piątek, 25 lipca 2014

9. Stąpać po niebie


Kochana Mamo!
Przepraszam, że odpisuję dopiero teraz. Ostatnio miałam naprawdę wiele spraw na głowie i chociaż wciąż jest ciężko, powoli nadrabiam zaległości. Ze mną wszystko w porządku, czuję się całkowicie zdrowa i pełna sił, nie musicie się już tyle martwić. Po raz kolejny też proszę Cię, żebyście ponownie przemyśleli sprawę przyjęcia pomocy od Związku Rodzin Mugolskich. Myśl o tym, że mogłoby Wam się coś stać nie daje mi spać po nocach (i nie waż się odpisywać, że przesadzam, Mamo! W świecie czarodziejów robi się coraz niebezpieczniej i o wiele lepiej czułabym się z myślą, że jesteście pod stałą ochroną).
Dziękuję za sukienkę. Jest piękna i po raz pierwszy się przydała. Dwa dni temu odbyło się przyjęcie haloweenowe u profesora Slughorna, na którym poznałam wiele ciekawych osób, ale o tym opowiem Ci kiedy indziej. Piszę by powiadomić Cię, że w tym roku na święta zostaję w Hogwarcie. Chciałabym spędzić trochę czasu ze znajomymi, mam nadzieję, że nie sprawi to Wam kłopotu?

Westchnęłam ze zrezygnowaniem i przeczytałam wszystko od nowa.
– Napisz, że ją pozdrawiam – zawołała Mary, siadając obok mnie.

Masz pozdrowienia od Mary! Nie mogę się doczekać Twojej reakcji na prezent gwiazdkowy! Napiszę wkrótce,
Twoja, Lily

– Beznadzieja – jęknęłam, zwijając list. – Mam pustkę w głowie, kompletnie nie wiem co jej napisać.
– Prawdę – zaśmiała się szatynka.
– Mamo, zostaję w Hogwarcie żeby pośledzić chłopaków, bo coś mi tu nie gra. Aha, no i akurat na przerwie świątecznej organizują superbalangę, w której koniecznie chce wziąć udział. No, hm, to by było na tyle.
– I problem z głowy!
– A idź ty – zawołałam, rzucając w nią poduszką, na co Gryfona odskoczyła ze śmiechem.
– Muszę lecieć, zaraz zaczyna się dyżur.
– Wiesz, że nie musisz tego robić – mruknęłam zmieszana, obserwując jak Mary ubiera się w gruby sweter. Listopad przyniósł ze sobą pokłady lodowatego wiatru, który przenikał przez stare mury zamku, sprawiając udrękę wszystkim, włącznie z uroczą kotką Filtcha.
– Wiem też, że jest zimno, i że wczoraj padał deszcz – wyliczała, poprawiając włosy – a tobie przyda się troszkę odpoczynku. Okej?
– Okej.
– Okej? – spytała po raz kolejny, przeciągając wyraz.
– OKEJ.
– Super. To do zobaczenia! – Przyglądałam się, jak rozochocona wybiega przez dziurę pod portretem uśmiechając się sama do siebie. Znałam przyczynę jej nagłego zamiłowania do patrolowania korytarzy, rozmawiałam z nią nawet na dzisiejszej lekcji starożytnych runów. Chyba jedyny znany mi plus całej tej pętliczkowej sytuacji.
– Hej. – Odwróciłam się w drugą stronę i spojrzałam na uśmiechniętą Dorcas. – Co tam porabiasz?
– Ah, no wiesz. Nic ciekawego – mruknęłam, opuszczając się nisko w fotelu. Brunetka przyglądała mi się ze zmarszczonymi brwiami, bawiąc się zapięciem od bluzy.
– Lily… Wiem, że to nie moja sprawa, ale widziałam… Widziałam jak patrzyłaś na Snape’a podczas przyjęcia i…
– Masz rację, to nie twoja sprawa – przerwałam jej, wpatrując się tępo w kominek
– Lily… Zrozum, po prostu martwię się, że...
– Więc tego nie rób. Ze mną wszystko okej.
– Wiem, że może ci być trudno – mruknęła, ingorując moją usilną próbę ucięcia tematu – każdy ma do tego prawo. Ale minęło już tyle czasu...
– Przepraszam cię, ale muszę coś jeszcze załatwić – przerwałam po raz kolejny, wstając i natychmiast ruszając w stronę potretu Grubej Damy. Głucha na jej nawoływania przeskoczyłam przez przejście i jak oparzona wyleciałam na korytarz.
– Hej, spokojnie! – zawołała kobieta, zamykając za sobą wnękę, jednak ja już gnałam w dół korytarza. Dopiero za rogiem zwolniłam i oparłam się głową o zimną ścianę. Nie chciałam na ten temat rozmawiać, nie chciałam nawet o tym myśleć. Wciąż i wciąż widziałam w snach piorunujące spojrzenie starego przyjaciela, które przeszywało mnie na wskroś. Choć nie wierzyłam w to, że naprawdę tak myślę, tęskniłam za nim. Za czasami, w których czułam się bezpieczna, kiedy miałam w nim oparcie zawsze gdy tego potrzebowałam.
– Dasz sobie radę – szeptałam cicho sama do siebie, obejmując dłońmi przemarznięte ramiona. Po chwili ruszyłam w tylko sobie znanym kierunku, próbując znaleźć jakieś ciekawe miejsce, w którym mogłabym trochę posiedzieć. Nie miałam ochoty wracać do Wieży. Nie miałam ochoty również iść do biblioteki, ani innego znanego mi miejsca, więc wkrótce znudzona spacerem i drżąca w zimnych podmuchach wiatru przysiadłam na kamiennym podeście pod pomnikiem Odyna Wspaniałego.  Wpatrywałam się w tył posągu przedstawiającego pulchnego czarodzieja w za krótkiej tiarze i bawiąc się zapięciem od naszyjnika myślałam nad słowami Dorcas. To nie była jej sprawa i w żadnym wypadku nie powinna się do tego mieszać. Przecież nie chciała nic złego, po prostu się spytała… Nie, nie, nie. To moje życie i moje decyzje. Zagryzłam wargę i zmarszczyłam brwi. Nagle straciłam ochotę na święta w zamku. Chciałam po prostu się od tego odsunąć. Oczami wyobraźni widziałam już przystrojony dom, mamę w jej łososiowej sukience i tatę siedzącego przy kominku. A może gdyby dobrze poszło to przez przypadek zostawiłabym pewien łańcuszek całkiem bezpieczny w szufladzie przy biurku...
Moje przemyślenia przerwał odgłos rozmowy. Przerażona wstrzymałam oddech, słysząc znajome głosy.
– Naprawdę próbowałam – mruknęła ponuro Dorcas.
– I nic?
– Nawet więcej niż nic, po prostu wybiegła z Pokoju Wspólnego, po drodze prawie taranując jakiś pierwszoklasistów.
– Widzisz? Mówiłam – szepnęła Mary. Poczułam jak moje serce się zatrzymuje.
– No nie wiem…
– Remusie, musimy coś zrobić! Nie będę dłużej przymykać oczu na to co robi! Czy tylko ja widzę, że jeszcze trochę i nie pozostanie nic z dawnej Lily? To nie ty sypiasz z nią w sypialni… Każdej nocy budzi się z płaczem, krzyczy przez sen. To nie jest normalne.
– Mary…
– Jestem z nią! Zawszę będę, rozumiesz? Ale nie mogę dłużej patrzeć na to jak niszczy samą siebie…
Głosy powoli cichły, jednak ja pozostawałam nieruchoma jeszcze przez długi czas. Kiedy w końcu odważyłam się wstać, mięśnie odmawiały mi posłuszeństwa. Byłam przemarznięta do szpiku kości, jednak pierwszy raz nie zwracałam uwagi na to co się ze mną dzieje. Szłam powoli w stronę wieży Gryffindoru starając się uniknąć nauczycieli patrolujących korytarze i myślałam o tym, co usłyszałam. Słowa Mary boleśnie wbijały się w moje ciało. Raniły gorzej niż zaklęcia niewybaczalne. Poczułam się oszukana. Była moją przyjaciółką, osobą, która najlepiej powinna rozumieć co się ze mną dzieje. Czułam się tak, jakby wszystko co powiedziała było jednym wielkim oszustwem. Przecież mówiła mi, że wszystko będzie okej, że jakoś z tego wyjdziemy. Razem. Że będzie ze mną cokolwiek by się nie działo, i że to ja zdecyduję kiedy będę gotowa odpuścić. Kiedy będę gotowa zapomnieć o tym co było i przyjąć to co jest. Prawda była taka, że wcale nie chciałam tego robić. Nie chciałam pozwolić wszystkiemu się zmienić. Nic nie było  już takie jak kiedyś i żadne słowa Mary nie mogły tego upiększyć. Widziałam to co się działo chyba najlepiej spośród nich wszystkich i wcale nie napawało mnie to optymizmem. To było to, przed czym broniłam się cały rok, z czego razem z Mary jeszcze na początku piątej klasy tak się naśmiewałyśmy. A teraz to ci, którym nie pozwalałam się do siebie zbliżyć mieli być moimi przyjaciółmi?
Czułam się zdradzona. Jeżeli coś było nie tak to to właśnie ona powinna być tą, która mi o tym powie, tą, która będzie chciała temu zaradzić. To, że inni też o tym wiedzieli było dla mnie jak bolesne uderzenie w twarz. Czemu to zrobiła?
Nie wiem kiedy minęłam portret Grubej Damy i przeszłam przez wypełniony wrzaskami Pokój Wspólny. Powoli skierowałam się w stronę sypialni, a każdy kolejny schodek, który pokonywałam, był dla mnie jak kamień milowy. Słyszałam za sobą śmiechy i krzyki, a gdzieś między tym głośne „Lily!”, jednak nie zatrzymałam się. Szłam dopóki nie znalazłam się w środku, a kiedy to nastąpiło natychmiast skierowałam się w stronę łóżka.
– Poczekaj! Wszystko w porządku? – W chwili, w której zaciągałam zasłony, do pokoju wpadły zdyszane Mary, Alicja i Dorcas. Czując, jak przelewa się przeze mnie gorycz zacisnęłam palce na różdżce i dotykając kolumienki łóżka szepnęłam ciche „clausus”. Przez chwilę miałam wrażenie, jakbym zanurzyła się pod wodę. Wszystkie dźwięki nagle przerodziły się w ciche dudnienie dochodzące zza kotar tak ciężkich, że odsunięcie ich wydawało się niemożliwe. Powoli opadłam na poduszki i zakryłam twarz dłońmi. 
Wszyscy wiedzieli. Pewnie stworzyli nawet Klub Pomocy Lily. Miałam ochotę zwymiotować. Do oczu napłynęły mi słone łzy, jednak nie powstrzymywałam ich. Chciałam, żeby płynęły, bo może zabrałyby ze sobą choć trochę bólu. Czułam się beznadziejnie naiwna. Jak mogłam wierzyć, że będę w stanie załatwić swoje sprawy sama. Cały mój gniew powoli przeradzał się we wściekłość, którą kierowałam prosto w stronę Gryfonów. Nie obchodziło mnie to, że się martwią, albo to, że może naprawdę robiłam coś głupiego. Jedyne o czym byłam w stanie myśleć to to, że o ile na początku byłam po prostu zła o to, że inni rozmawiają o mnie po kątach, teraz miałam ochotę wykrzyczeć im w twarz, że to wszystko to nie ich zasrany interes. Zachowywali się jakbym była szklaną kulą, której nie można pozwolić samej się toczyć, bo się stłucze. Zacisnęłam pięści i przycisnęłam twarz do poduszki, tym samym tłumiąc krzyk bezradności.
Tej nocy Mary nie została przeze mnie brutalnie obudzona, zaklęcie zatrzymywało wszystkie dźwięki wewnątrz. Nie znaczy to, że cokolwiek się zmieniło. Było chyba nawet jeszcze gorzej. Budziłam się co kilkadziesiąt minut, zalana łzami i mokra od potu, drżąca i zimna jak lód. Raz biegłam po błoniach, próbując dogonić roześmianych Gryfonów, dopóki nie zdałam sobie sprawy, że oni nie chcą być dogonieni. Wtedy sceneria uległa całkowitej zmianie i to oni gonili mnie. Biegłam po Zakazanym Lesie ledwo widząc co znajduje się dwa metry wprzód, aż w końcu wpadłam do dołu głębokiego na trzy jardy, wypełnionego gnijącymi zwłokami mugoli. Nie wiem czy bardziej byłam przerażona snem, czy wrzaskiem, jaki wyrwał się z mojego gardła i trwał dopóki nie uświadomiłam sobie, że to ja krzyczę. Kolejnym razem wędrowałam pustymi korytarzami, całymi tygodniami nie napotykając na swojej drodze nikogo. Kiedy budziłam się miałam wrażenie, że wszędzie widzę obserwujących mnie ludzi, a gdy po raz kolejny udawało mi się zapaść w sen, był bardziej niespokojny od poprzednich, wypełniony wyciem wilków, ponurym światłem księżyca, spadającymi księgami, skrzypiącą podłogą i postaciami, które znikały w chwili, kiedy udało mi się dostrzec ich zarys. Jednak w każdym z nich dostrzegałam wpatrzone we mnie czarne oczy pewnego Śliznona. Chyba nigdy nie powitałam nadejścia świtu z taką ulgą.
Długo leżałam wpatrując się w baldachim swojego łóżka. Szeptem zdjęłam zaklęcie blokujące i wsłuchałam się w miarowe oddechy Gryfonek. Miałam aż za dużo czasu, żeby wszystko przemyśleć. Powoli podniosłam się z łóżka i cicho ruszyłam w stronę łazienki. Skóra lepiła mi się od potu. Zamknęłam za sobą mahoniowe drzwi i spojrzałam w swoje odbicie. Wyglądałam strasznie. Zaczerwienione, podpuchnięte oczy, rozgrzane policzki i skołtunione włosy związane w powyciąganym kucyku. Z jękiem zdjęłam z siebie przepocone ubranie i powoli weszłam do wanny. Nie wiem ile to trwało, ale kiedy w końcu wróciłam do zalanego słońcem dormitorium dziewczyny śmiały się w najlepsze. Widząc mnie wszystkie ucichły.
– A co to, jakieś tabu? Lily nie wolno wiedzieć z czego się śmiejecie? – spytałam, ruszając w stronę łóżka.
– Nie po prostu... Jak się czujesz? – spytała Dorcas. Wpatrywałam się w swoje drżące dłonie, kiedy szukałam czystej bielizny, zastanawiając się nad odpowiedzią.
– Dobrze. Lepiej. Miałam wczoraj gorszy dzień, ale już okej. Potrzebowałam pobyć sama. – Odwróciłam się w ich stronę i powoli uśmiechnęłam.
– To dobrze – zawołała Alicja, wypuszczając powietrze z ust i powracając do zakładania spodni.
– Merlinie, przecież masz już rajstopy, po co ci jeszcze dżinsy?
– Okej? – spytała szeptem Mary, przysiadając na moim łóżku. Przypatrywałam się kłócącym współlokatorkom jednocześnie zakładając gruby sweter.
– Tak – mruknęłam po raz pierwszy spoglądając w jej szare oczy.
– Tak – powtórzyła, szukając czegoś w moim spojrzeniu. Po chwili i ona się uśmiechnęła.

