środa, 26 sierpnia 2015

15. Między nami


{Rozdział ten chciałabym zadedykować wszystkim tym, którzy czekali na niego tyle czasu, a w szczególności:
Natalii Rodak, za nękanie mnie po nocach,
Moony, za każde ciepłe słowo,
Oliwii Borowiak, za rozgrzewające serce komentarze,
Kasi Podsiadło, za wytrwałe oczekiwanie
i innym, których nazwisk nie wspomnę, choć goszczą w moim szczęśliwym serduszku. Dziękuję.

Światła, muzyka, akcja!}


Wieczór był chłodny. Chmury osunęły się na ziemię, przykrywając ją woalem mlecznobiałej ciszy. Ostatnie promienie słońca znikały za horyzontem, zabarwiając wody jeziora na krwistoczerwony kolor. Przez cały dzień padało, więc śnieg ponownie zniknął w strugach lodowatego deszczu, pozostawiając za sobą jedynie chłód i wilgotną ziemię.
Z każdym moim krokiem rozlegał się nieprzyjemny chlupot, kiedy czarne kalosze były siłą wyrywane spomiędzy błota. Nie przeszkadzało mi to, wręcz przeciwnie. Przyjemnie było choć na moment wyrwać się, uciec od rozgardiaszu panującego w zamku. Podniosłam głowę i odetchnęłam wilgotnym powietrzem. Zbierało się na ulewę, jednak nie przejęłam się tym zbytnio. Miałam na głowie zbyt dużo spraw. Szłam przed siebie, kierując swe kroki w stronę jeziora, jednocześnie starając się oczyścić umysł. 
Był czwartek, więc do weekendu został tylko jeden dzień. Co prawda czekało mnie sporo nauki, a w sobotę miał się odbyć mecz między Gryffindorem a Ravenclawem, którego od kilku dni wyczekiwali niemal wszyscy uczniowie, jednak nawet to nie mogło zepsuć moich nadziei na wyspanie się. Jeśli miałam być szczera, to najchętniej zakopałabym się w pościeli i nie wychodziła z łóżka aż do wakacji, a może nawet jeszcze dłużej. Ale nie mogłam. Poza tym pewnie zamęczyłabym się rozważaniem nad tym, co powinnam z tym wszystkim zrobić.
Brakowało mi Mary. W całej historii naszej przyjaźni nie było jeszcze tak długiej przerwy. Tyle razy chciałam już się z nią pogodzić, jednak zawsze coś stawało mi na drodze. To było po prostu śmieszne. Po raz pierwszy czułam się odpowiedzialna za ten stan rzeczy i to ja chciałam wyciągnąć do niej rękę, jednak wszystko wskazywało na to, że wszechświat się uparł, by do tego nie dopuścić. Brakowało mi jej ciepłego głosu i mocnego uścisku. Ona wiedziałaby, co robić.
Tamtego ranka, kiedy spóźniona biegłam na zaklęcia, wpadłam, a raczej zostałam staranowana przez pewną Krukonkę. Natalie Parker spiorunowała mnie wzrokiem, zagradzając drogę.
– No proszę, kogo my tu mamy – warknęła, zakładając włosy za ucho.
– Przepraszam? – spytałam, zdziwiona, na co blondynka uśmiechnęła się drwiąco.
– Nie udawaj, że nie rozumiesz, o co mi chodzi – dodała. Prawdę mówiąc, nie miałam pojęcia, więc jedynie uniosłam brwi, na co twarz dziewczyny wykrzywił grymas. – Nawet nie zdajesz sobie sprawy, co właściwie robisz. Lily Evans, rudowłosa zakonnica, za którą ugania się nie kto inny, jak James Potter. Nie wystarczy ci jeden cud–chłopak, na którego tak notabene w ogóle nie zasługujesz? Wszystko albo nic, co, Evans?
– O co, do cholery, ci chodzi? – spytałam, poirytowana, kiedy nad naszymi głowami zadźwięczał dzwon oznajmiający rozpoczęcie się zajęć.
– Nie udawaj głupiej. Bawisz się ludźmi, poniewierasz nimi, przy okazji niszcząc innym życie.
