piątek, 30 maja 2014

5. Katastrofa pod trzema miotłami

– I on naprawdę...
– Tak – mruknęłam, chowając twarz w poduszkę. – Mary, czy możemy o tym nie rozmawiać? Z każdą sekundą jeszcze bardziej mi głupio, jeszcze bardziej nie wiem co o tym myśleć i... 
– W porządku.
Siedziałyśmy w pustym dormitorium i korzystając z nieobecności współlokatorek rozmawiałyśmy o wczorajszym wieczorze. Od piętnastu minut próbowałyśmy poskładać to w całość, jednak jedyne do czego doszłyśmy to uświadomienie sobie, że uciekłam i zrezygnowałam z możliwości dowiedzenia się czegoś bo... No właśnie, bo co? Bo stchórzyłam? Bo oblałaś się rumieńcem i w podskokach wybiegłaś stamtąd, ty mała hipokrytko...
Przetarłam twarz rękoma i spojrzałam na Mary. Szatynka owijała pasmo włosów na wskazującym palcu i wpatrywała się w okno, uparcie o czymś myśląc.
– Nie wiesz co to był za wisior?
– Nie mam pojęcia. Nigdy czegoś takiego nie widziałam... To musiała być jakaś potężna magia.
Mary westchnęła i spojrzała na mnie.
– Myślisz, że po to przyszedł James?
– Nie wykluczone. Rano już tego nie było, ale mógł to zabrać ktokolwiek.
– A ty i tak myślisz, że to on, prawda?
– Mam po prostu niemiłe przeczucie, że to wszystko jest ściśle powiązane z tą sprawą ze Snapem.
– Mhm.
W pokoju zapadła cisza.
– Więc na co czekasz? – spojrzałam na przyjaciółkę zdziwiona. – Idź i dowiedz się czegoś. 
Tamte słowa stale towarzyszyły mi przez następne dni, niczym motto wyryte w sklepieniu moich myśli, jednak zdawać by się mogło, że o ile z początku motywowały mnie do prób rozwikłania zagadki, po jakimś czasie zaczęły tracić na mocy. W końcu zorientowałam się, że wrzesień dobiega końca, moja obsesja właśnie dogorywa, a ja ostatnie dni spędziłam wpatrując się w gzyms kominka, jakby w oczekiwaniu, że nagle spośród płomieni wyłoni się wyjaśnienie tej sytuacji. Czułam się tak, jakby tamta rozmowa odbyła się zaledwie kilka godzin wcześniej, chciałam żeby tak było, bo to oznaczałoby że wcale nie zmarnowałam tych dwóch tygodni.
Alicja wciąż nie odzywała się do mnie ani słowem i choć naprawdę zaczęło mi to ciążyć starałam się to przełknąć. Ile mogło się zmienić w ciągu miesiąca, przecież jeszcze na początku roku tak dobrze znosiłam myśl o tym, że razem z Mary mamy tyko siebie. Obowiązki prefekta starałam się wykorzystać do poprawienia relacji z Lupinem, jednak wystarczyły tylko dwa patrole, żeby chłopak z uśmiechem powiedział mi, że wie do czego dążę, ale raczej nic nie zdziałam. James albo unikał mnie jak mógł, co w sumie nie było takie trudne, bo w końcu zaczęły się treningi Quidditcha, albo osaczał i z głupkowatym uśmiechem używał wszystkich swoich sprawdzonych zaczepek, które doprowadzały mnie do szewskiej pasji. Syriusz na początku udawał wielce obrażonego, ale potem w końcu przyznał się do winy i chociaż nie potwierdziłam czy mu wybaczam, oboje w końcu zapomnieliśmy o feralnej pułapce wampira. Nie zmieniło to faktu, że za każdy kolejny kawał dostawali karę cięższą od poprzedniej, tylko trochę za moim wstawiennictwem.
– Hej – podniosłam wzrok i uśmiechnęłam się w stronę Dorcas, która wraz z Maryl Binner i Clarie Patford usiadły obok mnie. Ciemnowłosa ostatnio większość czasu spędzała w drugim pokoju szóstoklasistek*, a jakaś część mnie czuła się za to odpowiedzialna, w końcu to przez moje relacje z Alicją atmosfera w naszym dormitorium stała się często nie do zniesienia. – Jak się masz?
– W porządku.
– Wybierasz się jutro do Hogsmeade? – Spojrzałam na Clarie, uroczą blondynkę z niespotykanie niebieskimi oczami, która uśmiechała się ciepło w moją stronę.
– Nie myślałam o tym w sumie – mruknęłam czując się trochę nieswojo. Jakoś nigdy nie starałam się utrzymywać z nimi dobrych stosunków i dopiero teraz uderzyło we mnie to jak musiało to wyglądać z ich strony.
– Jeżeli chcesz możesz iść z nami. Chcemy kupić trochę rzeczy na niedzielę, wiesz, szykuje się impreza. – Maryl zaśmiała się klepiąc Clarie po ramieniu.
– Nawet jeszcze nie wiadomo czy Gryffindor wygra – powiedziała, uśmiechając się do mnie.
– Przecież gracie z Huffelpuffem! Na pewno wygracie, tym samym pięknie otwierając nowy sezon.