– Nie, znowu robisz to źle. Spójrz – jęknęłam, podnosząc własną różdżkę. – Przechylasz ją pod kątem prostym, de–, dobrze, a teraz strzepujesz, –fodio! Okej, spróbuj jeszcze raz.
Peter zacisnął usta i wpatrzył się w kamień leżący na stoliku w Pokoju Wspólnym.
– Defodio! – krzyknął, a przedmiot rozpadł się na trzy duże kawałki.
– Brawo! Całkiem nieźle – zawołałam, śmiejąc się. – Jeszcze trochę ćwiczeń i uda ci się to zaliczyć.
– Dziękuję, Lily, jesteś po prostu wielka! – krzyknął chłopak, podskakując wysoko, a Gryfoni wybuchli gromkim śmiechem. Westchnęłam i uśmiechnięta podniosłam się z miejsca.
– Glizdku... Gdzie są wszyscy?
– Hm? – spytał, chłopak, który zdążył już wrzucić do buzi dwa kociołkowate pieguski.
– Nie ważne – szepnęłam, odchodząc. Byłam zaniepokojona nieobecnością znajomych, którzy zniknęli na cały ten piątkowy wieczór. Przysiadłam przy ostatnim oknie na prawo, powoli przetwarzając w głowie ostatnie tygodnie. Wszystko miało się coraz lepiej, byłam w stanie zaakceptować nawet obecność Huncwotów, co dla Mary było wyczynem niepojętym. Przyglądałam się swojemu odbiciu i srebrnemu łańcuszkowi na mojej szyi. Miałam wrażenie, że Severus całkiem zapadł się pod ziemię, co było miłą odmianą. Od dawna już zastanawiałam się nad własnymi odczuciami i starając się ignorować zatroskane spojrzenie szatynki często przesiadywałam przed lustrem, wpatrzona w zielony kamyczek, tak samo jak dziś. Pomimo zmęczenia nie miałam ochoty iść spać, wręcz przeciwnie. Czułam się tak, jakbym i tak miała nie usnąć.
– Lily? – Przestraszona obróciłam się i spojrzałam w szare tęczówki mojej przyjaciółki. Uśmiechała się delikatnie w moją stronę. – Chciałabym, żebyś teraz ze mną poszła.
Widząc moją pytającą minę dziewczyna zacisnęła usta i pokiwała głową.
– Niech ci będzie – jęknęłam, zeskakując z parapetu, na co Macdonald złapała mnie za rękę i pociągnęła w stronę wyjścia z wieży.
– Zamknij oczy.
Szłyśmy w ciszy, powoli oddalając się od odgłosu śmiechów. Kiedy w końcu Mary przystanęła spróbowałam rozchylić powieki.
– Hej! Jeszcze nie.
– Ugh – jęknęłam, ale posłusznie zacisnęłam je z powrotem. Słyszałam kroki szatynki kiedy przechadzała się w tą i z powrotem. Po chwili dziewczyna przystanęła.
{czas na magię, wyobraź sobie co chcesz, zalecana dawka: gwałcić przycisk replay dopóki starczy Ci sił}
– Podejdź tutaj – szepnęła. Powoli wyciągnęłam rękę przed siebie i posłusznie zrobiłam krok. Poczułam jej zimne place wokół mojej dłoni, kiedy pociągnęła ją i położyła na drewnianej powierzchni. Pod naporem naszych rąk drzwi ustąpiły, nie wydając z siebie żadnego dźwięku. Ruszyłam do przodu powoli otwierając powieki.
W życiu nie widziałam czegoś tak... pięknego. Komnata wykonana była z białego marmuru, wysoka na kilka pięter. Przez mleczne szyby wpadało do środka mdłe światło zachodzącego słońca, zabarwiając znajdujący się w pomieszczeniu dym na różowo. Odwróciłam się w chwili, w której drzwi zamknęły się za sobą, natychmiast stapiając się z otoczeniem. Gdzie ja właściwie byłam?
– Mary? – wyjąkałam podchodząc do ściany. Wciąż widać było delikatny zarys ciężkich wrót, jednak nie sposób było znaleźć miejsca w którym odchodziłby od kamienia. Powoli spojrzałam za siebie i westchnęłam.
Ruszyłam w kierunku, jak mi się wydawało, środka pomieszczenia. Mgła znikała pod moimi stopami, rozstępowała się tuż przede mną i łączyła za mną. Rozglądałam się zaniepokojona, przemierzając komnatę. Z każdym moim krokiem wydłużała się, a później skracała, poszerzała i znów malała. Na białej podłodze wyryte były ornamentalne wzory, łącząc się w coś rodzaju wielkiego kwiatu, którego nie potrafiłam dostrzec. W końcu doszłam do niskiego podwyższenia, z którego zdawała się wypływać lepiąca mgła wypełniająca pomieszczenie. Na samym jej środku stała rzeźbiona, kamienna misa, wielkością przypominająca małego wieloryba. Powoli podeszłam jak najbliżej i wpatrzyłam się oniemiała w nieskazitelną taflę, w której widziałam siebie. Moje nieruchome ciało unosiło się kilka cali pod powierzchnią, całkowicie nieświadomie dryfując w oceanie wspomnień. Wirujące, czarne jak atrament wydarzenia wypełniały puste przestrzenie w naczyniu, sprawiając, że pomimo idealnie gładkiej tafli wody moje włosy drgały w przypływach fal. Spoglądałam w swoje szmaragdowe oczy oplecione woalem czerwieni i zastanawiałam się nad tym co chcę zrobić. Po raz ostatni spojrzałam przez ramię i powoli zanurzyłam twarz w wodzie.
W jednym momencie czułam pod stopami zimny kamień, a w drugim unosiłam się tuż pod powierzchnią, by w następnej sekundzie nagle zacząć gwałtownie opadać w głębię promieniującej światłem toni. Moje bezwładne ciało, ciągnięte w dół tysiącem niewidzialnych rąk, powoli znikało pod natłokiem wirujących twarzy, aż w końcu ogarnęła mnie ciemność. Rozglądnęłam się, uświadamiając sobie, że znów stoję. Jak się tu znalazłam? I dlaczego? Zaczęłam gorączkowo rozmyślać o Mary i jej zachowaniu, kiedy poprosiła mnie, bym za nią poszła, a kilka sekund później ciemność nagle rozmyły tysiące kolorów, układające się w tak dobrze znany mi krajobraz.
Mary siedziała na błoniach otulając się ramionami. Wpatrywała się w falującą taflę jeziora i uśmiechała delikatnie.
– Przepraszam, jeśli Cię wystraszyłam – wyszeptała, wciąż nie podnosząc wzroku.
– Gdzie jesteśmy? – spytałam drżącym głosem, przyglądając się jej twarzy. – To znaczy...
– Pewnie zastanawiasz się co to za miejsce. To bardzo trudne do wyjaśnienia. – Jej głos dźwięczał w moich uszach. Zmarszczyłam brwi nie rozumiejąc o co jej chodzi.
– Mary...
– Wiem, że byłaś zła. Widziałam to. Jaką przyjaciółką bym była, gdybym nie zauważyła tego, jak bardzo przeszkadzało ci moje spouchwalanie się z Huncwotami – dodała, spoglądając na swoje dłonie. – Ale oni mi tylko pomagali. W tym – rozłożyła ręce, a po chwili roześmiała się głośno. – Gdyby ktoś teraz mnie przyuważył pewnie pomyślałby, że oszalałam. Gadam sama do siebie. Ale wiem, że to zobaczysz, a to pozawala mi sobie wyobrazić ciebie stojącą na przeciwko. – Jej głos zadrżał, kiedy spojrzała przed siebie.
– Co to za miejsce? – spytałam, stając przed nią, świadoma, że i tak nie usłyszy mojego pytania. Świadoma odpowiedzi.
– Ta myślodsiewnia ma troszkę inne zasady. Sporo czasu zajęło nam z Lupinem odkrycie ich, ale mam nadzieję, że dobrze je wykorzystaliśmy. W każdym razie, jedyne co się w tym liczy, to to, co chcę ci dać. A chcę dać ci spokój. – Szarozielone tęczówki Mary patrzyły prosto w moje, a nawet dalej. Po chwili ciszy otoczenie zaczęło się rozmywać, pozostawiając jedynie jej uśmiechniętą twarz. W końcu i ona znikła, zamykając mnie w czarnej toni.
– Więc co mam robić? – krzyknęłam w nicość, niepewna tego, czy właśnie tak powinnam postąpić, jednak nie doczekałam się odpowiedzi. Przymknęłam więc oczy i zastanowiłam się co chciała osiągnąć Mary. Po chwili poczułam na swojej twarzy blask słońca. Niepewnie rozwarłam powieki i rozglądnęłam się wokoło. Znów znajdowałam się na błoniach, tym razem jednak w zupełnie innym miejscu. W oddali zobaczyłam siebie. Razem z Mary siedziałyśmy na pomoście, wyciągając rozradowane twarze ku słońcu. Towarzyszyły nam pozostałe Gryfonki z naszego rocznika, wspólnie rozprawiając o naszych odczuciach dotyczących sumów. Poczułam, jak coś przewraca mi się w żołądku. Pamiętałam ten dzień, nawet lepiej niż bym chciała.
– Obserwowałem go, rył nosem po pergaminie. Na pewno tak go poplamił, że nie będą mogli odczytać ani słowa.
Słysząc salwy śmiechu zacisnęłam powieki. Po kilku sekundach ruszyłam w kierunku, z którego dochodziły głośne przekleństwa Severusa.
– Jeszcze zobaczymy... Tylko... Poczekajcie... – dyszał, spoglądając z nienawiścią na Gryfonów. Stanęłam przed Syriuszem i spojrzałam na ich twarze. James uśmiechał się drwiąco, a Black zmarszczył brwi.
– No co? – spytał chłodno. – Co zamierzasz zrobić, Smarku, wydmuchać sobie na nas nos?
 Kiedy obecni wybuchli śmiechem, Snape ryknął wściekły. Z jego ust wyleciał potok przekleństw i zaklęć. Spojrzałam w kierunku jeziora i ujrzałam swoje zielone oczy wpatrzone z niedowierzaniem w tą scenę.
– Furnunculus! Evanesco!
– Zamknij się – rzucił Potter, podchodząc do niego.
– AVADA KEDAVRA! – ryknął Ślizgon, wyrywając się, jednak wciąż nie mógł dosięgnąć swojej różdżki. Wpatrywałam się oniemiała w jego wykrzywioną wściekłością twarz nie mogąc uwierzyć w to co usłyszałam. W to co powiedział.
– Co tak brzydko? – szepnął Syriusz, zaciskając pięści.
– Przepłucz sobie usta – wycedził James, celując w niego różdżką. – Chłoszczyć.
Nie dochodziły do mnie śmiechy i krzyki. Kątem oka widziałam, jak wstaję i podchodzę do Gryfonów, widziałam miny chłopaków, którzy z nienawiścią wpatrywali się w Ślizgona, ale w tamtym momencie wszystko to zdawało się blaknąć.
– Co jest Evans? – zapytał James, odwracając się nagle.
– Zostawcie go – mój głos dźwięczał w moich uszach, kiedy wściekła próbowałam ich powstrzymać. Poczułam łzy gromadzące się w kącikach moich oczu. Przyglądałam się jak krzyczę, jak James obrywa zaklęciem, a potem podnosi Snape'a w powietrze. Przyglądałam się jego twarzy, kiedy wściekły wysyczał "szlama" i po raz pierwszy zrozumiałam, że nigdy bym tego nie zmieniła. Prędzej czy później powiedziałby to znowu, bo to było jego życie. Jego, ale nie moje.
– Świetnie – zapłakana spojrzałam na swoją twarz. Widziałam trzęsące się ręce, zaciśnięte pięści. Nawet wtedy broniłam go przed samą sobą. – W przyszłości nie będę sobie tobą zawracać głowy. I na twoim miejscu wyprałabym sobie gacie, Smarkerusie. – Wiedziałam, że bym mu wybaczyła, gdyby to stało się wcześniej. Jedynie wakacje, które oddzieliły mnie od niego, pozwoliły mi pogodzić się z myślą, że już nie będzie jak dawniej. Wiedziałam, że wystarczyłoby kilka dni bez niego, w których James dowalałby się do mnie, oznaczając teren wokoło jak kotka w rui, kilka dni, których miałabym dość, a jego ciepły głos mówiący jak bardzo żałuje byłby jedyną oporą.
– Targasz sobie włosy, żeby wyglądać tak, jakbyś dopiero zsiadł ze swojej miotły, popisujesz się tym głupim zniczem, chodzisz po korytarzach i miotasz zaklęcia na każdego, kto cię uraził, żeby pokazać co potrafisz... Dziwię się, że twoja miotła może w ogóle wystartować z tobą i z twoim wielkim napuszonym łbem. MDLI mnie na twój widok.
Poczułam, jak pochłania mnie niebo, przenosząc w całkiem inne miejsce. Zamknęłam oczy, czując jak robi mi się niedobrze, nigdy nie lubiłam wysokości.
– Masz w sobie wielką magiczną moc. Zauważyłem to. Przez cały czas jak cię obserwowałem robiłaś rzeczy, których większość młodziaków nie potrafi.
Otworzyłam oczy i spojrzałam na dziesięcioletniego Ślizgona, który zachłannie obserwował każdy mój ruch. Mała Lily bawiła się patykiem, pytając cicho o jego dom, na co reagował grymasem.
– Twój tata nie lubi magii? – spytałam, sprawiając, że wszystkie opadłe liście nagle uniosły się w powietrze.
– On niczego nie lubi – odpowiedział.
Wpatrywałam się w jego twarz, obserwowałam jak z uwielbieniem odpowiada na każde moje pytanie i pochłania mnie wzrokiem. Zacisnęłam usta, kiedy z pomiędzy krzaków wyłoniła się postać Petuni trafionej przez Snape'a gałęzią. Przyglądałam się jak wściekła ucieka, jak zrywam się i ja. Przyglądałam się jej w skupieniu, badając wyraz twarzy kiedy mówiła jak bardzo mnie nienawidzi i jak bardzo nie obchodzi ją to, że sama nie może jechać do Hogwartu, chociaż jej oczy mówił co innego. Obserwowałam, jak powoli tracę siostrę.
Po chwili znów byłam tylko ja i Severus, w ciemnych klasach, w zamkniętej łazience na drugim piętrze. Pierwszy raz zaczynałam rozumieć to, że od początku był inny niż myślałam.
W przypływie porywistego wiatru zniknął pusty korytarz, w którym codziennie spotykaliśmy się po kolacji by razem usiąść nad podręcznikiem do eliksirów, zmieniając się w opustoszały dziedziniec. Opadłe liście wirowały na tle brudnoszarego nieba, kiedy rudowłosa Gryfonka zawzięcie kłóciła się o coś z czarnowłosym Ślizgonem. Przysiadłam na schodkach, obserwując tę dwójkę, kiedy nagły ruch obok całkiem wyrwał mnie z przemyśleń. Czternastoletnia Alicja przyglądała się im, ukryta za starym gargulcem.
– Jesteśmy przyjaciółmi – jęknęłam, wzdychając głośno – ale nie lubię kilku typów, koło których wciąż się kręcisz! Wybacz mi, ale nie cierpię Avery'ego i Mulcibera! Mulciber! Co ty w nim widzisz, Sev? Jest odrażający! Nie wiesz, co próbował zrobić Mary Macdonald? – zawołałam, z ostatnim zdaniem patrząc na niego surowo. To był czas, w którym obie zbliżyłyśmy się do siebie, czego on absolutnie nie pochwalał. Nagle uświadomiłam sobie, że Severus nigdy za nią nie przepadał, wręcz przeciwnie. Był o nią szalenie zazdrosny. Nigdy nawet z nią nie porozmawiał.
– To nic takiego... Taki żart, nic więcej – próbował wykręcić się chłopak, na co Alicja cicho prychnęła. Uśmiechnęłam się delikatnie, przyglądając się jej długim włosom.
– To była czarna magia i jeśli uważasz, że to śmieszne...