Na kilka sekund zapadła cisza, a potem dotarło do mnie to, co powiedziała, i zanim zdążyłam się powstrzymać, zachichotałam.
– Chodzi o Nathiasa? Poważnie? – spytałam rozbawiona.
– Wplątałaś go w tę żałosną intrygę, z której sama nie umiesz znaleźć wyjścia i jeszcze masz to za na tyle zabawne, żeby to mnie wyśmiewać?
– Kochasz go – mruknęłam, a blondynka spojrzała na mnie wściekła.
– Ty…
– Nie wykręcaj się – przerwałam jej szybko. – Posłuchaj, nie jestem niczego winna. Nathias wybrał mnie, powinnaś się z tym pogodzić – dodałam, wściekła.
– Nawet nie wiesz, co robisz – ryknęła blondynka. – Nie masz pojęcia, jakie skutki mają twoje poczynania! Myślisz, że to zabawa? Nic do niego nie czujesz, a pozwalasz mu myśleć, że coś z tego będzie! Jesteś zwykłą hipokrytką, Evans. Szują i kłamczuchą. Zostaw go w spokoju, póki nie jest za późno.
– Wybrał mnie – syknęłam. – Nie ciebie, jasnowłosą, mądrą i dojrzałą Krukonkę, tylko mnie, prostą Gryfonkę. Przegrałaś na starcie, Parker. A na pewno w momencie, w którym mnie pocałował.
Było mi tak głupio, kiedy o tym myślałam. W palących promieniach zachodzącego słońca czułam się jak ostatnia idiotka. Nie wiedziałam nawet, czemu to powiedziałam. Tak, byłam wściekła i wyładowałam emocje na niczego winnej dziewczynie. Problem niestety nie leżał w tym, co się stało, żeby go rozwiązać, musiałam dotrzeć do samych podstaw.
Potrzebowałam Mary. Musiałam wszystko wyjaśnić.
Ale wciąż nie byłam pewna jak.
Kiedy pierwsze krople deszczu uderzyły o ziemię, byłam już tak daleko od zamku, że nawet nie starałam się uciec przed ulewą. I tak nie dałabym rady. Zamiast tego po prostu zawróciłam i spokojnie ruszyłam w stronę wejścia. Po kilku minutach czarna bluza, w jakiej byłam, całkiem przemokła. Żałowałam, że nie wzięłam parasola. Woda zbierała się na moich włosach i zalewała mi twarz. Może dlatego nie od razu zorientowałam się, że przestało padać na moją głowę. Dopiero słysząc świst, uświadomiłam sobie, że nie jestem sama.
– Na Merlina! – krzyknęłam, odskakując do tyłu. – Wystraszyłeś mnie na śmierć.
James Potter uśmiechnął się delikatnie, zeskakując z miotły. Nad głową trzymał czerwony parasol, od którego z cichym stukotem odbijały się krople deszczu, a z jego ubłoconego stroju do quidditcha ciekła woda.
– Wybacz – mruknął, zbierając z czoła mokre włosy.
– Co tu robisz? – spytałam, na co chłopak wyszczerzył się.
– Trening – zawołał, wskazując na miotłę opartą teraz o jego ramię. Poczułam, jak na policzki wpływa mi czerwony rumieniec, kiedy dotarło do mnie, jak głupie pytanie zadałam. Gryfon spojrzał na mnie rozbawiony, udając, że nie widzi mojego skrępowania.
– A ty? Nie spodziewałbym się, że o tej godzinie spotkam tu akurat ciebie?
– A kogo byś się spodziewał? – wypaliłam, na co brunet uśmiechnął się ledwie zauważalnie i wskazując głową na zamek, ruszył powoli w jego kierunku, ze mną u swojego boku.
– Nie ciebie – odpowiedział, akcentując każde słowo, a ja przewróciłam oczami. – Więc?
– Byłam się przejść. Zresztą, co cię to interesuje, co?
– Oho, wróciła stara wścibska Lily – zachichotał, za co dostał ode mnie kuksańca w bok. Nie mogłam uwierzyć, że rozmawiamy w ten sposób, nie po tygodniu omijania się na korytarzu.
– Wiesz...
