacz. Ciągle wyciągała wszystko na środek, drapała i gryzła, a rano skakała po wszystkich łóżkach i ciągnęła nas za włosy. Codziennie siadałam na łóżku i z mordem w oczach patrzyłam na pozostałe Gryfonki, a jednak tylko Mary uśmiechała się przepraszająco. Dorcas o dziwo uwielbiała nową współlokatorkę i dopingowała ją w niszczeniu naszych rzeczy.
– Tak jest mała! Dawaj, dawaj, jeszcze tylko te skarpetki i wszystkie pary będą miały dziurawe!
Przysięgam, gdybym nie opanowała tak dobrze domowych zaklęć, nie miałabym żadnej pary bielizny zdatnej do użytku. 
A więc jak już mówiłam, tego ranka Rosie jak zwykle w zamiarze miała wyrwać mi wszystkie kosmyki rudych włosów. Kiedy zaplątała się w nich pazurkami myślałam, że zaraz rozerwę coś na strzępy. Powoli wyplątałam ją i położyłam jak najdalej od siebie, co wcale kotki nie przejęło – wręcz przeciwnie, rozochocona zsunęła się na podłogę i ruszyła w poszukiwaniu jakiejś zagubionej pary skarpetek. Zmęczona i zła ruszyłam w stronę łazienki, a potem przez pół godziny rozczesywałam poplątane włosy, a w tym samym czasie ten mały złoczyńca zdążył już obudzić resztę pokoju, tłukąc figurkę lwa należącą do Alicji ("i dobrze im tak" mruknęłam pod nosem słysząc przekleństwa dochodzące zza drzwi). 
– Lilka, zabierz tego kota – jęknęła dziewczyna, próbując pozbierać odłamki prezentu.
– Jest taki kochaaany, słodziaszek, czyż nie jest urocze to stworzonko? – pisnęłam z łazienki, próbują naśladować rozochocony głos Gryfonki, na co ta prychnęła głośno. – No co, już nie jest taka cudowna?
– Jest – zawołała Dorcas zaglądając do łazienki i puszczając mi w powietrzu całusa.
– Znacie jakieś dobre miejsce, żeby ją zamknąć? – mruknęłam, przewracając oczami i odkładając szczotkę na miejsce. – Jeżeli znowu ją zostawimy samą...
– A może Pokój Wspólny? – zaproponowała Mary, ścieląc łóżko.
– Chcesz dostać szlaban? – jęknęła Alicja, wlokąc się w stronę łazienki, kiedy oparłam się o swoje łóżko.
– Wrzućmy ją do pokoju chłopaków – zaproponowała Dorcas, piłując czarne paznokcie i z zainteresowaniem przyglądając się jak Rosie wdrapuje się na bordową zasłonę przy jej łóżku.
– Kuszące – mruknęłam, podchodząc i łapiąc kotkę. – Trudno, pójdzie z nami.
– Chcesz żeby narobiła rabanu w Wielkiej Sali? – spytała Alicja, wskazując na zwierzaka szczoteczką do zębów i patrząc na mnie sceptycznie.
– Zwalimy na Huncwotów – mruknęłam wzruszając ramionami a Dorcas zachichotała cicho.
Kiedy zjawiłyśmy się w Pokoju Wspólnym wszyscy patrzyli na nas z dość dużym zainteresowaniem. Mogło to być spowodowane piszczącą Rosie, która próbowała ugryźć mnie w palec, oraz koszulką Dorcas, na której jeden członek zespołu właśnie wykłócał się z resztą używając określeń występujących pod przydziałem „niestosowne”. W pewnym momencie para pierwszoklasistek oburzona popatrzyła się na mnie, a ja z westchnieniem wzruszyłam ramionami.
– Od dzisiaj to Twój problem – mruknęłam do Mary, która niezrażona torowała sobie drogę przez pomieszczenie.
– Hej, idziecie na śniadanie?
– Nie, my już po – mruknął zadowolony Syriusz, który rozłożył się na kanapie, przeganiając przy okazji chichoczące trzecioklasistki.
– To super się składa – zawołałam i z mściwym uśmieszkiem ruszyłam w jego kierunku. – Przypilnujecie jej.
– Tego diabła? – jęknął Syriusz, odchylając się w drugą stronę.
– Sam jesteś diabeł – mruknęła oburzona Dorcas.
– Rosie, przynieś mamusi powód do dumy i nie daj im się – zaświergotałam, puszczając zwierzaka na sofę i mogłabym przysiąść, że po raz pierwszy kotka spojrzała na mnie z zainteresowaniem, a potem pobiegła w stronę Huncwotów.