– A co robi Potter i jego kumple? – spytał, rumieniąc się delikatnie. Przyglądałam się jego twarzy, która wyrażała jedynie złość.
– Co ma z tym wspólnego Potter? – spytała młoda Lily patrząc na niego zdziwiona.
– Wymykają się gdzieś w nocy. Ten Lupin jest jakiś dziwny. Jak myślisz, gdzie on wciąż znika?
– Lupin jest chory. Mówią, że choruje...
– Co miesiąc przy pełni księżyca?
– Wiem co myślisz – odparła chłodno Gryfonka. – Nie wiem tylko, dlaczego masz jakąś obsesję na ich punkcie. Dlaczego tak cię obchodzi, co oni robią nocami? – Pamiętałam ten okres. Okres w którym próbowałam pogodzić rozkwitającą znajomość z Mary z ciągłym tłumaczeniem się za Severusa. Bo przecież on nie chciał, bo on by czegoś takiego nie zrobił.
– Próbuję ci tylko wykazać, że wcale nie są tacy cudowni jak wszyscy uważają – wyszeptał, wpatrując się we mnie intensywnie.
– W każdym razie nie uprawiają czarnej magii – w końcu mruknęłam, ściszając głos. – A ty jesteś naprawdę niewdzięczny. Słyszałam, co się stało w nocy. Wlazłeś do tego tunelu pod Wierzbą Bijącą i James Potter uratował cię przed tym co kryło się na końcu... – Wspomnienia powracały do mnie z szybkością wyścigówki. Jesień tamtego roku była dziwną porą, obfitą w wydarzenia. Mówiło się, że pojawiło się więcej groźnych zwierząt w Zakazanym Lesie, a po wiosce rozeszły się wieści o nawiedzonej starej chacie. Już wtedy wiedziałam, że nie warto o zmierzchu zapuszczać się w tamte regiony, ale Severus nie dawał za wygraną, próbując mi udowodnić, że Gryfoni coś knują. James poszedł za nim i w ostatniej chwili wyciągnął go z legowiska jednej z bestii. Spojrzałam na starego przyjaciela, którego twarz wykrzywiona była w grymasie. Wyłączyłam się z rozmowy i rozmyślałam nad jego słowami. Jak myślisz, gdzie on wciąż znika? Chory? Co miesiąc, przy pełni księżyca?
Patrzyłam w jego czarne oczy próbując zrozumieć.
– Nie to chciałem powiedzieć... ja... – wyjąkał, kiedy moja młodsza wersja zdenerwowana zwężyła oczy. – Ja po prostu nie chcę, żebyś wyszła na głupią... on... ty mu wpadłaś w oko, James Potter dowala się do ciebie! – wykrzyknął, a jego policzki pokryły się purpurą. – A on wcale nie jest... Wszyscy myślą... Wielki mi bohater... czempion quidditcha... – słowa wypływały z jego ust z prędkością światła, jak gdyby gorycz i złość zawładnęły nim na tyle, by odebrać mu zdolność sklejenia jednego zdania.
 – Wiem, że James Potter jest zarozumiałym palantem. Ale Mulciber i Avery są po prostu źli, oni są źli, Sev. Nie rozumiem jak możesz się z nimi zadawać.
Przyglądałam się jak twarz chłopaka nagle przybiera rozradowanej miny. Chłopak całkiem przestał słuchać przyjaciółki, rad z tego, że potępia Jamesa. Poczułam się oszukana.
Odwróciłam się i spojrzałam na Alicję, która z zaciśniętymi ustami przypatrywała się całej tej scenie. W głowie słyszałam jej głos z przed miesiąca, kiedy wygarniała mi to, czego ja nie potrafiłam dostrzec.
Próbujesz znaleźć coś, żeby znów móc się czepiać Jamesa, kiedy to Snape jest winny! Próbujesz go usprawiedliwiać na każdym kroku, wszystko dyktujesz pod własne zachcianki! Zastanów się nad tym po której jesteś stronie, przyjaciół, czy jakiegoś oślizgłego kretyna, który manipulował tobą przez całą piątą klasę! Och i ani waż się zaprzeczać, musiałaś zauważyć jego nowych znajomych i dziwne zachowanie ale zwyczajnie go broniłaś! I dalej to robisz! Bronisz kogoś kto na to nie zasługuje!
Opadałam w dół, łapiąc się czyiś wyciągniętych dłoni, szlochając jak małe dziecko w akompaniamencie tysiąca krzyków. Widziałam miliony twarzy, setki postaci, a spośród nich wyłaniał się ten Snape, którego nigdy nie potrafiłam zauważyć. Nie chciałam zauważyć.
– Więc wracaj do swojej szlamowatej matki – syczał w stronę jakiejś przestraszonej Ślizgonki, która nie była w stanie dać mu takiej odpowiedzi jakiej chciał. – Kiedyś się policzymy, Potter – warczał, a w jego oczach płonął obłęd. Zacisnęłam powieki, zasłaniając twarz dłońmi.
– Błagam – szeptałam, ledwo mogąc zaczerpnąć powietrza. Krzyczałam dopóki nie zorientowałam się, że znów tonę w ciemności.
Po chwili wystrzeliłam w górę i chwiejąc się upadłam na... Dywan? Podniosłam się i rozejrzałam po Pokoju Wspólnym. Ze zmarszczonymi brwiami przyglądałam się ciemnym zasłonom, które spłonęły podczas piątego roku. To znaczy, że...
– Łap! – krzyknął James, przebiegając obok mnie i w pośpiechu rzucając Syriuszowi wielką księgę.
– Oddawać! – zawyłam, biegnąc za nimi, na co oboje zareagowali głośnym śmiechem.
– To jak Łapciu, oddamy?
– Nie ma nic za nic – zachichotał Syriusz, oglądając książkę.
– Black, oddawaj, bo przysięgam, że cię...
– Że mnie? – dokończył, wskakując na parapet, żeby uniknąć moich paznokci. – Mam dla ciebie prozpozycję. Książka za jedną, niewinną randkę z Rogasiem, co ty na to?
– Prędzej...
– Umrzesz – dokończyli Gryfoni, wywracając oczami.
– Oddawaj – syknęłam podchodząc do czarnookiego.
W następnej sekundzie wydarzyły się dwie rzeczy – rzuciłam się na Syriusza, a on w przypływie głupoty złapał się starych, drogocennych zasłon ręką w której trzymał różdżkę i z głośnym okrzykiem zwycięstwa poszybował w bok, przy okazji podpalając odrapowanie.
W jednej chwili ogniem zajęło się całe pomieszczenie. Krzyknęłam, cofając się i zaciskając powieki, a kiedy ponownie je otworzyłam, nie było śladu po ogniu. 
– Boję się o nią. – Musiało być już dobrze po północy, bowiem w Pokoju Wspólnym nie było nikogo oprócz ósemki dobrze mi znanych Gryfonów. – Musimy to zrobić – kontynuowała Mary – inaczej... Nie wiem ile to jeszcze potrwa, ale minęło już tyle czasu, a ona dalej sobie z tym nie poradziła...
– Wiesz – szepnęła Alicja, spoglądając smutno na moją przyjaciółkę – każdy ma prawo do cierpienia.
– Tak, ale to co się z nią dzieje... – jej głos zwiesił się z rozpaczą, wypełniony gorzkimi łzami.
– Więc zrobimy to o czym rozmawialiśmy – powiedział Lupin, łapiąc ją za drżącą dłoń.
Obraz rozmył się i ponownie ukształtował. Remus i Mary pochylali się nad jakimiś pergaminami w starej klasie od transmutacji.
– Nie – powiedziała, śmiejąc się – nie, nie, nie! To wygląda strasznie!
– Więc co chcesz zrobić? – powiedział Lupin, uśmiechając się do niej. Mary zacisnęła delikatnie usta, rumieniąc się, a ja poczułam, że robi mi się dziwnie gorąco.
– Zobaczysz.
Kolory zawirowały, zmieniając się w czerń, kształtując w pustą komnatę. Mary stała po środku, z przekrzywioną głową, wpatrując się w pustą misę na podwyższeniu. Remus zamknął za sobą drzwi i oniemiały rozglądnął się po pomieszczeniu. Powoli ruszył w jej stronę.
– To wygląda niesamowicie – szepnął, stając za nią. Dziewczyna wciągnęła cicho powietrze, kiedy poczuła jego dłoń na swojej ręce. Uśmiechnęłam się, czując jak po moich policzkach spływa jedna łza, kiedy delikatnie ułożył swoją głowę na jej ramieniu.
Mgła powoli wypełniała każdy najmniejszy kąt komnaty, pozwalając by wszystko znikło w białej toni.
– Proszę. – W jednej sekundzie potężny wiatr zdmuchnął dym, pozostawiając mnie w pustym korytarzu. Powoli odwróciłam się i spojrzałam na małą, rudowłosą dziewczynkę. – Wszystko w porządku?
– T–tak – wyjąkała.
– Chodź – szepnął James, wyciągając w jej kierunku rękę i podnosząc ją. – Kolano wyleczone, ale gdyby wciąż bolało idź do pani Pomfrey, okej?
Dziewczynka pokiwała głową i uśmiechnęła się odchodząc.
– Wygląda jak mała Lily. – Oboje odwróciliśmy się w stronę Syriusza, który nonszalancko oparty o kolumnę przyglądał się całej sytuacji.
– Lily to mała wredota – zaśmiał się okularnik, przeczesując włosy ręką. – W jej wieku pewnie krzyczała na przeszkadzających jej pierwszoroczniaków, a nie rozbijała kolana na Hogwarckich korytarzach.
Syriusz wzruszył ramionami.
– Kto ostatni w Wieży ten sierota! – krzyknął i ze śmiechem rzucił się w kierunku Pokoju Wspólnego, a razem z nim wszystkie kolory, pozostawiając za sobą tęczową smugę.
Stałam w ciszy i ciemności, a obok mnie przebiegali uśmiechnięci Huncwoci.
– Chodźcie, to zdążymy przed Slughornem!
– Trzeba było nie pomagać Pomfrey z tymi szafkami – jęknął Peter, przystając i przytrzymując się ściany.
– No wiesz co, Glizdku – spytał oburzony Syriusz, również się zatrzymując. – Ona pomaga nam co miesiąc.
– Minął ten czas, kiedy naszym jedynym celem było wkurzanie wszystkich – zaśmiał się James.
– Chodźcie, bo jeżeli znowu się spóźnimy, to nie ręczę za siebie! – krzyknął Lupin, mijając ich.
Cały kortarz wypełnił się głośnym śmiechem i... Deszczem? Stałam przed oknem, za którym szalała ulewa. Powoli odwróciłam się i rozejrzałam po Wieży Gryffindoru.
– Przecież to szósta klasa! Zero egzaminów, nic, więc po co tyle nauki?! – krzyknął Syriusz, rzucając podręcznikiem w okno za mną, na co zapominając o tym, że nic nie może mi się stać, zareagowałam głośnym wrzaskiem.
– Hej – warknęła Mary, spoglądając na niego znad Historii Starożytnych Magów. 
– Przepraszam – mruknął, podnosząc ręce w geście poddaństwa. – Po prostu mam już dość nauki!
– Rozumiem cię całkowicie – jęknął James. – Brakuje mi żartów, dowcipów. Pamiętasz kiedy zrobiliśmy ostatni dobry kawał?
– Czy dwa tygodnie temu nie zaczarowaliście koszyka zgniłych jaj, żeby ścigały po błoniach Ślizgonów? – spytał Lupin, od niechcenia przewracając stronę w podręczniku.
– Powiedział dobry, Luniaczku. Taki z prawdziwego zdarzenia – mruknął Syriusz.
– Przez was stajemy się grzeczni i... misiowaci – jęknął Potter, a wszyscy na około wybuchli śmiechem, który wywiercał dziurę w mojej głowie.
– Przestań – jęknęłam, upadając na kolana, zasłaniając twarz dłońmi, trwając tak, dopóki w pomieszczeniu nie zapanowała cisza i ciemność.
– Lily jest uparta jak osioł.
– Jest wredna...
– Ale tylko czasem – ktoś się zaśmiał.
– Czasem?
– Czasem. Jak już coś odwalicie głupiego to i święty straciłby panowanie nad sobą.
– A więc Lily jest uparta jak osioł i czasem wredna.
– Tak.
– Trochę wstydliwa.
– Potrafi być miła, uczciwa...
– Pomocna! – krzyknął Peter.
– O to to. – rozpoznałam głos Mary. – Znajdzie czas dla każdego kto ją o to poprosi.
– Trochę za bardzo przejmuje się życiem.
– Taaaa, jest strasznie wrażliwa.
– I protekcjonalna.
– Ty w ogóle wiesz co to znaczy?
– Ważniejsze jest to, czy ona wie.
– Oh zamknijcie się.
– Uparta, wredna, czasem wredna – poprawił się Black – wstydliwa, miła, uczciwa, pomocna, wrażliwa i protekcjonalna. Coś jeszcze?
– Bierze wszystko do siebie. Kiedy się smuci, to jakby cały świat płakał.
W pokoju zapadła cisza. Powoli, z sekundy na sekundy ciemność zaczęła blaknąć, ukazując postacie Gryfonów zaszyte w opustoszałym Pokoju Wspólnym. Wszyscy wpatrywali się w ogień wesoło płonący w kominku i zastanawiali się nad czymś.
– Jest zamknięta w sobie – wyszeptała Mary, splatając dłonie na swoim podołku.
– I dramatyzuje – po chwili dodał Syriusz. – Pamiętacie, jak na początku roku stwierdziła, że tą durną wampirzą pułapką mogliśmy doprowadzić do czyjejś śmierci?
– Może nie do śmierci, ale mogło się to źle skończyć – odpowiedziała moja przyjaciółka, spoglądając na niego.
– Co nie zmienia faktu, że i tak dramatyzuje. I jest podstępną, małą żmiją.
– Black, jak ty chcesz poprawić jej samopoczucie wyzywając ją od żmij? Czy ten twój durny, arystokracki ptasi móżdżek nie pojmuje zadania jakie mu powierzono, czy po prostu postawiłeś sobie za punkt honoru droczenie się z nią? – warknęła Maryl.
– Hej! – krzyknął Gryfon, udając oburzonego. – Staram się, okej? Ale ta wredna małpa...
– SYRIUSZ!
– No dobra już dobra. Przepraszam, Lily – wydukał, naśladując głos Binner, za co oberwał od niej w głowę.
– Jest już późno – szepnęła Hawkins, patrząc na zegar, na którym wybiła pierwsza.
– Alicja ma rację. Albo ktoś ma coś jeszcze do powiedzenia, albo kończymy i idziemy spać. Ktoś, coś? – spytał Frank, kładąc dłonie na kolanach i pochylając się do przodu, kiedy w pokoju zapanowała całkowita cisza. – Okej, to co, zbieramy się?
Wszyscy powoli pokiwali głowami i zaczęli podnosić się z miejsc. Wszyscy oprócz Mary.
– Idziesz? – spytała się Dorcas, jednak dziewczyna pokręciła głową.
– Dajcie mi chwilkę, zaraz przyjdę.
Pokój Wspólny powoli opustoszał. Zmieszana podeszłam do kominka i przysiadłam na jednej z puf, przyglądając się przyjaciółce.
– Wiem, że przyzwyczaiłaś się do tego, że jesteśmy my dwie. – Jej głos dźwięczał w moich uszach. – Wiem, że taka już jesteś i trudno będzie ci do końca zaufać innym, ale to nic złego, wiesz? Posiadanie znajomych. Długo o tym myślałam, czy to na pewno dobry pomysł, ale już od dawna nasze relacje z nimi wszystkimi się polepszały. Myślę, że to ten czas, Lily, kiedy powinnaś się odważyć i wyjść temu na przeciw.
– Czemu? – szepnęłam, wiedząc, że nie doczekam odpowiedzi, tak samo jak wiedząc o czym mówiła Gryfonka. Ale czy to było takie proste?
Chwilę później miliony niewidzialnych dłoni pochwyciły moje ciało i zaczęły unosić je ku górze. Kiedy postawiłam pierwszy krok niby to we mgle, niby w chmurach, wiedziałam, że wszystko uległo zmianie. Czułam się tak, jakby ktoś wywrócił moje życie do góry nogami i kazał mi stąpać po niebie.