– Chciałabym – zaśmiała się czarnowłosa. – A teraz wybaczcie nam, ale mamy z Clarie jeszcze coś do załatwienia. Spotkamy się tu jutro o dziesiątej?
– Mi pasuje, a tobie? – spytała się Dorcas, obracając się w moją stronę.
– Tak, tak. Yy... Czy Mary może z nami iść? – spytałam, trochę speszona.
– Jasne. To do jutra! – Spoglądałam na oddalające się Gryfonki, trochę zszokowana tym co właśnie zaszło.
– Przepraszam, jeżeli trochę cię wrobiłam, ale po prostu uważam, że powinnaś się trochę zabawić. Przez tą całą kłótnię z Alicją mam wrażenie, że tylko bardziej się w sobie zamknęłaś Lily. Poprosiłam dziewczyny żebyście mogły pójść z nami, uznałam, że to będzie miła odskocznia od codzienności. No i zgodziły się, no wiesz, najpierw musiałam przekonywać je, że na pewno ich nie zjesz, bo trochę bały się tego twojego temperamentu, ale w końcu się zgodziły. – Zachichotałam, a niebieskooka uśmiechnęła się szeroko. – No, i takiej Lily mi brakowało!
– Kompletnie zapomniałam o tym wyjściu. Wszyscy wciąż mówią o meczu – mruknęłam, rozciągając się.
– No tak, mecz. Mam wrażenie, że teraz to dla wszystkich priorytet – westchnęła Dorcas. – O, idzie Mary.
Rzeczywiście, szatynka przeszła przez dziurę pod portretem z tuzinem zwojów pergaminów, a widząc nas uśmiechnęła się radośnie i po chwili rzuciła się na fotel obok.
– Boże, nawet nie wiecie jaki tłok był dzisiaj w bibliotece! Chyba wszyscy na raz stwierdzili, że załatwią zadania dzisiaj, żeby weekend mieć absolutnie wolny.
– W końcu to bardzo ciekawy weekend, wyjście do Hogsmeade, pierwszy mecz Quidditcha i to jeszcze Gryffindoru. – Przyglądałam się jak Dorcas opowiada Mary o pomyślę wspólnego wyjścia, a ta ochoczo kiwa głową. Coś w moim brzuchu niebezpiecznie zawirowało. Odwróciłam wzrok i wpatrzyłam się w okno. Nie bądź głupia Lily, nie bądź zazdrosna.
Piątkowy wieczór minął dość szybko, przyozdobiony głupkowatymi wystąpieniami Huncwotów odgrywających raz po raz scenkę ich boskiej wygranej nad Mulciberem. Zdegustowana zaszyłam się za książkami i pozwoliłam swoim myślom na swobodne brykanie po całej mojej głowie.
Sobota powitała nas pięknym, bezchmurnym niebem. Z uśmiechem zeskoczyłam z łóżka i po raz pierwszy od przybycia do Hogwartu zdecydowałam się ubrać spódnicę. Pogoda za oknem wydawała się być lepsza niż na wakacjach, co było miłym zaskoczeniem po deszczowych początkach września. Wciągnęłam na głowę białą bluzkę z rękawami trzy czwarte i włożyłam ją w zieloną, zamszową spódniczkę. Następnie wbiegłam do łazienki – sekundę przed Dorcas, która ze śmiechem krzyknęła coś o niesprawiedliwości i tym, że jeszcze się ze mną rozprawi. Ze świetnym humorem umyłam zęby, rozczesałam długie włosy i przerzuciłam je na prawe ramię. Spojrzałam w lustro i po chwili zastanowienia przejechałam usta pomadką. Rzuciłam swojemu odbiciu krótki uśmiech, a potem zadowolona z efektu opuściłam pomieszczenie. 
– No wreszcie – sapnęła Meadowes, natychmiast zajmując łazienkę. Mary zachichotała cicho, ścieląc swoje łóżko. Spojrzałam w stronę Hawkins, która nie odzywając ani słowem związała włosy w wysokiego kucyka i ruszyła w kierunku wyjścia.
– Alicjo, poczekaj – zawołałam. Brązowooka przystanęła i obejrzała się przez ramię. Jej krótkie, czarne włosy podskakiwały w śmieszny sposób w podmuchach wiatru wpadającego przez otwarte okno, sprawiając, że na moją twarz wpłynął delikatny uśmiech, jednocześnie upewniając w tym co chcę zrobić. Nie mogłam dłużej tego ciągnąć, nie chciałam dłużej wszystkiego psuć. – Możemy porozmawiać?
– Ja... – szepnęła zaskoczona spoglądając na uśmiechniętą Mary. – Ja trochę się spieszę... Umówiłam się z Frankiem...
– Wiem, wiem. Ja tylko chciałam... Chciałam cię przeprosić. Nie powinnam była tak cię traktować przez mój stosunek co do chłopaków. – Dziewczyna zwęziła oczy podejrzliwie i przyjrzała mi się uważnie. – Może spotkamy się w Trzech Miotłach i tam pogadamy?
– Tak... Może być – mruknęła, delikatnie unosząc kąciki ust.
– W takim razie do później.