– Może jednak coś z niej będzie – zaśmiała się Alicja, kiedy przechodząc pod portretem usłyszałyśmy głośny krzyk Blacka.
Śniadanie dawno nie mijało nam w tak wyśmienitych humorach, podobnie jak reszta dnia, gdy po powrocie zastałyśmy Syriusza w stanie załamania nerwowego. Z uśmiechem rzuciłam się na jego miejsce i obserwowałam jak próbuje wytłumaczyć kotce, że jego włosy to nie zabawka, oczywiście nadaremnie. Po chwili obok mnie usiadł Lupin, który obdarzył mnie wesołym uśmiechem, kiedy ścisnęłam mocniej jego rękę. Nawet Peter śmiał się z przyjaciela i gdyby nie dosyć ponury humor Mary, w Pokoju Wspólnym nie byłoby osoby, która odbiegałaby od ogólnego opisu „roześmiani i wyluzowani”. Dopiero popołudniem uświadomiłam sobie, że ostatnio praktycznie nie miałam czasu na użalanie się nad sobą i może to właśnie dlatego tętniłam dobrym humorem? Kiedy dziewczyny zniknęły w dormitorium a ja kontynuowałam zastanawianie się co na siebie włożę, do głowy przyszło mi, iż nawet nie wyobrażałam sobie ile może się zmienić w tak krótkim czasie. Gdyby pół roku temu ktoś powiedział mi, że w końcu dopuszczę do siebie wszystkie te osoby, że pozwolę komukolwiek więcej zbliżyć się do siebie, pewnie bym go wyśmiała. Sama myśl, że planuję spędzić tego sylwestra z Huncwotami była już sama w sobie śmieszna, a co dopiero fakt, iż naprawdę zaczęłam uznawać Lupina za przyjaciela, a obecność Syriusza i Jamesa nie była już dla mnie taką zmorą. Co do samego Jamesa, wciąż przetwarzałam w głowie sytuację, która wywiązała się tego feralnego wieczoru w Hogsmeade i powoli dochodziłam do wniosku, że przez długi okres czasu źle go oceniałam. Zmienił się i widziałam to każdego dnia, w którym śmiał się i rozrabiał, a ja siedziałam na sofie i w otoczeniu książek uświadamiałam sobie jak bardzo zadufana w sobie potrafiłam być. Nawet teraz, leżąc zatopiona w poduszkach i głaskając przysypiającą Rosie, która po raz pierwszy zmęczyła się tak bardzo dokuczaniu komukolwiek, nie mogłam przestać myśleć o tym, że pamiętałam go całkiem innego, a ten nowy, dziwny, zmieniony James w ogóle nie odpowiadał moim wyobrażeniom.
– Starzejesz się – mruknęłam do siebie, a Rosie podniosła łebek z moich kolan i spojrzała na mnie uważnie. – Tak, moja droga, to już ten czas. Głupota uderza do głowy – mruknęłam i powoli zaczęłam zbierać swoje rzeczy.
Punkt dziewiętnasta ruszyłam w stronę sypialni, wciąż nie mogąc się zdecydować co na siebie ubiorę. Kiedy stanęłam w drzwiach nie tylko moja torba upadła na ziemię, zrobiła to też moja szczęka, patrząc na stan, w jakim znajdowało się nasze dormitorium. Rosie korzystając z mojego roztargnienia wygramoliła się na ziemię i z radością ruszyła w poszukiwaniu jakiejś jaskrawej pary kabaretek.
– Czy was pogięło – jęknęłam, spoglądając na Alicję i Dorcas, które właśnie sprzeczały się o parę czerwonych baletek.
– Lily, to jest impreza roku. Organizowana przez Huncwotów. WSZYSCY tam będą, a mówiąc WSZYSCY mam na myśli WSZYSTKICH włącznie z panem Nathiasem McRonnerem – zawołała Dorcas, przeciągając nazwisko chłopaka.
– I co z nim? – mruknęłam, podnosząc z ziemi czyste koszulki, które zsunęły się z wieszaków.
– Co z nim? Widziałam te maślane oczka, myślisz, że mnie oszukasz?
– Jakie znowu maślane oczka – jęknęłam, odwracając się w stronę dziewczyn, a Mary, która właśnie wyszła z łazienki ledwo zdusiła śmiech.
– Jakie znowu maślane oczka – przedrzeźniła mnie Meadowes. – Nie mów, że ci się nie spodobał.