– Ja… – zaczął w tym samym czasie, by po chwili spojrzeć na mnie i zacisnąć usta w uśmiechu. – Mów pierwsza – mruknął, rozbawiony kręcąc głową.
– Och, no, to nic ważnego w sumie…
– Lily… – szepnął, a deszcz zagłuszył resztę słów. Patrzył na mnie spod długich rzęs, z delikatnym uśmiechem błąkającym się na jego ustach, a ja dostałam nagłej zadyszki.
– To, co stało się w Hogsmeade…
– Och – mruknął, szurając butami. – Tak, wiesz, nie zwracaj na to uwagi, ja…
– James – szepnęłam, zatrzymując go. Chłopak spojrzał na mnie z bólem, na co przygryzłam wargi, nie umiejąc ubrać myśli w słowa.
– Trochę przegiąłem, wiem, że naruszyłem niewymowną granicę, nie wiem, co mnie napadło. Możesz być całkowicie pewna, że więcej tego nie zrobię.
Chciałam powiedzieć, że tego nie chcę. Chociaż sama przed sobą nie umiałam przyznać się do tego, że wspomnienie naszej ostatniej rozmowy niosło ze sobą przyjemne uczucie ciepła gdzieś w podbrzuszu (a już przynajmniej lekkich duszności), słowa te były już praktycznie na końcu mojego języka, kiedy chłopak, tak po prostu, przyciągnął mnie do siebie.
– Och, Potter – mruknęłam cicho, zaciskając ręce na jego plecach, kiedy jego własne torowały sobie drogę ku mojej talii.
– Evans – szepnął, a ja wtuliłam się w zgięcie jego szyi.
Trudno powiedzieć, ile tam staliśmy. Czułam się tak, jakby ktoś połamał wskazówki zegara, pozostawiając nas w bezdennej przepaści czasu. Chłopak trzymał mnie za rękę przez całą drogę, aż do wrót wejściowych. W milczeniu szliśmy obok siebie, w ciszy zajrzeliśmy do Wielkiej Sali, w ostatnim momencie łapiąc kilka tostów na kolację. Dopiero przekraczając próg Pokoju Wspólnego, Gryfon spojrzał na mnie i mrugnął, dając mi kuksańca w bok.
– Działaj, Evans. McRonner to dobry chłopak.
Spoglądałam za nim, kiedy szedł w kierunku Syriusza i śmiejącej się Maryl. Tkwiąc w bezruchu, śledziłam ruchy jego dłoni, kiedy, nie zważając na krzyki dziewczyny, przytulił ją, wycierając się w jej puchaty sweter, a potem przywitał z Łapą. Obserwowałam, jak trzepie głową, a z jego mokrych włosów spadają kropelki wody. Przyglądałam się mu pełna zdziwienia i wątpliwości, a potem, sekundę przed tym, jak spojrzał w moim kierunku, obróciłam się i ruszyłam na górę, w głowie wciąż mając jedno, boleśnie odbijające się od jej wnętrz, zdanie.
Nie chcę, żebyś już nigdy nie przekraczał tej granicy. Nie chcę.

Sen jeszcze nigdy nie przyszedł i nie odszedł tak szybko. W ciągu jednej sekundy, jednego mrugnięcia, świat usnął i obudził się na nowo. Przez jakiś jeszcze czas leżałam w bezruchu, oddychając rześkim powietrzem, wlatującym przez otwarte okno. Słuchałam codziennej porannej paplaniny Alicji i delikatnych wybuchów śmiechu Mary, pod powiekami wciąż mając obietnicę uczucia wypełniającego mnie ciepłem. Wstałam, dopiero kiedy drzwi zamknęły się za Gryfonkami, a z łazienki wychyliła się prawie gotowa Dorcas.
– Pobudka, księżniczko.
– Wstaję, wstaję – mruknęłam, pod palcami prawej ręki wyczuwając delikatne futerko Rosie.
– Wrócił syn marnotrawny, no, a przynajmniej córka – mruknęła Meadowes, unosząc brwi na widok kotki.
– Nie słuchaj jej, Rosie – mruknęłam, a kotka przeciągnęła się wdzięcznie. W tym samym momencie w drzwiach pojawiła się uśmiechnięta głowa Maryl.