Patrzyłyśmy jak znika za drzwiami, a kiedy odgłos jej kroków całkowicie ucichł odetchnęłam cicho.
– No proszę, Lily Evans jest jednak człowiekiem! – zachichotała Mary, za co oberwała ode mnie poduszką w głowę. Obie wybuchnęłyśmy gromkim śmiechem i z lekkimi sercami usiadłyśmy w oczekiwaniu na Dorcas.
Kiedy wszystkie byłyśmy gotowe, żartując zeszłyśmy na dół, gdzie czekały już na nas Clarie i Maryl. Pierwsza miała na sobie piękną, niebieską sukienkę z krótkimi rękawami i białe trzewiki. Słodkie, blond loki upięła wsuwkami z kwiatami. Druga ubrała długie, czarne spodnie i zieloną koszulę. Czarne, proste włosy spływały na jej ramiona, sięgając jej prawie do pasa. Na nasz widok pomachały wesoło i dołączyły się do nas. Wspólnie ruszyłyśmy na parter, czekając na odprawę Filtcha, który po piętnastu minutach wyszukiwania naszych nazwisk na liście w końcu pozwolił nam wyjść poza bramy zamku.
– Więc gdzie chcecie pójść? Miodowe Królestwo to oczywista oczywistość, musimy też odwiedzić Zonka, już dawno skończyły mi się zapasy Śliskich Skrzekaczy... – zaczęła wymieniać Clarie, a ja zaśmiałam się głośno. Po chwili przyłączyła się do mnie reszta. Jak widać nie tylko mi Clarie wydawała się zbyt słodka i niewinna na psikusy, nigdy nie pomyślałabym o niej w ten sposób. – No co?
– Nic – mruknęła Mary, szczerząc w jej kierunku zęby.
Kiedy dotarłyśmy do wioski po krótkiej debacie ruszyłyśmy w stronę sklepu ze słodyczami. W środku panował już niezły tłok, więc chcąc nie chcąc rozdzieliłyśmy się. Pod rękę z Mary ruszyłam w stronę "słodkiej nauki" i z uśmiechem przypatrywałam się poukładanym w rządki cukrowym piórom. 
– Chyba sobie jedno sprawię – zachichotała szatynka, sięgając po niebieskofioletowe. 
– Ja tam wolę własne – mruknęłam, ale sama z ciekawością wzięłam jedno do ręki. 
Minęło sporo czasu zanim udało nam się z powrotem odnaleźć. Clarie znalazłyśmy przy regale z napisem "Niezwykłe smaki", pakującą do papierowej torby waniliowo–czekoladowe karaluchy i pistacjowe gąsienice. Dorcas wraz z Maryl dołączyły do nas chwilę później, z kieszeniami wypchanymi musami–świstusami, ślimakami–gumiakami, lukrecjowymi pałeczkami i zestawem najlepszych belgijskich czekolad nadziewanych różnymi eliksirami zmieniającymi humor. Kiedy Clarie zawołała, że musi się jeszcze wrócić po kwachy, Maryl poczęstowała nas nimi. Od tej pory nie byłam pewna czy po prostu tak świetnie się bawię, czy to jednak zasługa eliksiru rozweselającego. 
Odwiedziłyśmy jeszcze Zonka, skąd po godzinie musiałyśmy wyciągać Patford siłą, choć łatwiej o tym mówić niż to zrobić. W przerwie skoczyłam na pocztę i wysłałam rodzicom krótki liścik z pozdrowieniami. Kiedy w końcu każda z nas uznała, że załatwiła wszystko co miała załatwić, uśmiechnięte ruszyłyśmy w stronę Trzech Mioteł. 
Była to mała gospoda urządzona w bardzo staroświeckim stylu. Przy zatłoczonym barze kręciła się młoda kobieta ubrana w piękną, turkusową sukienkę okrytą przez biały fartuszek, roznosząc zamówienia. Po chwili zastanowienia ruszyłyśmy w tamtą stronę i złożyłyśmy swoje. Kiedy każda z nas trzymała już własną szklankę rozglądnęłyśmy się po pomieszczeniu pełnym małych, okrągłych stolików, w większość zajętych przez rozochoconych uczniów gawędzących zawzięcie o jutrzejszym meczu. Po przeciwległej stronie, przy kominku, siedzieli dobrze mi znani Gryfoni, w tym Alicja, która uśmiechnęła się do nas nieśmiało. Prawdopodobnie eliksir rozweselający wciąż działał, bo po chwili zastanowienia uznałam, że dobrym pomysłem będzie przysiąść się do chichoczącej szóstki. Kiwnęłam głową na dziewczyny, które ruszyły za mną w ich stronę.
– Hej! – zawołała Maryl, podchodząc z uśmiechem do Jamesa i Syriusza. – Jak nastroje przed jutrzejszym meczem?
– Znakomite – wyszczerzył się Syriusz. Clarie zaśmiała się i przysiadła obok Lupina. Ja i Mary po chwili przysunęłyśmy sobie krzesła i z uśmiechem siadłyśmy naprzeciw Alicji.
– Jak się masz, Lily? – zapytał Frank, uśmiechając się szeroko.
– W porządku – odpowiedziałam bawiąc się różową parasolką w swojej szklance.