Cisza i pustka jakie wypełniały zamkowe korytarze przyprawiały mnie o gęsią skórkę. Już samo to, że po odnalezieniu otwartych drzwi tajemniczej komnaty nie odnalazłam za nimi Mary, a one same rozpłynęły się, całkowicie stapiając kolorem z kamienną ścianą, było niepokojące, a co dopiero przeraźliwa, dzwoniąca wręcz w uszach cisza. Kiedy minęłam zaledwie dwa zakręty i znalazłam się na przeciwko Wieży Gryffindoru poczułam się tak, jakby ktoś co najmniej odciął mi dopływ powietrza.
Wszystkie postacie na obrazach przyglądały się ze smutkiem chlipiącej Grubej Damie, która właśnie stłukła swój nowy komplet kieliszków.
– Wiedziałam! Wiedziałam, że coś takiego się wydarzy, w zeszłą środę była u mnie Serbia i opowiadała o tym co podsłuchała, kiedy była w swojej drugiej ramie u Ministra Magii! – chlipała, zbierając szkło z podłogi.
– Co się stało? – wyjąkałam, zbliżając się.
– To t–ty nie wiesz? Był atak na Ministerstwo – zaszlochała, ocierając mokrą od płaczu twarz rąbkiem białej chusteczki. – Wymordowano z połowę aurorów.
– Już nie płacz, przecież ciągle ktoś umiera – jęknął pulchny jegomość zgrabnie podskakujący dwie ramy obok.
Przestałam słuchać. Atak na Ministerstwo Magii, śmierć aurorów. Nagle dotarła do mnie przyczyna zniknięcia Mary.
– Kandyzowane gruszki! – krzyknęłam i nie czekając na reakcję próbowałam oderwać ramy obrazu od przejścia. Kiedy już w końcu udało mi się wtaszczyć się do środka, a potem stanąć na własnych nogach widok Pokoju Wspólnego prawie mnie z nich zwalił. Większość osób szlochała cicho w otoczeniu najbliższych przyjaciół, jednak mój wzrok dopiero po kilku sekundach odnalazł szaro–zielone tęczówki przyjaciółki, po brzegi wypełnione smutkiem. Spojrzałam w bok w tym samym momencie, w którym znana mi dziesiątka Gryfonów odwróciła się w moją stronę, odsłaniając zapłakaną Dorcas.