– A ja tam jestem po stronie Dorcas – zawołała, wchodząc do środka.
– A co wam to biedne stworzenie takiego zrobiło – zaśmiałam się i w pośpiechu wciągnęłam na siebie mundurek.
– Och, no cóż, może zacznijmy od tłuczenia wszystkiego, co ma jakąkolwiek wartość sentymentalną, darcia zasłon i ulubionych ciuchów, wywracania kosmetyków, wylewania szamponów, paskudzenia gdzie popadnie… – zaczęła wyliczać Meadowes.
– Dobra, dobra, wystarczy.
– Poza tym twoja kotka wypracowała sobie swoją własną wizytówkę – mruknęła Maryl, po czym marszcząc brwi, podeszła do mnie i poprawiła moją szatę – wszędzie, gdzie wlezie, zostawia martwe myszy. A ostatnio umiłowała sobie nasz pokój.
– Przepraszam – odpowiedziałam pytającym tonem , na co Binner pokręciła głową w uśmiechu.
– Chodźmy, bo nie zdążymy na śniadanie.
Szłam za dziewczynami, niespecjalnie wsłuchując się w ich rozmowę. Kiedy doszłyśmy do Wielkiej Sali, Gryfonki usiadły obok Huncwotów a ja usadowiłam się naprzeciwko. Podniosłam wzrok i wystawiłam język wpatrującemu się we mnie, rozbawionemu Remusowi w tym samym momencie, w którym obok mnie usiadł Nathias.
– Cześć – zawołał, uśmiechając się do mnie i przybijając żółwika z chłopakami. Byłam mu wdzięczna za to, że nie próbował mnie przytulić ani witać się w żaden inny sposób. To wszystko i tak było już skomplikowane. – Słyszeliście już?
– O czym? – spytał Syriusz, pakując do ust pół talerza jajecznicy, którą dopiero co zwinął Jamesowi sprzed nosa, na raz.
– O spotkaniach zawodowych. Pierwsze jest dzisiaj – odpowiedział Krukon, a Lupin pokiwał głową, odstawiając pucharek.
– Tak, McGonagall coś o tym wspominała. Ma przyjechać jakiś lektor z Ministerstwa i przeprowadzić serię spotkań z szósto– i siódmoklasistami.
– Powołali sztab kryzysowy – zachichotał Ben Fenwick, który przysłuchiwał się naszej rozmowie, a James uśmiechnął się pod nosem.
– Fylko po so – wymamrotał Black, z trudem przełykając posiłek i nic sobie nie robiąc z karcącego spojrzenia Maryl, która zerkała na niego nad ramieniem żwawo opowiadającej o czymś Dorcas.
– Tata mówił mi, że to nowy program szkolenia młodzieży. Potrzebują nas, żeby walczyć przeciwko Sami–Wiecie–Komu.
– No co ty, nie pozwoliliby dzieciom brać udziału w wojnie – mruknęłam, kiedy Peter przestraszony spojrzał na McRonnera.
– Czy ja wiem – wtrącił Potter, drapiąc się po głowie – nie każdy z nas jest dzieckiem.
– Och, no ty i Black to na pewno – mruknęłam, na co Rogacz podniósł brwi i spojrzał na mnie zadziornie, a ja zachichotałam.
– Zaraz, zaraz. Dzisiaj? Przecież… – przerwał nam Syriusz, podnosząc się nagle znad swojego talerza.
– Spokojnie, zaczynają się o osiemnastej – zapewnił Krukon, na co cicho westchnęłam.
– Co wzdychasz, Evans?
– Zupełnie zapomniałam, że chcecie dzisiaj zorganizować tę głupią imprezę. Black – dodałam po chwili, mieszając łyżką w misce z owsianką.
– Nie chcemy, tylko organizujemy. I co masz taką minę, przecież nikt cię nie zmusza do przyjścia. No i możesz wziąć ze sobą chłopaka – dodał wrednie, na co posłałam mu mordercze spojrzenie, a James zachichotał. Spojrzałam na niego, naśladując jego wcześniejszą minę, na co Remus wybuchnął głośnym śmiechem.