– A od kiedy to pani prefekt zadaje się z takimi chuliganami jak my? – spytał Black podnosząc brwi.
– Nawet idioci zasługują czasem na obecność kogoś tak cudownego jak ja – mruknęłam wystawiając mu język, na co wszyscy parsknęli śmiechem. Chichocząc wzięłam łyk syropu malinowego z lodem i spojrzałam za okno, na skwar jaki panował na ulicy.
– Śmieszna pogoda – podłapał Peter, podążając za moim wzrokiem. – Najpierw było ciągle zimno, a teraz upały.
– Wolałbyś zamarzać w śniegu, Glizdku? – spytał James, a Pettigrew pokiwał przecząco głową. Uśmiechnęłam się delikatnie, kiedy z kominka doleciał do mnie chłodny podmuch powietrza. Zdecydowanie wolałam taką pogodę.
– Czy ja wiem, z taką masą wątpię żeby od razu zamarzł. – Podniosłam wzrok i spojrzałam w oczy Lucjusza Malfoya**. Jego krótkie włosy były zawadiacko zaczesane do tyłu, a biała koszula rozpięta u góry. Dłonie skrył w kieszeniach spodni, ale mogłabym przysiąść, że zaciskał je na różdżce. Może gdyby nie fakt, że był Ślizgonem i to najbardziej znienawidzonym, mógłby uchodzić za przystojnego. Uśmiechnął się drwiąco widząc mój wzrok. – Co, Evans, Potter już ci nie wystarcza, teraz masz ochotę na prawdziwego mężczyznę?
– Czego chcesz – warknął Black, przytrzymując ramię Jamesa, który próbował poderwać się na nogi.
– Przyszliśmy po prostu się trochę rozerwać, a widząc takie pokraki w najlepsze rozprawiające o głupotach... – przerwał, śmiejąc się. Dopiero wtedy zauważyłam, że za jego plecami stoją jeszcze Goyle, Mulciber i... Snape. Kiedy nasze spojrzenia się skrzyżowały zacisnęłam usta i natychmiast odwróciłam głowę.
– Wynoście się – mruknęła Alicja, łapiąc Franka za rękę, tym samym powstrzymując go od wstania.
– A co, boisz się, że twoja brudna krew zakazi się chwałą czystej? Raczej bym w to wątpił. Twój ojczulek zadając się z mugolami raz na zawsze przekreślił waszą rodzinę. – Po tych słowach jednocześnie stały się trzy rzeczy: James, Syriusz i Frank wstali w tym samym momencie, przewracając przy okazji stolik, błysnęło, huknęło i z różdżek Alicji i Lupina wystrzeliły złote iskry, a w pomieszczeniu nagle wybuchły okrzyki przerażenia. Rzuciłam się pod stół, w ostatniej chwili unikając zaklęcia wystrzelonego przez Goyla, pociągając za sobą Mary. Po chwili jednak odleciał on do tyłu i z trzaskiem uderzył w kominek, prawie przygniatając mi ramię. Krzyknęłam głośno, próbując się wygrzebać spod stosu drewna.
– Lily! – Mary złapała mnie za rękę i spróbowała wyciągnąć.
– Uważaj! – Dziewczyna w ostatniej chwili odskoczyła przed czerwonym promieniem zmierzającym w jej kierunku.
– CO TU SIĘ WYRABIA?! SPOKÓJ! – Podniosłam wzrok i ujrzałam Hagrida, który wściekły przedzierał się w naszą stronę przez uciekające tłumy uczniów. – NATYCHMIAST SIĘ ROZEJŚĆ!
Malfoy i Potter wciąż ciskali w siebie zaklęciami, Lupin bronił się przed Mulciberem, a Frank porzucił próby trafienia w przeciwnika i po prostu rzucił się na Goyle'a z wściekłym okrzykiem, wspomagany przez piszczącego Petera, który uwiesił się nogi przeciwnika. Mary pomogła mi odrzucać drewno, a wtedy mój wzrok padł na Snape'a, który stał wciśnięty w ścianę obserwując walkę. Musiał go zauważyć również Syriusz, bo chwilę później rzucił się w jego kierunku. Zdusiłam w sobie okrzyk, kiedy zaczął ciskać w jego stronę wszystkimi możliwymi zaklęciami.
– Nie, on nic nie robi! – wrzasnęłam, rzucając się z całej siły do przodu. – Przestań!
Severus w ostatniej chwili pochylił się, unikając upiorogracka, a kiedy się podniósł na jego twarzy malowała się wściekłość.
– Przestańcie! – ryknęłam, na dobre wygrzebując się spod odłamków. 
– Relashio!
– To zaklęcie na druzgotki idioto! – wrzasnął Black. – Furnunculus!
Snape krzyknął i złapał się za nos, na którym wyrosły bąble.
– PRZESTAŃ! – Rzuciłam się w stronę Syriusza, jednak w tym samym momencie Ślizgon machnął różdżką i chłopak poderwał się do góry, odrzucając mnie do tyłu.
– DOŚĆ TEGO! – wrzasnęła Rosmerta, jednym machnięciem różdżki ściągając go na ziemię. W gospodzie zapanowała cisza. – MOŻECIE MI WYTŁUMACZYĆ CO WY NAJLEPSZEGO WYRABIACIE?!