Zabijcie mnie. Poćwiartujcie i zakopcie resztki. Ożywcie i zróbcie to znowu, ale przysięgam, nie umiałam tego lepiej napisać.
To był/jest jednocześnie najdłuższy i najtrudniejszy rozdział jaki przyszło mi pisać. Jest straszny, żałosny i kiczowaty. Lily to wredna małpa, przesadziłam z tą bieganiną po zamku, ale naprawdę nie wiedziałam już jak to wszystko napisać. 
Gdybym tylko była w stanie wymyślić coś lepszego to przysięgam, napisałabym to, albo chociaż próbowała i próbowała, aż do skutku. Ale nie jestem.
Dodam tylko, że dziękuję za tysiąc wejść od ostatniego rozdziału. Dziękuję za dziewiętnaście komentarzy pod ostatnim rozdziałem i miłe opinie. Nie znienawidźcie mnie za ten strasznie długi i nudny rozdział.
Obiecuję poprawę i najbliższy rozdział za dwa tygodnie. Jestem Wam to winna.

Edit. No dobra, podoba mi się, ale tylko trochę. Tylko te fajne kawałki ze wspomnień
Ale ze mnie lamus ;_;

piątek, 11 lipca 2014

8. Klub Ślimaka

{pisane przy: klik}
Poczułam się tak, jakbym tonęła. Próbowałam zaczerpnąć powietrza, jednak im bardziej otwierałam usta, tym bardziej się dusiłam. Woda pochłaniała moje ciało, a ja nie miałam dość sił by płynąć. Czułam jak coś ciągnie mnie w dół ciemnej toni i jedyne co potrafiłam zrobić to wpatrywać się w wszechogarniającą ciemność, która nadchodziła z każdej, najmniejszej komórki mojego ciała. Ciśnienie powoli wyciskało z moich płuc ostatki powietrza, a po chwili ból stał się nie do zniesienia. Krzyczałam w bezdenną pustkę, ogarnięta paniką, że już nigdy się stad nie wydostanę. Wtem coś poderwało mnie do góry. Poczułam to, ciepły dotyk dłoni. Woda powoli rozstępowała się, dając miejsce wielkiej pustce. Poczułam czyjś uścisk. Wyciągnij mnie stąd, błagam. Już blisko, czułam jak zbliża się powierzchnia, czułam bliskość powietrza. Pustka. Niebo.
Unosiłam się na falującej wodzie wpatrując się w gwiazdy na czarnym sklepieniu. A może to były planety? Wciąż zmieniały swoje położenie. Satelity. Tysiące satelit. Nagle zaczęły znikać, jeden po drugim. Miałam ochotę krzyknąć, żeby nie odchodziły. Nie mogły mnie tu zostawić, nie teraz. Nie chciałam znów upadać, nie chciałam zapaść się w otchłań wody.
Ale dwie z nich wciąż pozostały. Przymrużyłam oczy i wyciągnęłam dłoń w ich stronę. Dwie wielkie gwiazdy, płonące gdzieś w kosmosie. Dwa wielkie wybuchy. Patrzyłam na nie i czułam spokój. Woda była niczym, już wcale się nie liczyła. Dwie, płonące kule ognia. Mieniły się kolorami czerwieni, ciemniejąc, to znów jaśniejąc do oślepiającej bieli. Poczułam, jak wielki ogień wstrząsa mną, wstrząsa wodą. Gwiazdy płonęły. 
Dwie, ciemno brązowe otoczki wokół płomieni. Migających, unoszących się i opadających. Dwie brązowe gwiazdy. 
– Lily.
Niebo szeptało cicho w moją stronę. Ciemność znów rozświetliły miliony innych, mniejszych gwiazd, ale one już się nie liczyły. Nie miały znaczenia przy dwóch, górujących, płonących wybranych
– Lily?
Moją wyciągnięta dłoń zdawała się ich dotykać. Poczułam rozkoszne ciepło płynące z tych dwóch gwiazd. Delikatnie obejmowało moją dłoń i rozchodziło się w dół, na resztę mojego ciała. Pod palcami poczułam ciepły podmuch powietrza. Oddech. Moje serce łomotało w klatce piersiowej próbując się wydostać. Jęknęłam cicho. To boli. Przestań, to boli. Brązowe tęczówki zamigotały i znikły. Nie! Poczułam, że moja pierś płonie. Próbowałam to zatrzymać, ugasić serce. Przestań! Błagam, wracaj, błagam...
Wszystko pulsowało ogniem. Dwie płonące gwiazdy pod dotykiem moich palców, zabarwiona na czerwono woda. To już koniec.
Rozrzucone, czerwone włosy. Płonęłam. Płonęłam jak wszystkie inne gwiazdy na czarnym sklepieniu. A w okół była tylko nicość.
Otworzyłam oczy i zaczerpnęłam haust powietrza krztusząc się.
– Lily, na miłość boską.
Spojrzałam w bok, na bruneta, który z przerażeniem wpatrywał się we mnie. Trzymał moją dłoń tak blisko swojej twarzy. Dwóch płonących brązowych gwiazd.
Czułam jak łopoce mi serce, kiedy wpatrywał się we mnie. Puścił moją dłoń a ja natychmiast przyciągnęłam ją do klatki piersiowej.
Wzięłam głęboki oddech i spróbowałam się uspokoić. Jedyne co do mnie docierało to ciemność jaka panowała w pomieszczeniu. Powieki miałam jak z ołowiu. Próbowałam się podnieść, próbowałam coś zrobić, ale nie potrafiłam. Zaczęłam się podciągać w górę, ale chłopak złapał mnie za ręce i z powrotem ułożył w łóżku.
– Lily, połóż się, błagam...
Nie mogę. Nie mogę tam wrócić, nie chcę. Ale zmęczenie zaczęło wygrywać, wciągając mnie ponownie w wir wspomnień.
Nie wiem ile to trwało, ale kiedy znów zaczęłam odzyskiwać przytomność tym razem wszystko zdawało się tonąć w bieli i spokoju. Po nocnej ciemności nie było już śladu. Próbowałam przywołać obraz dwóch płonących gwiazd, brązowych tęczówek, ale nie byłam w stanie. Do kogo należały? Co właściwie się wydarzyło?
Unosiłam się na oceanie podświadomości i spoglądałam w bladą przestrzeń, powoli rejestrując ciche odgłosy. Rozmowy. Zmarszczyłam brwi i spróbowałam skupić się na słowach, jednak słyszałam jedynie niewyraźne szepty. Lily, odbiło się w mojej głowie. Lily, słyszysz mnie? Ktoś chyba mnie wołał. Lily, słyszysz, słyszysz, słyszysz... Głos stawał się coraz głośniejszy, powoli wypełniał wszystko na około. Lily, Lily, Lily, Lily...
– Lily! – Otworzyłam oczy i podniosłam się. Zdezorientowana zarejestrowałam dwie rzeczy – sześć twarzy zwróconych z moją stronę i burzę kasztanowych loków, które zaraz potem przysłoniły mi widok. – O mój boże, Lily!
– Puść ją, bo ją udusisz. – Usłyszałam czyjś śmiech. Alicja?
– Lily, tak się martwiłam – szatynka odsunęła się ode mnie i złapała moją twarz w dłonie. Dopiero teraz mogłam jej się przyjrzeć. Jej wielkie, szare oczy płonęły dziwnym, nieznanym blaskiem, migając jasną zielenią. Zadarty nos, zaróżowione policzki, blada cera. Różane usta rozciągnięte w wielkim uśmiechu.
– Mary... – wyszeptałam, a dziewczyna pokiwała głową cicho szlochając.
– Oh, jak dobrze, że nic ci nie jest!
– Martwiliśmy się o ciebie – powiedział Lupin, łapiąc Macdonald za ramiona i z uśmiechem powstrzymując ją od rzucenia się na mnie z kolejnym uściskiem. W jego karmelowych oczach mignął błysk, który zniknął tak szybko jak się pojawił, kiedy szatynka spojrzała na niego z wyrzutem.
– Co się stało? – spytałam przecierając oczy i uśmiechając się w dłonie. Remusie, nie spodziewałabym się.
Syriusz zrobił się cały czerwony i zaczął mamrotać coś pod nosem, a Peter i Frank zachichotali cicho.
– Na początku myśleliśmy, że po prostu zemdlałaś przez tą całą Pętliczkę. Ale potem dostałaś drgawek i już było wiadomo, że coś jest nie tak. James, on... – Alicja urwała, spoglądając na chłopaka, który stojąc z boku obserwował mnie uważnie. – On przyniósł cię tutaj i okazało się, że mało brakowało, a... 
Frank objął ją delikatnie, a ona wtuliła się w jego koszulę.
– Pomfrey powiedziała, że miałaś strasznie osłabioną odporność. Grypa, czy coś w tym stylu. Wkurzyła się strasznie, że nie przyszłaś z tym od razu do niej, jeden eliksir i byłabyś zdrowa, a przez to... Można powiedzieć, że miałaś dużo szczęścia – dokończył Lupin, siadając na sąsiednim łóżku. Pokiwałam powoli głową i westchnęłam. 
– Jak dobrze, że na miejscu byli Huncwoci. – Peter zachichotał, a Syriusz spojrzał na mnie zaskoczony, po chwili jednak znów przybrał minę zbitego dziecka.
– Lily, tak bardzo cię przepraszam! Gdybym wiedział, że to się tak skończy... Przecież ja, ty wiesz, że ja... Lily, ja bym nigdy... – zaczął brunet, plącząc się w słowach. Zaśmiałam się a on spojrzał na mnie zaskoczony. Sama byłam zaskoczona. Całą swoją silną wolę skupiłam na tym, żeby nie powiedzieć czegoś, czego potem bym żałowała. Przez te kilka tygodni od nieszczęsnego wypadu do Hogsmeade zdażyło mi się to kilka razy, a konsekwencją była kolejna kłótnia pomiędzy szóstoklasistami.
– Ale wiedz, że tego nawozu we włosach tak szybko ci nie wybaczę – mruknęłam, uśmiechając się w jego stronę. Wszyscy wybuchli gromkim śmiechem, a emocje wreszcie opadły. – Więc co działo się podczas mojej nieobecności?
– Oh, no wiesz, nic ciekawego. Parę samorozlewających się rondli z sosem szpinakowym, masa zadania od McGonagall i dwa wypracowania na trzy stopy od Flitwicka. Żyć nie umierać – wyliczał James, z każdym kolejnym punktem stukając Blacka w ramię.
– Czy możesz wreszcie przestać?
– Nie, nie mam takiego zamiaru – odparł uśmiechnięty.
– A co z moimi obowiązkami prefekta? O mój boże, McGonagall...
– Spokojnie, już się tym zajęliśmy. – Spojrzałam na Lupina, który uśmiechnął się ciepło. – Mary cię zastąpiła, dopóki nie wrócisz do pełni sił będzie wypełniała twoje dyżury.
Mój wzrok powędrował w kierunku szatynki, która wyszczerzyła się w szerokim uśmiechu.
– Dzięki.
– Do usług!
Gryfoni roześmiali się głośno, a ja uśmiechnięta opadłam na poduszki.
Następne dni mijały w przerażającym tempie. Najpierw pozwolono mi samej przechadzać się do ubikacji, później jeść, aż w końcu przebywanie w Skrzydle Szpitalnym stało się formalnością. Codziennie leżałam w tym samym łóżku, wpatrując się w rzeźbione sklepienie sali, dopóki w drzwiach nie pojawiali się uśmiechnięci Gryfoni przynosząc lekcje i pomagając mi w nadrobieniu materiałów. W ciągu dwóch tygodni miałam większe zaległości niż w ciągu miesiąca piątej klasy, więc powrót do uprzedniego stanu rzeczy był trudną sprawą, a o ile miałam nadzieję na wyśmiewanie tylko ze strony Macdonald bardzo się przeliczyłam. Lupin, Alicja i Maryl codziennie zjawiali się wokół mojego łóżka i niczym brygada naukowa starali się wpoić mi do głowy wszystkie możliwe wiadomości. Dziwiło mnie to, a już zwłaszcza zachowanie Mary, która śmiała się głośno i odważnie, żartowała z całą resztą i, czego nie dało się nie zauważyć, trochę za często uśmiechała się w stronę Remusa. O ile na to ostatnie przystałam z ochotą, tak na resztę zawsze reagowałam nagłym bólem brzucha. Starałam się ścisnąć w sobie poczucie zazdrości i pewnego rodzaju zdrady, ale z każdym dniem było mi trudniej. W nocy płakałam, choć sama nie wiem czemu. Chyba po prostu z bezradności. Z tego, że już od jakiegoś czasu mój świat się rozwalał, a każda dodatkowa emocja była przyjmowana przez mój organizm jak rozbijanie wszystkich okien w ponurym Skrzydle Szpitalnym, których odłamki przebijały mnie na wskroś i raniły do duszy. 
W końcu nadszedł dzień wypisu. Miałam kompletnie dość wszystkiego, począwszy od niewygodnych, metalowych łóżek, po przetarte zielone parawany. Kiedy pani Pomfrey z tęgą miną po raz ostatni sprawdzała, czy wszystko ze mną w porządku zastanawiałam się jak zareagują mieszkańcy Gryffindoru, kiedy po tak długim czasie w końcu zjawię się w wejściu do Pokoju Wspólnego. Jeżeli liczyłam na jakiekolwiek powitanie, to widok opustoszałego salonu wprawił mnie w stan rozgorączkowanej złości i bezradności. Uczucie zdrady znowu zapłonęło w moim ciele, a wielki, rozgrzany do czerwoności potwór w mojej piersi podsycał ogień mrucząc przeciągle. Poczułam łzy w oczach i miałam ochotę wbiec do dormitorium i zaszyć się pomiędzy bordowymi kotarami bezpiecznego łóżka. Legowiska smoka. 
Czy oczekiwałam, że coś się zmieniło? Widziałam to, z każdym dniem przyglądałam się Mary Ann i jej kwitnącemu życiu. Czułam się jak insekt, który przez cały czas zabraniał się jej podnieść i rozłożyć białe płatki. To ona była piękną lilią, a ja jedynie czymś, co od zawsze zatrzymywało jej osobę tylko dla siebie. Czemu więc oczekiwałam, że to coś zmieniło? Że teraz dzięki niej i moje życie ulegnie zmianie? Też chciałam rozkwitać, też chciałam w końcu mieć wszystko, żeby przestać beznadziejnie zanurzać się w otchłani marzeń i wymysłów, tylko po to, by w ciszy nocy móc spokojnie wyobrażać sobie jak pięknie mogłoby być. Chciałam być szczęśliwa.
Ruszyłam w stronę schodów prowadzących do damskich sypialni, by móc ugasić zionącego ogniem bezradności potwora chłodem spokoju, zamykając się w objęciach drżących dłoni, dopóki nie zatrzymał mnie czyiś głos.
– Lily! Myślałem, ze wypuszczają cię dopiero jutro! – odwróciłam się i obrzuciłam zaskoczonym wzrokiem Lupina, który ubrany w ciemnoczekoladową szatę wyjściową poprawiał kremową muszkę. Wyglądał oszałamiająco, z elegancko rozczochranymi włosami w kolorze płynnego złota i szarmanckim uśmiechem na zaoranej gdzieniegdzie bliznami twarzy. – Czy coś się stało?
– Ehm, nie, nic. Gdzie są wszyscy? – wyjąkałam, tuszując zły humor nieśmiałym uśmiechem. Całkowicie cię rozumiem, Mary westchnęłam w myślach przyglądając się Lupinowi i szybko wycierając spocone dłonie o spodnie.
– Na przyjęciu Slughorna – odpowiedział chłopak podchodząc do mnie.
– No tak... – Zupełnie zapomniałam o tym głupim przyjęciu. – Więc poszli tam wszyscy?
– Nie do końca, większość jest na uczcie, ale wiesz, Horacy uwielbia organizować kontrę dla wszystkiego co według niego jest po prostu odchodnym od prawdziwych okazji do zabawy – zaśmiał się. – A ty Lily, wybierasz się?
Zmarszczyłam brwi wzdychając cicho.
– Chyba nie mam ochoty... Raczej zostanę po prostu w sypialni i...
– Nie daj się prosić – przerwał mi, przeciągając ostatnie słowo. – Lily, naprawdę myślisz, że zostawię cię samą sobie? To w końcu Noc Duchów, trzeba się trochę rozruszać, a tobie bardzo się to przyda po twoim dwutygodniowym wyłączeniu ze szkolnej społeczności. No już, ruchy, poczekam tu na ciebie, a ty idź się szykować.
Jęknęłam i ruszyłam schodami na górę. Wiedziałam, że nie odpuści. Był Huncwotem. I mogłam mówić co chcę, że nie jest taki jak oni, że Remus jest przykładnym uczniem i dobrym prefektem, ale to wszystko znikało w jednej sekundzie. Wystarczyło, że pojawi się coś, do czego chciał dążyć i mogłeś być pewny, że mu się to uda. Zawsze tak było. 
Zamknęłam za sobą drzwi i westchnęłam. Nie miałam zbyt wielu wytwornych stroi, wręcz wcale. Powoli otworzyłam szafę i wpatrzyłam się w wiszące sukienki. Po chwili wahania sięgnęłam po szmaragdową i przyłożyłam ją do siebie, spoglądając w lustro. Szczerze mówiąc nigdy nie rozumiałam, czemu wszyscy zachwycali się moimi rudymi włosami i ich "idealnym kontrastem z zielonym", jak to zwykły mawiać dziewczyny. Z zaciśniętymi ustami odwiesiłam sukienkę i westchnęłam. Wiedziałam, że mogę pożyczyć coś od dziewczyn, ale w żadnej z ich sukienek nie czułam się dobrze. Miałam wrażenie, że jak na szesnaście lat trochę za bardzo wstydzę się swojego ciała, ale nigdy nie potrafiłam nic na to poradzić. Tak po prostu było i już. W końcu zrezygnowana kucnęłam przy kufrze i wyciągnęłam z niego całą zawartość, spoglądając na pognieciony materiał leżący na jego dnie. Wiedziałam, że mama co roku wkładała mi do kufra coś "ładnego", bo jak zawsze twierdziła nigdy nie potrafiłam porządnie się wystroić. Złapałam w dłonie kremową satynę i zmarszczyłam brwi. Nigdy jej nie widziałam, musiała być nowa.
Powoli wstałam i rozłożyłam w dłoniach delikatne jak tafla wody fałdy sukienki. Była naprawdę ładna, mogłabym powiedzieć wręcz, że chyba po raz pierwszy coś spodobało mi się tak bardzo.
Kiedy strzepnęłam materiał, na ziemię upadła pognieciona karteczka. Z uśmiechem schyliłam się po nią i przeczytałam króką notkę.