Wkrótce potem Huncwoci zaczęli się zbierać, a ja przyglądałam się, jak w drodze do wyjścia straszą pierwszoroczniaków, przy okazji czekając na Dorcas. Nathias przysunął się do mnie i uśmiechnął delikatnie.
– Nie odezwałaś się po wtorku – powiedział, wpatrując się we mnie, ciekawy mojej reakcji. Trzy dni temu zaczepił mnie podczas obiadu i podczas tej krótkiej rozmowy właściwie nie mieliśmy okazji za dużo wyjaśnić. Obiecałam, że dam mu znać, kiedy znajdę czas, ale, sama nie jestem pewna z jakiej przyczyny, jakoś się do tego nie kwapiłam.
– Tak, miałam dużo na głowie – mruknęłam, poprawiając torbę.
– Nie miałabyś nic przeciwko temu, żebyśmy zobaczyli się dziś przed imprezą? Albo, może tak będzie lepiej, złapię cię gdzieś na spotkaniu.
– Och, tak, jasne – zapewniłam. Sekundę później Dorcas ruszyła w naszą stronę, a ja odetchnęłam. – M–muszę już iść, ale w takim razie widzimy się później.
– Więc całowałaś się z nim, ale panikujesz na samą myśl o rozmowie? – spytała później brunetka, a ja westchnęłam cicho.
– Nie całowałam się z nim, to on pocałował mnie.
– Och, bo to taka różnica – parsknęła Meadowes, ciągnąc mnie w stronę lochów.

Reszta dnia minęła w zatrważającym tempie i zanim się obejrzałam, na zegarach wybiła osiemnasta. Z Dorcas pod ramię stawiłyśmy się w Wielkiej Sali kilka sekund przed tym, jak profesor Dumbledore poprosił o spokój. Normalnie pewnie byłabym tam pół godziny wcześniej, ale biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia, zaczynałam się stresować.
– Wyluzuj, wyglądasz, jakbyś miała zaraz popuścić – szepnęła Dorcas, kiedy na podwyższenie wszedł wysoki mężczyzna w ciemnogranatowej szacie.
– Witajcie. Nazywam się Anthony Godfray i jestem prowadzącym Komisji Nadzoru Edukacji i Kariery. Jak każdy z was wie, zebraliśmy się tu dzisiaj, by pomówić o waszej przyszłości. Nie zamierzam być jednym z tych, którzy zanudzą was wykładami o tym, co powinniście zrobić. Sami zadecydujecie o tym we właściwym czasie. Zamiast tego podam wam liczby. Osiemdziesiąt procent z was stanie oko w oko ze śmiertelnym niebezpieczeństwem zaraz po opuszczeniu murów tej szkoły. Piętnaście procent zginie w ciągu pierwszego roku, kolejne pięć zaginie. Trzydzieści, może czterdzieści procent zabarykaduje się w domach, a pozostali staną oko w oko ze śmiercią. No, chyba że w ciągu najbliższego roku wojna się skończy – zakończył żartobliwym tonem, choć wyraz jego twarzy był poważny. Wrażenie, jakie wywarła jego postawa, sprawiło, że nikt się nie zaśmiał, a w Sali panowała cisza. – W porządku, skoro mamy już za sobą uprzejmości – powiedział, uśmiechając się pod nosem. – Wokół znajdziecie kilkanaście stanowisk, które pomogą wam się przygotować do życia po opuszczeniu zamku. Wybierajcie mądrze. Każdemu stanowisku przewodniczy inna osoba, która następnie poprowadzi serię, nazwijmy to, spotkań, podczas których spróbują przekazać wam swoją wiedzę i doświadczenie. Spotkania te będą odbywać się raz w tygodniu, aż do zakończenia roku szkolnego, w terminach ustalonych przez prowadzących.
Mężczyzna zszedł z podwyższenia a po pomieszczeniu przetoczyły się szmery i chwilę później wszędzie wybuchły rozmowy. Rozejrzałam się w poszukiwaniu wspomnianych stanowisk i zaskoczona spostrzegłam, że dookoła znajdują się wielkie stragany z błyszczącymi banerami.
– Co myślisz o bankowości? – spytała Dorcas, a ja wybuchłam śmiechem.