Z pomocą Mary podniosłam się z ziemi i rozglądnęłam po opustoszałym lokalu. Większość stolików i krzeseł leżała porozwalana na ziemi, lampy wisiały krzywo, groźnie skrzypiąc i grożąc urwaniem łańcuchów. Alicja podbiegła do Franka i przyłożyła swój sweter do rany na jego policzku, z której ciekła krew. Goyle z grymasem odsunął się od bełkoczącego Pettigrew i z pomocą Mulcibera wstał. Obaj nie wyglądali najlepiej, Frankowi chyba udało się trafić Goyle'a nogą od stołu prosto w nos, bo ciekła z niego krew i z pewnością był złamany w kilku miejscach. Mulciber wyglądał natomiast, jakby ktoś nadmuchał jego usta do rozmiarów pięści. Spojrzałam na Lupina, który w trudem podniósł się z ziemi bez większych widocznych obrażeń, obiecując sobie w myślach, że mu pogratuluję kiedy już wrócimy do wieży. 
– Przepraszamy. – James zdawał się na zauważać, że z jego ust i brwi cieknie krew. Widząc to, Rosmerta jakby trochę złagodniała.
– Tak, przepraszamy, że te plugawe glizdy zdemolowały pani gospodę! – krzyknął Syriusz, rzucając się w stronę Malfoya, którego rozerwana koszula była umazana czymś co przypominało...
– Śliskie Skrzekacze – zachichotała Clarie, zjawiając się obok mnie. Maryl uśmiechnęła się słabo, ocierając usta rękawem. – Trafił Binner, więc nie miałam wyboru, chyba był trochę zaskoczony, kiedy wybuchły mu mazią prosto w twarz...
Przyglądałyśmy się jak Hagrid rozdziela Ślizgonów i Gryfonów, którzy na nowo się na siebie rzucili.
– Wasza czwórka pójdzie za nami. Opowiecie psorowi co się tu stało – mruknął kiwając na nas. Cicho westchnęłyśmy i ruszyłyśmy za nim. Eliksir rozweselający chyba w końcu przestał działać, bo czułam się parszywie.
Kiedy dotarłyśmy do gabinetu dyrektora wszyscy mruczeli cicho pod nosami ze złością. Profesora Dumbledore'a jeszcze nie było, więc zostaliśmy zupełnie sami, w ciszy wyczekując na jego nadejście. Z zaciekawieniem przyglądałam się portretom byłych dyrektorów, przechadzając się po okrągłym gabinecie. 
– Fawkes! – Obróciłam się w stronę chłopaków, którzy ze śmiechem otoczyli...
– Czy to jest feniks? – spytała Clarie, podchodząc do nich z otwartą buzią.
– Najprawdziwszy. – Wszyscy obróciliśmy się w stronę uśmiechniętego Dumbledore'a, który zamknął drzwi komnaty. 
– O jacie, nigdy jeszcze nie widziałam feniksa! Są bardzo rzadkie! – Dyrektor pokiwał głową i podszedł do biurka.
– Wiem już co się stało. Pytanie tylko czemu znów przyczyna była ta sama, chłopcy – mruknął, siadając za nim, a nam wskazując krzesła przy ścianie.
– To wina Malfoya – warknął James, opierając się o jeden z filarów.
– I Snape'a – dodał Syriusz, rzucając się na pierwsze krzesło na prawo.
– Jego do tego nie wciągaj. – Wszyscy spojrzeli na mnie, ale nie wiedzieć czemu nie speszyło mnie to, wręcz przeciwnie, poczułam w sobie przemożną chęć wyrażenia własnego zdania. – Stał z boku, to ty go do tego wciągnąłeś...
– No chyba nie mówisz poważnie!
– Mówię. Zaatakowałeś go pierwszy! – Mary schowała twarz w dłoniach, a Clarie i Maryl spojrzały na siebie. Nie widziałam miny Alicji i nie byłam pewna czy chcę ją widzieć. 
– Dość. – Głos Dumbledora wydawał się miażdżyć mnie od środka. Przełknęłam powoli ślinę i spojrzałam na swoje dłonie. – Myślę, że wiem wystarczająco. Możecie wracać do wieży, prosto do wieży panie Black. Dowiem się, jeżeli tego nie zrobicie. Panie Lupin, czy mógłby pan na chwilę zostać?
Odwróciłam się i wściekła ruszyłam w stronę schodów, a potem jak oparzona wypadłam przez przejście obok chimery.
– Stój! – krzyknął Syriusz, wybiegając zaraz za mną. – Nie skończyliśmy jeszcze.
– Ja skończyłam – warknęłam, odwracając się i spoglądając na resztę szóstoklasistów.
– To Ślizgon, jak możesz go bronić!
– Bronię go, bo nie zrobił nic złego! Stał z boku i to ty go zaatakowałeś! Gdybyś go nie zmusił...
– Syriusz wcale nie musiał go do niczego zmuszać, prędzej czy później sam by to zrobił – mruknął chłodno Frank.
– Tego już się nie dowiemy, bo mimo wszystko to zrobił!