Mam nadzieję, że przypadnie Ci do gustu.
Prawie dwa dni namawiałam tatę do jej zakupu, ale chyba było warto!
Kocham Cię,
Mama

Sięgnęłam po różdżkę i jednym zaklęciem sprawiłam, że sukienka zafalowała na niewyczuwalnym wietrze, wygładzając wszystkie niedoskonałości. Następnie zsunęłam z nóg ciemne spodnie, jedną ręką ściągnęłam z siebie sprany sweter i szybkim ruchem włożyłam sukienkę przez głowę.
Była piękna. Na górze wąska, idealnie podkreślała kształty. Przejechałam dłonią po atlasowych ramiączkach biegnących w górę aż do obojczyka, a potem krzyżujących się na plecach. Tam łączyły się z ciemniejszymi, łososiowymi pasami wyszytymi błyszczącymi kryształkami, które biegły pod biustem, a od miejsca w którym się przecinały, przez palce wyczuwałam delikatną siateczkę. Kończyły się one dokładnie w pasie, skąd fałdy delikatnego materiału zostały puszczone wolno. Kiedy powoli obróciłam się wokół własnej osi, sukienka mieniła się od jasnego kremu, po kolor zachodzącego słońca. Uśmiechnęłam się szeroko w kierunku swojego odbicia, całkowicie zapominając o wcześniejszym nastroju. Na stopy wsunęłam ciemne pantofelki, a włosy powoli rozczesałam i pozwoliłam im spływać falami po moich plecach. Jeden tylko kosmyk, wciąż opadający mi na rozmigotane oczy zawinęłam i przypięłam po boku czarną wsuwką. Przygryzłam wargę przyglądając się swojej bliźniaczce w lustrzanym odbiciu i powoli przejechałam ręką po nagich ramionach. Po raz pierwszy czułam się po prostu piękna, jednocześnie jednak zbyt onieśmielona swoim wyglądem, bo pokazać się innym. Schyliłam się w poszukiwaniu jakiegoś sweterka, czegokolwiek, co przykryłoby odsłonięte plecy, jednak nie znalazłam nic, co pasowałoby do eleganckiej sukienki. 
Po chwili po raz ostatni spojrzałam w lustro i przejechałam palcem wskazującym po srebrnym medaliku i zawieszce w kształcie lilii wodnej. Dam radę. Jestem Lily Evans. Muszę dać radę. Uniosłam delikatnie brodę, wpatrując się w swoje zielone oczy. Jesteś piękna. Na twarz przybrałam uśmiech i oddychając głęboko powoli ruszyłam w stronę czekającego na mnie Lupina.
Czułam na sobie spojrzenia mijanych ludzi. Kiedy po raz kolejny skręciliśmy, zza rogu wyłoniła się cicha muzyka. Spojrzałam na Remusa, który uśmiechał się ciepło w moją stronę kiwając głową. 
– Stresujesz się? – spytał, przyglądając się mi.
– Nie – mruknęłam, choć zabrzmiało to bardziej jak pytanie.
Westchnęłam cicho kiedy stanęliśmy w wejściu. Jeden z lochów, specjalnie przygotowany na dzisiaj, był pełen ludzi, niekoniecznie uczniów Hogwartu. Z sufitu zwisały setki splecionych ze sobą pasów krwistoczerwonego materiału, poprzetykane gigantycznymi pajęczynami, z których co jakiś czas sypały się małe, czarne pajączki, ledwo muskając roześmiany tłum. Pomiędzy damami w sukniach i mężczyznami w ciężkich szatach przeciskały się białe postacie ze srebrnymi tacami wyłożonymi wykwintnymi daniami. 
– Chodź – szepnął Lupin, łapiąc mnie za rękę i pociągając w prawo. Uważając, by nie nadepnąć na czyjąś nogę podążałam za chłopakiem, dopóki ten nie pomachał ręką. Spojrzałam w tamtym kierunku i napotkałam roześmiane spojrzenie Mary.
– Lily! Co ty tutaj robisz?
Powoli przecisnęłam się w jej stronę i również się uśmiechnęłam.
– Wypuściła mnie jakąś godzinę temu – odpowiedziałam, przyglądając się szatynce, która poprawiła delikatnie szmaragdową sukienkę uśmiechając się w stronę Remusa, na co ten spłonął rumieńcem.
– Lily, wyglądasz... Wow. – Odwróciłam się w drugą stronę i spojrzałam zaskoczona na Syriusza, który wpatrywał się we mnie szeroko otwartymi oczami. Reszta zrobiła to samo, a ja poczułam, że robi mi się gorąco.
– No co? – spytałam, nie wiedząc co zrobić.
– Jest piękna! Skąd ją wytrzasnęłaś? – zawołała Maryl, dotykając materiału. – Musiała być bardzo droga.
Wzruszyłam delikatnie ramionami.
– Już jestem, co mnie ominęło... – brunet przerwał, wpatrując się we mnie. Westchnęłam i skrzyżowałam ręce.
– Coś ci się nie podoba, Potter?
– Nie, nie, ja tylko... – chłopak wyszczerzył zęby w wielkim uśmiechu. – Wyglądasz ślicznie.
Odwróciłam się w stronę Mary, która zaśmiała się cicho.
– Tak czy siak, cieszę się, że mogłaś przyjść tutaj z nami.
– Mary ma rację, czas się trochę zabawić. Chodź – dodała Maryl, odrzucając do tyłu długie, czarne włosy. Miała na sobie piękną, czerwoną sukienkę bez ramiączek, która falowała przy każdym jej ruchu. – Czasem mam wrażenie, że podmienili wszystkich możliwych przystojniaków głąbami – szepnęła mi na ucho, a ja roześmiałam się głośno.
Dołączyłyśmy do Clarie i Dorcas. Pierwsza miała na sobie piękną, kobaltową sukienkę przed kolano, na którą opadały jej złote loki, a druga czarną sukienkę z koronkowymi falbankami. Obie przytuliły mnie mocno kiedy tylko mnie zobaczyły.
 Ludzi było tak dużo, że ledwo dało się oddychać. Powoli rozglądnęłam się po pomieszczeniu szukając znajomych twarzy, kiedy doszły do mnie słowa dziewczyn.
– Tak, wręcz dziwne, że kazali się tak wystroić.
– Kto kazał? – spytałam, odwracając się w jej stronę.
– Slughorn – odpowiedziała Clarie, poruszając głową w rytm muzyki, przez co jej blond loki podskakiwały radośnie. – Ogłosił to wczoraj na kolacji. "Pragnę przypomnieć wszystkim uczniom zaproszonym na jutrzejszy bankiet, iż strój wyjściowy jest absolutnie wymagany. Przy drzwiach odbędzie się dokładna selekcja i mogę zapewnić, że do środka nie wejdzie nikt, kto nie powinien się tam znaleźć" – oznajmiła idealnie naśladują tubalny głos mistrza eliksirów. 
– To trochę do niego niepodobne – mruknęłam, marszcząc brwi.
– Tak... Może po prostu chciał się pochwalić przed innymi w jakim bogatym towarzystwie baluje – zaśmiała się Alicja.
– A może kazał się wszystkim wystroić, bo zaprosił sztab urzędników z ministerstwa, o których od tygodnia dzwoni cała szkoła? Kąciki plotkarskie pękają w szwach. – James uśmiechnął się delikatnie, patrząc na nasze miny. – Tylko nie mówcie, że o niczym nie słyszałyście?
– Nie, nie słyszałyśmy.
– W takim razie przebywacie w nieodpowiednim towarzystwie. – Wszystkie odwróciłyśmy głowę w tym samym momencie. Chłopak, który pojawił się obok Pottera z pewnością nie był z Gryffindoru. Ciemne włosy zawadiacko rozczochrał, a jego szeroki uśmiech obejmował czekoladowe oczy. Miał stosunkowo ciemną cerę, która idealnie komponowała się z jego butelkowozieloną szatą wyjściową. – Nathias McRoner.
– Skądś cię kojarzę, Nathiasie – powiedziała Maryl, uśmiechając się do niego ciepło.
– Nic dziwnego, od trzech lat chodzimy razem na transmutację.
– A więc jesteś z Ravenlcawu? Imię Nathias jakoś nie kojarzy mi się z Krukonem – podłapała Clarie, wychylając się do przodu.
– Nic dziwnego, ze starogreckiego Nathias oznacza grzmot. Ale możecie spokojnie mówić mi Nathan – zaśmiał się chłopak, uśmiechając się do mnie szarmancko.
– Może dlatego, że jesteś głupi jak grzmot – warknął James mrużąc oczy. – Gdzie reszta?
– Spokojnie, zaraz przyjdą.
– Jaka reszta? – spytałam, przyglądając się brunetowi. Był niewiarygodnie przystojny, z resztą jak wielu Krukonów. Posiadał również niespotykane, przenikające spojrzenie, pod wpływem którego czułam rumieńce wypływające na moją twarz, kiedy powoli przyglądał się mojej zbyt–dużo–odsłaniającej–sukience.
– Reszta moich znajomych. Mamy pewne, ee... sprawy do obgadania – wyjaśnił chłopak, puszczając mi oczko.
– Czy chodzi o trzydziesty pierwszy grudnia? – spytała Maryl, delikatnie przybliżając się do Krukona i pochylając się w jego stronę, co chłopak skwitował przymilnym uśmiechem.
– Widzę, że wiesz o co chodzi.
– O co chodzi? – spytała się rozkojarzona Mary, jednak nie uzyskała odpowiedzi, bo w tej chwili do naszego grona podeszło kilka kolejnych osób.
– Oh, pozwólcie, że wam przedstawię, Amadeus Moriati, choć wszyscy mówią na niego Zeus, Connor Double, Morgana Freeman, Amelia vel Amy Poggy i Pascal Gilbert. A to Maryl i Clarie, Alicja, Mary i...
– Lily – dokończyłam, uśmiechając się.
– Lily – powtórzył chłopak kiwając powoli głową. – Wszystko ustalone?
– Tak, mniej więcej. Potrzebujemy tylko dokładnej listy – powiedział jeden z obecnych, chłopak o imieniu Amadeus. Był to wysoki, barczysty blondyn o jasnoniebieskich oczach. Miał bardzo bladą cerę i zniewalający uśmiech. Kojarzyłam go z poprzednich spotkań Klubu Ślimaka, Slughorn zawsze szczycił się jego szlachetnym pochodzeniem. Rodzina Moriatich chwaliła się nieskazitelnie czystą i prostą linią od antycznych przodków pochodzących z Aten, skąd pewnie wziął się przydomek chłopaka, Zeus bowiem przypominał swoim nierealnym wręcz pięknem greckich bogów przedstawionych w księgach historycznych.
– W porządku, powinniśmy mieć ją do końca tego tygodnia.
– O jaką listę chodzi? – spytałam, nie mogąc wytrzymać. Spojrzenia wszystkich powędrowały w moim kierunku, a ja poczułam, że po raz kolejny się rumienię.
– Hm, jakby to powiedzieć – mruknął Nathias, poprawiając srebrny zegarek. – Co jakiś czas urządzamy pewnego rodzaju, ee... spotkania. Chodzi głównie o trochę integracji między domami, czyli...