– Myślę, że to coś specjalnie dla Syriusza – odpowiedziałam, na co Black odwrócił się z moją stronę.
– Już wolałbym przewalać smocze łajno.
– Da się załatwić – zawołała Maryl, klepiąc kolegę po ramieniu.
– Żebym ja cię nie załatwił! – Łapa rzucił się w stronę Gryfonki, a ta z krzykiem radości wskoczyła Jamesowi na barana.
– Ruszaj, rumaku!
Osoby wokoło zachichotały, kiedy Rogacz, zaskoczony, zaczął skakać z Maryl na plecach, uciekając przed złowieszczymi okrzykami Blacka.
Wkrótce zrozumiałam, że mogłabym spędzić tam całą noc, a dalej nie byłabym do końca zdecydowana, co wybrać. Przeglądałam ulotki i słuchałam porad praktykantów, po czym szłam dalej. Minęłam już tresurę smoków w Albaniibadania alchemiczne i sztukę wyrobu różdżek, kiedy przed moimi oczami ukazał się biało–niebieski stragan z wielką laską Esculapa i dwoma wężami wokół niej. Zaciekawiona podeszłam bliżej, mijając tłum rozemocjonowanych Puchonów, stojących przy olbrzymim, migoczącym napisie „Chcesz pomóc hodować rzadkie gatunki roślin egzotycznych o magicznych właściwościach?”.
– Zainteresowana medycyną?
Kobieta, która to powiedziała, stała tuż za sporych rozmiarów ladą, sortując małe gumowe wężyki, które wiły się pod wpływem dotyku. Miała siwe włosy, choć wyglądała na góra dwadzieścia pięć lat. Duże oczy w kolorze migdałów patrzyły na mnie z radością, a wesoły uśmiech uwydatniał dołeczki w policzkach. Ubrana była w biały fartuch z naszytym imieniem i nazwiskiem nad lewą piersią. Pokiwałam głową, na co kobieta sięgnęła po stosik ulotek.
– Nazywam się Eloise Winfred – przedstawiła się, wyciągając w moim kierunku rękę, którą z uśmiechem uścisnęłam.
– Lily Evans.
– A więc, Lily, myślałaś o konkretnej specjalizacji?
– Nie – mruknęłam – po prostu od dziecka interesowałam się medycyną. Chciałam pomagać innym.
– Bardzo szlachetnie – odpowiedziała, kiwając głową. – Szpital świętego Munga rozpoczął rekrutację na kurs dający wykształcenie ogólnomedyczne. Później, jeśli zechcesz, możesz skończyć specjalizację. Daje ci to możliwość wyboru oddziału, na którym będziesz pracować. Choć nie ukrywam, potrzebna nam każda para rąk i najbardziej zależy nam na skończeniu kursu ogólnego. Proszę, tu znajdziesz wszystkie najważniejsze informacje – dodała, podając mi ulotkę z wizerunkiem mężczyzny w kitlu i wielkim, niebieskim napisem „Chcesz pomóc? Zostań magomedykiem!”
– Dzięki – powiedziałam, przeglądając ją.
– Tu znajdziesz wszystkie dane i informacje dotyczące długości stażów i wykładów – mruknęła, wskazując na jedną z rubryk. – Większość będziemy omawiać na spotkaniach, na które, mam nadzieję, zechcesz przyjść.
– Och, z przyjemnością – zapewniłam, na co kobieta z uśmiechem podała mi listę.
– W takim razie wpisz tutaj swoje imię i nazwisko. Daty spotkań będę wywieszane na tablicy ogłoszeń w waszym Pokoju Wspólnym.
– W porządku – mruknęłam, łapiąc do ręki pióro.
– Nie będziesz miała nic przeciwko, jeśli ci to przyczepię? – spytała kobieta, sięgając po jednego z malutkich, zielonych węży na jasnej lasce. – Taki wymóg.
– Jasne – zapewniłam, na co Eloise uśmiechnęła się szeroko i przypięła go do mojego swetra.
– Gotowe. W takim razie do zobaczenia wkrótce, Lily – powiedziała.
Ruszyłam dalej, zginając ulotkę i wkładając ją do tylnej kieszeni spodni, kiedy przez przypadek wpadłam na Maryl, która właśnie odchodziła od straganu z Transformacją Wyspecjalizowaną.