– Lily, myślę... – Zaczęła Alicja w przypływie odwagi, jednak pokiwałam głową i szybkim krokiem ruszyłam w górę korytarza. 
– Lily! – usłyszałam za sobą krzyk Mary, jednak nie zatrzymałam się. Po pierwszym zakręcie ruszyłam biegiem i zwolniłam dopiero na piątym piętrze, po drugiej stronie zamku. 
Czego tak właściwie się spodziewałam? Dla nich Snape był tylko kolejnym Ślizgonem, nic nie znaczącym poplecznikiem Malfoya. A kim tak właściwie był dla mnie?
Usiadłam na kamiennych schodach i objęłam nogi ramionami. Kim był dla mnie? Dawnym przyjacielem? Zalążkiem wszystkich problemów? No kim?
Nie rozumiałam czemu właściwie go broniłam. Oni wszyscy mieli rację, powinnam go sobie odpuścić, w końcu był z bandą Malfoya. Poczułam się tak, jakbym od początku roku oszukiwała się myśląc, że on żałuje, że tak jak ja cierpi z powodu tego co się stało. Poczułam się oszukana.
Nagle pomyślałam o Mary i o tym co ona mogła poczuć... Postawiłam go prawie na równi z nią, na równi z wszystkimi. Zrobiło mi się niedobrze. Nawet nie zauważyłam kiedy zaczęło mi tak zależeć na tych szóstoklasistach, przecież dopiero co byłam tylko ja i Mary. Evans i Mcdonald. Na zawsze. 
Czemu nie potrafiłam wymazać z pamięci jego sylwetki na tle wspólnych wspomnień?
Niebo na zewnątrz pociemniało i w końcu widok błoni całkowicie ukrył się w ciemnościach. Zrobiło się naprawdę chłodno. Potarłam ramiona dłońmi, próbując nie myśleć o dreszczach które mną wstrząsały. Musiało być już późno, o wiele za późno bym mogła przebywać na szkole o tej godzinie. Oparłam głowę na kolanach i westchnęłam cicho. Po chwili ciemność odpowiedziała tym samym. Na początku nie dotarło to do mnie, dopiero po chwili, mój mózg zrozumiał co się stało. Przerażona wyprostowałam się i wpatrzyłam w korytarz. 
– Jest tu kto? – mruknęłam drżącym głosem, jednak odpowiedziała mi tylko cisza. Pierwszy raz naprawdę pożałowałam, że nie mam przy sobie różdżki. Łapiąc się kamiennej balustrady wstałam i wzięłam głęboki oddech próbując zniwelować efekt nóg z waty. – Halo?
Powoli ruszyłam przed siebie, przyciśnięta do ściany. Ktoś był zaraz za zakrętem, mogłam to poczuć. Z zaciśniętym gardłem podeszłam tak blisko jak się dało i nie mogąc powstrzymać drżenia rąk złapałam się ściany, w ostatniej chwili uchylając się przed Filtchem, który potykając się o moje nogi runął jak długi na ziemię. Wciągnęłam do płuc powietrze i cofnęłam się przerażona.
– Ty! Co robisz tutaj o tej godzinie?!
– J–ja... – jęknęłam robiąc kilka kroków w tył.
– Jak masz na imię? – warknął stając na nogach i patrząc na mnie ze złością.
– L–li–ily E–evans – szepnęłam.
– Prefekt? – spytał podejrzliwie.
– T–tak... – Nie mogłam opanować drżenia ciała. Wyglądało na to, że trochę go tym zaskoczyłam, bo jego twarz z wściekłej zmieniła się na zdziwioną.
– Wiesz, że o tej godzinie nie wolno ci tu przebywać?
– Tak, ja... Ja patrolowałam korytarze i chyba się zamyśliłam... – wymyśliłam, modląc się w duchu, żeby uwierzył. Minęło kilka sekund podczas których woźny, wciąż zły, przypatrywał mi się ze zmarszczonymi brwiami, a potem uśmiechnął się chytrze.
– W takim razie jestem pewien, że razem z partnerem wpisałaś się na dzisiejszą listę, co? Pójdziesz za mną.
Poczułam jak zalewa mnie jeszcze większa panika. Filtch pokuśtykał w drugą stronę, a ja czując, że chyba zaraz zemdleję ruszyłam za nim. Co mnie napadło, żeby coś takiego wymyślać?! Zaraz wszystko wyjdzie na jaw i... Poczułam, jak mój żołądek zaciska się i wykonuje szalony obrót. O mój boże, w co ja się wpakowałam.
Hogwarckie korytarze jeszcze nigdy nie wydawały mi się tak ciemne i długie. Drżąc zeszłam za Filtchem na parter i potulnie ruszyłam do jego biura. Zaraz umrę. 
– Lily! Tu jesteś, wszędzie cię szukałem! Poszedłem tylko wpisać nas na listę patrolujących, a ty mi gdzieś zniknęłaś i... Oh. – Lupin zatrzymał się w połowie schodów i zmieszany spojrzał w stronę Filtcha.
– A ty to kto? – spytał podejrzliwie.
– Remus Lupin, prefekt Gryfiindoru. Razem z Lily mieliśmy dzisiaj wartę, ale się rozdzieliliśmy. Nie było cię w wieży, więc uznałem, że pewnie wciąż gdzieś na mnie czekasz, ale nie było cię już pod posągiem jednookiej wiedźmy... – dodał, spoglądając w moją stronę.