– Czyli jak ty to nazwiesz "pijacką imprezę", tyle, że w różnych domach – dokończył James, wywracając oczami.
– Imprezy? A co na to nauczyciele, przecież coś takiego jest niedozwolone i...
– Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal – powiedział Krukon, uśmiechając się tajemniczo.
– A więc robicie to wszystko w tajemnicy przed wszystkimi, żeby...
– Dość – przerwał Moriati, rozglądając się w około. – To nie jest temat o którym można by było sobie ot tak poplotkować. 
Pod wpływem spojrzenia chłopaka zrobiło mi się chłodno. Powoli przełknęłam ślinę i zrobiłam krok w tył.
– Spokojnie, przecież nikogo nie interesują jakieś bzdety, o których rozmawiają nastolatkowie, kiedy w okół tyle osobistości i świetnych tematów. Może zechciałabyś mi towarzyszyć – brunet zwrócił się do mnie, uśmiechając się przymilnie – a na pewno udzieliłbym ci odpowiedzi na twoje pytania.
Zmarszczyłam brwi i spojrzałam w jego czekoladowe oczy. Był naprawdę przystojny, w dodatku ciągle patrzył w moją stronę, co przyprawiało mnie o gorące dreszcze. Poza tym perspektywa dowiedzenia się więcej o tajemniczych imprezach między domami sprawiła, że chciałam krzyknąć twierdzącą odpowiedź, uprzedził mnie jednak Potter.
– Nie. – Spojrzenia moje i Nathiasa powędrowały w jego kierunku, kiedy ruszył do przodu i ujął mnie pod ramię. – Lily, pamiętasz, obiecałaś mi pierwszy taniec?
– Nic ci nie... – zaczęłam, ale chłopak to zignorował.
– Spokojnie, wszystko jej wytłumaczę.
– Myślę jednak, że mam trochę więcej do zaoferowania, poza tym pokazałbym Lily...
– Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal – mruknął James, pociągając mnie w tłum. Ledwo zdążyłam otworzyć usta kiedy zniknęliśmy w gwarze.
– Oszalałeś?! – warknęłam, wyrywając się mu. – Puszczaj natychmiast!
– Uwierz, Lily, że nie chcesz mieć z nimi do czynienia – mruknął chłopak, delikatnie łapiąc mnie za rękę. – Poczekaj. Daj mi dwie minuty, żeby ci wszystko wytłumaczyć, a potem będziesz mogła do niego pójść, okej?
Przyglądałam się Gryfonowi, który niespokojnie poprawił okulary i przygryzł wargę. Jego orzechowe oczy migotały w świetle padającym z tysiąca lewitujących świec, kiedy spoglądał ze zmarszczonymi brwiami gdzieś ponad mnie. Obejrzałam się za siebie i natrafiłam prosto na przeraźliwie chłodne spojrzenie Severusa, który wpatrywał się w nas z niedowierzaniem. Natychmiast odwróciłam wzrok i ponownie spojrzałam na Jamesa.
– Okej.
Poczułam jak jego dłoń zaciska się mocniej na mojej ręce, a potem przenosi ją na jego bark. Chłopak powoli przyciągnął mnie do siebie i wciąż patrząc mi w oczy, jak gdyby szukając pozwolenia, ujął mnie w pasie.
– Więc co to za spotkania? – chłopak westchnął i spojrzał gdzieś ponad mnie.
– To zaczęło się jakoś... ze dwa lata temu. Nathiasa poznałem na treningach quidditcha, on również gra na pozycji ścigającego – mruknął chłopak, nie komentując mojego cichego prychnięcia. – Są tacy ludzie, których po prostu się lubi i tyle. Nawet jeżeli jest się z innych domów. Jak wiesz Huncwoci budzą lekkie, hm, jakby to określić, zainteresowanie wśród uczniów. Nic więc dziwnego, że wkrótce zgromadziliśmy wokół siebie grupkę znajomych gotowych pomóc nam trochę w kawałach. Oczywiście to nie było nic nadzwyczajnego, zaczęło się od mierzenia się wzrokiem, a skończyło na serdecznym cześć na korytarzu. 
– I to tyle, cała tajemnica? – spytałam zaskoczona, kiedy chłopak powoli obrócił mnie i przyciągnął bliżej.
– Nie do końca. Nie przerywaj – mruknął, a ja wzniosłam oczy ku niebu. – Powstało coś na zasadzie klubu. Na początku nie mieliśmy na to nazwy, więc wszyscy mówi na to po prostu spotkania i tak się jakoś przyjęło. Raz, dwa razy do roku organizujemy coś na wzór imprezy, w którą angażują się wszyscy uczestnicy. 
– Więc ktokolwiek chciałby mieć do czynienia z wielkimi Huncwotami może sobie tam przyjść, pobawić się z wami i już jest wkupiony w wasze łaski?
– To nie takie proste. Po pierwsze, o ile integracja pomiędzy domami nie jest zabroniona, o tyle w końcu, że tak powiem, przekroczyliśmy pewne... granice i nasze grupa stała się grupą bez konkretnego przedziału.
– Co chcesz przez to powiedzieć? – spytałam, obracając się i pozwalając, by jego ręka delikatnie przejechała po moim pasie. Kiedy chłopak ponownie obrócił mnie w swoją stronę spojrzałam w bok, nie chcąc natrafić na jego spojrzenie. Zacisnęłam usta i złapałam się sztywno jego ramienia.
– To tylko kilka zaufanych osób, nie myśl sobie, że balujemy z całym Hogwartem. Zaczęło się od dziesięciu, piętnastu. Teraz w każdym domu, no dobra, nie licząc Slytherinu, mamy około dwudziestu dobrych znajomych, którzy chętnie stawią się za nami w każdej sprawie. Gromadzenie, albo chociaż informowanie się w takiej grupie było bardzo niedogodne, jeżeli wiesz co mam na myśli. – Wiedziałam. Pięćdziesiąt osób w jakimś tam miejscu na pewno zwróciłoby uwagę, a już zwłaszcza pięćdziesiąt osób pokroju Huncwotów chętnych do imprezy stulecia. – Dlatego nasze spotkania organizowane są tak rzadko, a planowane z co najmniej półrocznym wyprzedzeniem. Trzeba obmyśleć wszystko, od miejsca, przez jedzenie po głupie oświetlenie. Za dużo tego czy owego i wszystko wyszłoby na jaw. 
– Więc gdzie organizujecie to wszystko? 
– Różnie. Ostatnia taka impreza miała miejsce w czerwcu i wtedy zrobiliśmy ją w okolicach starego stadionu.
– Starego stadionu? – James popatrzył na mnie udając obrażonego. 
– Nie wiem jak można być takim ignorantem! Trochę na północ za zamkiem znajduje się stary stadion quidditcha. Nikt tam nie łazi, większość nie wie nawet, że taki istnieje. Dobra miejscówka, ale ograniczona. Były straszne problemy z zorganizowaniem imprezy, w końcu to daleko i wszystko trzeba było przynosić ze sobą. Poza tym trudno wymknąć się z zamku w pojedynkę, a co dopiero w kilka tuzinów.
– I teraz też tam robicie?
– Lily, pomyśl. Na zewnątrz jest z trzy stopnie, myślisz, że przy takiej pogodzie wszyscy bawili by się znakomicie?
– Okej, okej, przepraszam. Więc gdzie?
Chłopak po raz kolejny okręcił mnie wokół własnej osi i spojrzał prosto w oczy.
– Nie powinienem ci tego wszystkiego mówić.
– Niby czemu?
– Niby temu, że od zawsze starasz się przyłapać nas na jakiś wygłupach. Skąd mam pewność że niczego nie wypaplasz?
Zastanowiłam się. Chłopak obrócił mnie tyłem i delikatnie przejechał ręką po mojej nodze. Cicho wciągnęłam powietrze do ust i odsunęłam się od niego, spoglądając w jego orzechowe oczy. 
– Bo sama tam przyjdę.
 Jego wzrok odszukał mój, a na jego ustach pojawił się uśmiech.
– Lily Pani Prefekt zgodzi się złamać kilka przepisów? 
– Więc? – spytałam, czując, że ogarnia mnie złość, jednak chęć odkrycia całej tajemnicy była silniejsza.
– Jeden taniec.
– Proszę?
– Jeden taniec, a otrzymasz zaproszenie – mruknął, wyciągając w moim kierunku dłoń. Powoli ujęłam ją, a on przyciągnął mnie bliżej siebie. Co ty wyrabiasz mruczałam sama do siebie, kiedy chłopak znowu położył dłoń na mojej tali i delikatnie kołysał się ze mną w rytm muzyki. 
Każdy kolejny akord pulsował w moich uszach, kiedy Potter delikatnie obracał mnie wokół własnej osi. Lawirowaliśmy pomiędzy innymi parami i musiałam przyznać, że był całkiem niezłym tancerzem. Powoli oparłam brodę na jego ramieniu i wypuściłam powietrze z płuc, jednocześnie przymykając oczy. Czułam jak jego dłoń delikatnie przesuwa się po skrzyżowanych ramiączkach sukienki na moich plecach, a potem niżej, w dół moich pleców, zatrzymując się ledwo nad linią majtek. 
– Wieża Ravenclawu.
– Proszę?
– Wieża Ravenclawu – powtórzył chłopak, spoglądając mi w oczy. – W tym roku to tam się spotykamy.
– I chcesz mi powiedzieć, że...
– Tak, przynajmniej tuzin osób zarówno z Gryffindoru i Huffelpuffu są zaproszone.
Powoli odsunęłam się od niego przyglądając się dokładnie jego uśmiechowi, rozmigotanym, orzechowym oczom ukrytym za okrągłymi szkiełkami i rozczochranym, kruczoczarnym włosom. Wszystko to budziło we mnie mieszane uczucia, choć nie wiedziałam o co dokładnie chodziło. Po raz kolejny spojrzałam prosto w jego oczy, dwie płonące gwiazdy. Chłopak ujął delikatnie moją dłoń i szepcząc ciche "chodź" ruszył w kierunku naszych przyjaciół.
Puścił mnie dopiero na miejscu i zanim się obejrzałam zniknął, a razem z nim reszta Krukonów.
– Wszystkie mamy zaproszenie – zapiszczała Alicja, uśmiechając się do mnie.
– Co? – spytałam, nie wiedząc o co jej chodzi, wciąż zerkając w miejsce, w którym zniknęli Huncwoci.
– Impreza. James wszystko ci powiedział, prawda? – Powoli spojrzałam na Mary, która uśmiechnęła się delikatnie. Sama nie byłam pewna co powinnam odpowiedzieć, jednak szatynka mnie wyprzedziła. 
– Pamiętasz co ci mówiłam? 
– Że wszystko będzie dobrze.
– To też – zaśmiała się cicho. – Chodziło mi raczej o to, że dopóki nie zamkniesz starego rozdziału i nie otworzysz się na nowy, nie będzie ci dane cieszyć się tym co masz.
Przyglądałam się jak odchodzi w stronę stołu z przekąskami i nagle zachciałam zrzucić z siebie suknię i zaszyć się w bezpiecznym łóżku ukrytym w jednej z wieżyczek Gryffindoru.