– I jak, znalazłaś coś ciekawego? – spytała, na co pokiwałam głową i wskazałam na węża na mojej piersi. – Chcesz zostać Ślizgonem? – zawołała z udawanym strachem, na co zachichotałam.
– Nie, magomedykiem.
– Hm, dobry wybór – pochwaliła.
                – Gdzie reszta?
– Nie mam pojęcia, mieliśmy się spotkać gdzieś tutaj – mruknęła brunetka, marszcząc brwi. W tej samej chwili z tłumu wyłoniła się Clarie i machając do nas ruszyła w naszym kierunku.
– Chodźcie, wszyscy już są.
– Chodźmy gdzie? – spytałam, na co Binner się wyszczerzyła.
– Zobaczysz.
Przed nami wyrósł wielki, drewniany stragan z czarną, metalową ladą. Uczniowie z podekscytowaniem wymieniali się ulotkami i małymi gadżetami w postaci czarnych jojo wypuszczających gaz łzawiący, gumowych różdżek rażących prądem i tymczasowych peleryn niewidek. „Stań do walki i zostań obrońcą magicznego świata!” głosił slogan nad głowami szósto– i siódmoklasistów. Czarodzieje w granatowych szatach uwijali się za ladą, starając poświęcić czas każdemu rozemocjonowanemu uczniowi.
– Robi wrażenie, prawda? – spytał Nathias, pojawiając się nagle obok mnie i uśmiechając się do mnie szeroko. – Chodź.
Odwzajemniłam uśmiech i pozwoliłam się poprowadzić przez tłum, aż naszym oczom ukazali się dobrze nam znani Gryfoni.
– Będę wojownikiem czasu – zawołał Syriusz, na co Maryl parsknęła śmiechem.
– Trzeba ci ograniczyć komiksy – powiedziała, a chłopak zmierzył ją wściekłym spojrzeniem.
– Zapisaliście się już? – spytał James, spoglądając w naszym kierunku, a Krukon pokiwał głową.
– Dopiero ją znalazłem. Idziemy? – mruknął do mnie, a ja pokiwałam głową, pod czujnym, wesołym spojrzeniem Rogacza.
Dostanie się pod samą ladę wymagało nie lada zdolności, więc kiedy w końcu tam dotarliśmy, byłam zdyszana od przepychania się między ludźmi. Rozejrzałam się po wnętrzu największego straganu, jakiego w życiu widziałam, i zdziwiona stwierdziłam, że w środku znajdowało się kilka stoisk z różnymi atrakcjami. Na tym najbliżej wejścia połyskiwał srebrzysty napis „Weź udział w bitwie i pokonaj Śmierciożercę!”, a kilku stojących przy nim uczniów machało różdżkami w kierunku monitora, na którym wyświetlane były postaci w czerni.
– Wow – skomentował to Krukon, a w tym samym momencie za nami rozległ się rozbawiony głos.
– Też tak sądzę. – Oboje odwróciliśmy się i spojrzeliśmy na czarodzieja, który otworzył dzisiejsze spotkanie. Z bliska wyglądał na dużo młodszego, mógł mieć maksymalnie trzydzieści pięć lat. Czarne włosy były mocno polakierowane i elegancko zaczesane falami na boki, a łagodne, wesołe spojrzenie zielonych oczu nie pasowało do poważnego wyrazu twarzy. Wyglądał, jakby zaraz miał się roześmiać i oznajmić, że Prima Aprilis przyszło w tym roku wcześniej. Na jego mocno zarysowanej szczęce widać było trzy blade blizny, ciągnące się od lewego ucha, aż po krtań. Mężczyzna uśmiechnął się do nas z ledwo widocznym dystansem i wskazał na stoisko. – Ma przyciągać uwagę.
– Potrzebujecie świeżej krwi – mruknął Nathias, a auror pokiwał powoli głową. – No cóż, robi całkiem niezłe wrażenie, panie…?
– Godfray. Anthony Godfray – odrzekł, mierząc mojego towarzysza rozbawionym spojrzeniem. – A pan to?