– Był przystojny – zaczęłam, a Gryfonka krzyknęła zwycięsko – ale tylko przystojny.
– I nic więcej?
– Nic.
– Jasne – prychnęła. – Ale to dobrze, więcej dla mnie.
– Wiesz już w czym idziesz? – spytała mnie Mary, która ze śmiechem usiadła na swoim łóżku. Włosy zakręciła na wielkich wałkach i spięła poskręcaną, granatową chustką, robiąc z niej coś na wzór potężnej opaski, której kolor w jakiś dziwny sposób podkreślał jej szaro–zielone oczy, wyciągając z nich ciemniejsze plamki. Na sobie miała wciąż te same wytarte dżinsy i koszulkę z postaciami z kreskówek, ale w rękach miętosiła kolorowy podkoszulek.
– Nie mam pojęcia. Myślałam może, żeby pożyczyć od ciebie te spodnie z dziurami…
– Lily, czy ty dobrze się czujesz? Chcesz dobrze wyglądać?!
– Spadaj – zaśmiałam się, rzucając w Dorcas parą fioletowych podkolanówek, które nosiła w czwartej klasie. – Myślałam po prostu żeby założyć koszulę w kratę, a żadne z moich spodni do niej nie pasują…
– Jestem z ciebie dumna, w końcu cię czegoś nauczyłam – zawołała niebieskooka, przyciągając mnie do swojej klatki piersiowej i podduszając burzą czarnych loków. – Ja, Dorcas Meadowes zrealizowałam swój życiowy cel pomocy takim biednym, niedorozwiniętym dzieciom, jak ty, Lily Evans.
– Och zamknij się już – jęknęłam, wyrywając się jej, na co ta zaśmiała się perliście.
– Lilka, gdzie schowałaś ten głupi koszyk, bo zaraz jej coś zrobię – zawołała płaczliwym głosem Alicja, a kiedy spojrzałyśmy na nią zdzwione parsknęłam głośnym śmiechem, widząc jak próbuje wyrwać kotce parę czarnych, błyszczących getrów.
– Dobrze ci tak – zaśmiałam się i ruszyłam w stronę łazienki. 


Jeszcze nigdy nie byłam tak pewna, że wrócę. Za każdym razem, kiedy do głowy przychodziła mi ta głupia myśl, że tak dawno mnie tu nie było, od razu obiecywałam sobie, że zaraz się to zmieni.

To było ciężkie. Pisanie tego rozdziału, zmuszanie się do nauki kiedy najchętniej posiedziałabym przy biurku i po prostu popisała. Ale udało mi się, udało, i jak nigdy jestem z tego dumna.
Dodaję ten rozdział, chociaż zdaję sobie sprawę, iż nie jest on najwyższych lotów. Wiem, że stać mnie na więcej, ale na daną chwilę więcej z siebie dać nie mogę - szkoła. To cholerstwo zabiera cały mój czas i wszystkie siły, tak, że nawet jeśli znajdzie się wolna chwila na pisanie ja po postu... idę spać.
To po prostu przykre i szkoda mi, że tak to się odbywa. Męką było dla mnie pisanie tego wszystkiego na przysłowiowe raty, a potem sklejanie tego w jednolitą całość. Dopiero kiedy tydzień temu poświęciłam cały weekend jedynie na pisanie, nagle okazało się, że - no cóż - rozdział ma ponad 30 stron. Więc po raz pierwszy musiałam podzielić go na dwie części. Wow, prawda?
Nie obiecuję, że druga część ukaże się za dwa tygodnie. Może za trzy, ale wciąż muszę to wszystko jakoś solidnie zakończyć, a do tego potrzebuję kolejnego wolnego weekendu. Zobaczymy, na pewno napiszę na tym o tutaj, więc możecie być pewni, że nie zniknę. Nie zamierzam!
Dlatego nawet jeżeli to coś powyżej przypomina bardziej niedosmażonego nalaśnika niżeli super-wypasione ciasto, to macie się nim rozkoszować!
I dziękuję za każde wejście, za to, że pomimo, że nie działo się tu nic przez półtora miesiąca, dziennie pojawiało się 50 wyświetleń. Dziękuję za 200 komentarzy(!), za miłe słowa otuchy i zapytania kiedy wrócę. Dziękuję za 7 miesięcy razem.
Mam nadzieję, że Was tym rozdziałem nie zawiodłam, mogę tylko obiecać, że druga część jest o wiele ciekawsze ;)
Dziękuję, za przekonanie mnie, że to jest ta rzecz, którą chce dalej robić.
Do napisania!