Ten rozdział jednocześnie mi się podoba i całkiem mnie odrzuca. Pierwszą połowę pisałam dawno, chyba jeszcze w kwietniu, a jak każdy posiadacz bloga wie, nawet po kilku tygodniach do głów przychodzą inne rozwiązania tematów i całkiem odwrotne słowa wypowiedziane przez bohaterów. No cóż, mam nadzieję tylko, że całkiem nie zniszczyłam tego ośmiorozdziałowego światka, w którym żyją moi bohaterowie. Za to końcówka, hm, w moim mniemaniu jakoś da się czytać. Trochę lamerski pomysł z tą sukienką, ale nie chciałam ubierać Lilki (znowu) (i jak zwykle) w zieleń, a jakoś nie byłam pewna jak prawidłowo wybrnąć z tej sytuacji.
Okej, wywód polonistyczny zakończony, czas porozmawiać o matematyce. A dokładniej o liczbach. Było was już tutaj ponad trzy i pół tysiąca, a dzienny wskaźnik wyświetleń jeszcze kilka dni temu sięgał 130, co robiło z mojej twarzy coś w stylu maski tlenowej, która próbuje jednocześnie krzyczeć, płakać i powiedzieć "ertyhbvcxdfgtyhjnhbgvfcd". 86 cudownych komentarzy, a przy ostatnim rozdziale aż 17, to taki mój mały debiut i jakby patrzeć na poprzednie nieudane publikacje naprawdę duże osiągnięcie. Mam nadzieję, że z czasem będę tylko coraz bardziej się uśmiechać :)
 A teraz czas na troszkę gorsze wieści. Ogłaszam wszem i wobec, iż właśnie wykończyłam moje zapasy rozdziałów i od teraz lecimy na żywca. Troszkę mnie przygniata ta sytuacja, bo nie lubię pisać z przymusu, ale no cóż. Zarys kolejnego rozdziału jest, a później... Później znikam z rodzinką na dwa tygodnie w Bieszczadach i nie mam pojęcia kiedy ukarze się rozdział 10. Jeżeli w ciągu najbliższych dwóch tygodni uda mi się wyskrobać dwa, to być może pojawi się regularnie, w innym przypadku termin będzie nieokreślony i będę zmuszona prosić Was o cierpliwość. Wszystko wyjaśni się 25 lipca.
Jeszcze raz dziękuję Wam wszystkim i życzę miłego czytania :) Dzisiaj dla odmiany wstawiam rano, a co mi tam, w końcu wakacje. Widzimy się za dwa tygodnie!

PS. Zapraszam do zakładki Libster Award, tam znajdzie się odpowiedź na nominację. Normalnie raczej się w to nie bawię, ale pytania całkiem przypadły mi do gustu, więc raz w życiu można zaszaleć :)