– Co... – szepnęłam, ale Remus ledwo zauważalnie pokręcił głową dając mi znak, żebym siedziała cicho.
– Tak? – Filtch nie wydawał się do końca przekonany, jednak kiedy razem z nami sprawdził listę patrolujących i odnalazł tam nasze nazwiska z kwaśną miną pozwolił nam odejść.
– Kiedy złapię Was następnym razem o tej godzinie nie będzie mnie obchodzić czy patrolujecie korytarze, czy akurat walczycie ze smokiem, czy lunatykujecie, wlepię wam szlaban, zrozumiano?
– T–tak – szepnęłam kiwając głową.
– Chodź – syknął Lupin, ciągnąc mnie w kierunku schodów. – Dobrej nocy!
Dopiero dwa piętra wyżej odważyłam się odezwać. 
{muzyka przy której to pisałam, może ktoś będzie chciał troszkę bardziej się wczuć, ale nie nalegam, Wasz wybór :)}
– Co to było? – szepnęłam, zatrzymując się.
– Ciesz się, że zdążyłem nas wpisać.
– Skąd wiedziałeś? – Chłopak podrapał się po głowie.
– Ja... Nie wróciłaś do wieży, więc uznałem, że możesz mieć kłopoty. Usłyszałem jak Filtch mówi coś o patrolowaniu, więc zbiegłem na dół i w ostatniej chwili...
– Ale jakim cudem zdążyłeś przed nami? – spytałam z niedowierzaniem.
– Znam trochę skrótów – zachichotał blondyn, uśmiechając się do mnie ciepło. – Ale za to ty, Lily... Wiesz, myślałem, że będziesz bardziej uważać.
– Ja... Po prostu się trochę zamyśliłam – wypaliłam, ruszając w stronę wieży.
– Mhm. – Lupin szedł obok, udając, że bardzo zaciekawiły go jego palce. – Lily, nie przejmuj się. Wiesz jaki stosunek mają... no w sumie wszyscy do Ślizgonów. To nie tak, że ktoś chce ci zrobić na złość...
– Tak, wiem – mruknęłam szybko, patrząc pod nogi.
– Stój. – Chłopak złapał mnie za rękę i obrócił. Posłałam mu pytające spojrzenie, kiedy uśmiechnął się delikatnie.
– Wiem, że ci ciężko. Uwierz, mi też... Jest ciężko. Nawet nie wiesz jak. Ale powinnaś zapomnieć. Musisz zapomnieć. To co było nie wróci. Pewne rzeczy traci się bezpowrotnie, tak było i w przypadku twojej przyjaźni z Severusem. Wiem, że nie zrozumiesz tego, dopóki sama sobie tego nie poukładasz, ale nadejdzie taki dzień, kiedy będziesz pewna co powinnaś zrobić. 
Przymknęłam oczy, starając się powstrzymać łzy. Remus westchnął i przyciągnął mnie do siebie, delikatnie obejmując. Nie widząc czemu to robię rozpłakałam się, wtulając w jego tors.
– Ciii...
Poczułam jego dłonie na moich plecach, delikatnie odgarniające moje włosy. Chyba tego właśnie wtedy potrzebowałam, słowa pocieszenia, głupiego "będzie dobrze". Zacisnęłam powieki i wzięłam głęboki oddech powoli odsuwając się od chłopaka. W jego oczach zobaczyłam prawdziwą troskę i... Ból. Złapał mnie za rękę i powoli ruszył w stronę portretu Grubej Damy, który majaczył na końcu korytarza.
– Macki Matacki – mruknął, a kobieta pokiwała smutno głową i spoglądając na mnie otworzyła przejście.
– Remusie, co ty straciłeś bezpowrotnie? – spytałam szeptem, w pogrążonym w ciemnościach Pokoju Wspólnym.
– Śpij dobrze, Lily – odpowiedział, całując mnie w czoło, po czym odszedł, pozostawiając mnie sam na sam z własnymi myślami.






* Nigdy nie było do końca wyjaśnione, ilu uczniów jest w Hogwarcie, jednak kiedy zaczęłam o tym myśleć doszłam do następujących wniosków: (tak, na początku źle policzyłam bo nie wzięłam pod uwagę dwóch płci, no ale ok, nie będę już zmieniać wątków, niech będzie że mam rację, chociaż argumenty mi osłabły xd)
1) jeżeli na roku w jednym domu jest około 5 osób razy dwa (boys and girls), to daje to 70 osób z jednego domu (no i to już jest dosyć dziwne bo skoro klasy były duże, a na lekcje szły dwa domy z jednego roku - czyli tylko około 20 osób? to mało, bo nawet jeżeli siedzieli po 2-3 osoby, to wychodzi tylko po 3 ławki na 3 rzędy, no ale dobra, może lubili mieć mało osób w klasie)
2) 70 razy cztery domy daje 280 osób, a 280 osób na wielki, siedmiopiętrowy zamek pełen klas, wielkie błonia, gigantyczna sala wejściowa mogącą pomieścić dom Dursley'ów (część 1 HP) i mega długie stoły które mogły na pewno pomieścić więcej niż 70 osób (bo to tylko około 35 osób po jednej stronie, a skoro Wielka Sala była wielkości no na pewno większej niż wejściowa, przyjmijmy dwóch domów, to takie 35 osób to jak jedno krzesło w wielkiej jadalni) to nic
3) W mojej dwupiętrowej szkole jest 1200 osób i jeżeli trzeba, to zmieścimy się na gigantycznej sali gimnastycznej (o wielkości dwóch domów xd) więc przy tym nawet te 280 osób to pikuś
4) patrząc na powyższe trzy punkty śmiem twierdzić, że mogło być tych uczniów trochę więcej.
Tak więc pozwoliłam sobie wprowadzić małe zmiany, objawiające się większą ilością pokoi, co równa się większej ilości uczniów. Kto wie, może za czasów rodziców Harry'ego urodziło się więcej dzieci posiadających zdolności magiczne? Nie mówię, że w każdym domu liczba uczniów ma się podwoić, w końcu 140 osób w jednym pomieszczeniu.. hm nieciekawie. Ale nikt nie mówił, że na którymś roczniku nie mógł pojawić się dodatkowy pokój, choćby dla 2-3 osób :)
** Nie wiem czy ktoś w ogóle pamięta, że Lucjusz był o pięć lat starszy od Snape'a. O tak, był :) Niestety czym byłoby pisanie o wielkiej konfrontacji Ślizgoni vs. Gryfoni, jeżeli zabrakło by tam tego słynnego Malfoyowego cynizmu? Pozwoliłam więc sobie troszkę nagiąć kanon i wcisnąć tu owego blondyna, by mógł trochę namieszać. Poza tym nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek inny mógł przewodzić bandzie Slytherinu z większym powodzeniem :)

Hej! Więc w końcu nadszedł ten czas, wróciłam. Haha, to naprawdę świetne uczucie :)
Muszę Wam powiedzieć, że zrobienie sobie tej przerwy było wspaniałym pomysłem. Naprawdę, wiele przez ten czas się działo, wiele rzeczy sobie poukładałam. Myślę, że ten czas dał mi dużo do myślenia, a przede wszystkim pozwolił, żeby na przód wysunęły się priorytety w moim życiu - i jak miło mi się zrobiło, kiedy odkryłam, że jednym z nich jest blogosfera i kontynuowanie Stop Dreaming. Przede wszystkim ten miesiąc umocnił mnie w postanowieniu pisania tej historii i wcale nie osłabił mojego zapału - myślę, że raczej pozwoliło mi to popatrzeć na to z dalszej perspektywy. Poprawiłam to i owo i przede wszystkim zmieniłam całkiem plany co do kolejnych rozdziałów. Muszę powiedzieć, że jest naprawdę dobrze. 
Przede wszystkim chciałabym tu podziękować wszystkim czytelnikom - tak bardzo się cieszę, że jest was chociaż troszkę, a z każdym komentarzem czułam jak serduszko mi rośnie, dosłownie. Cieszę się, że podoba się Wam to co pisze. Ostatnio kolega powiedział mi, że to niesprawiedliwe, że jakieś blogi modowe mają po tysiąc obserwatorów, a te z dobrymi opowiadaniami zaledwie kilku. Miał rację, niestety, ale to nic, nic nie szkodzi - jeszcze przyjdzie czas. Z resztą, koniec roku szkolnego = mnóstwo nauki, więc mało czasu, żebym mogła nadrobić inne blogi i zareklamować swój. Może uda się to na wakacjach, zobaczymy :)
Zdecydowanie jednak mogę powiedzieć, że z każdym kolejnym rozdziałem jestem z siebie coraz bardziej dumna, oraz wciąż biję swój rekord opublikowanych rozdziałów. Zawsze miałam problem z rozwijaniem historii, nawet jeżeli była ona na swój sposób dobra. No ale, to chyba magia Harry'ego!
Nie będę przedłużać, na pewno macie coś lepszego do roboty niż czytanie takich bzdur. Z szóstym rozdziałem zobaczymy się trzynastego czerwca, czyli prawdopodobnie po ostatnich sprawdzianach i poprawach. Rozdział (przynajmniej według mnie) jest świetną odskocznią od problemów i naprawdę fajnie będzie go czytać, z resztą, bardzo wiąże się z piątym. A co do niego, przepraszam za Lily, wiem, wiem, jeszcze chwila i na stale wyrosną jej rogi, ale nie bójcie się - jeżeli tak jak ja uwielbiacie zakończenie tego rozdziału, jeszcze bardziej spodoba wam się kolejny. (Ups, chyba zdradziłam, że misja "naprawić Lily" rozpoczęta)
Na koniec jeszcze raz dziękuję - za wszystko - i przepraszam za takie wywody. Czułam przemożną chęć napisania tego wszystkiego, wręcz nie mogłam się powstrzymać. Mam nadzieję, że maj minął Wam świetnie, a czerwiec zapowiada się jeszcze lepiej. Trzymajcie się i do następnego!
P.S. - ciekawych kolejnego rozdziału zapraszam do zakładki "zapowiedź" ;)