– Nathias McRonner – odpowiedział Krukon, po czym uścisnął wyciągniętą dłoń mężczyzny.
– Twój ojciec pracuje w Ministerstwie Magii, prawda?
– Tak, w Departamencie Magicznych Wypadków i Katastrof. – Anthony uśmiechnął się pod nosem i spojrzał na mnie.
– A ta młoda dama?
– Lily Evans – powiedziałam, wyciągając rękę, którą mężczyzna uścisnął.
– Zamierzasz zostać aurorem, Lily?
– Ja… – mruknęłam, rzucając Nathiasowi szybkie spojrzenie. – Ja jeszcze nie wiem.
– Widzę, że odwiedziłaś już stragan Eloise – powiedział, wskazując na przypinkę na mojej piersi, a ja przytaknęłam. – No cóż, lekarze są potrzebni tak samo bardzo jak aurorzy. Jedni nie mogą przeżyć bez drugich. Mogłabyś być oboma, opanować podstawy medycyny, a potem wykorzystywać je na polu bitwy.
– Nie jestem jeszcze pewna, czy dałabym sobie radę – mruknęłam cicho, na co oczy mężczyzny zabłysły.
– To jedyna rzecz, w którą nigdy nie powinnaś wątpić.
Uprzejmie pożegnaliśmy się z mężczyzną, który został wezwany przez jednego ze stażystów. Krótko potem wszyscy nasi znajomi zebrali się w jednym miejscu i oznajmili, że czas udać się do dormitoriów, żeby przygotować się na przedmeczową imprezę.
Tak więc godzinę później stanęłam w progu Pokoju Życzeń. Większość osób nawet nie zdawała sobie sprawy, gdzie się znajduje, a reszta nie zwracała na to uwagi. Byli tu, zaproszeni przez samych Huncwotów. A to było najważniejsze.
Minęłam Remusa, który z pergaminem w ręku uśmiechnął się do mnie, jednocześnie stale obserwując korytarz. Pomieszczenie przypominało grecką katedrę wypełnioną niebiesko–fioletowym światłem, które padało na roztańczony tłum. Nad głowami uczniów wisiała biała wstęga ze złotym napisem "Niech wygra najlepszy!", odnoszącym się do jutrzejszego meczu. Umówiłam się z Nathiasem, że skoczę do Wieży, tylko żeby się przebrać, i spotkamy się na miejscu. Niestety Dorcas nie potrafiła się zdecydować, w czym chce iść, a że koniecznie wymagało to mojej pomocy, zostałam przetrzymana w dormitorium przez rozchichotane Gryfonki i skończyło się to tym, że z łazienki skorzystałam jako ostatnia, a na imprezie pojawiłam się mocno spóźniona.
Powoli ruszyłam schodkami w dół i zaczęłam rozglądać się w poszukiwaniu znajomej twarzy, kiedy ktoś złapał mnie w pasie i przyciągnął do siebie.
– Pięknie wyglądasz – mruknął Nathias, okręcając mnie wokół własnej osi.
– Dziękuję – zachichotałam, rumieniąc się. 
– Chodź – dodał, splatając nasze ręce i ciągnąc mnie w tłum.
Po drodze chwyciłam jeden z kieliszków i wypiłam jego zawartość na raz. Krukon spojrzał na mnie, zdziwiony, ale nie skomentował tego ani jednym słowem. 
– Lily! Chodźcie, tutaj! – Alicja machała w naszym kierunku. Za jej plecami spostrzegłam rozradowanego Franka, Dorcas, Claire z Johnem, Marlenę McKinnon z jakimś wysokim brunetem i Cykadę Trash, poznaną na spotkaniu z Dumbledorem w sprawie mugolskich rodzin.
– Cześć – wyszczerzyła się w moim kierunku, poprawiając lekko fioletowe włosy. Wyglądała na nieźle wstawioną.
– Właśnie mieliśmy pić za twoje zdrowie! – zawyła Dorcas, podnosząc wysoki kieliszek. – Dołączycie się?
– Za ciebie mogę wypić. – Nathias szepnął do mojego ucha, na co zachichotałam. 
– Za Lily! – wrzasnęła Meadowes, a reszta zawtórowała jej z wielkimi uśmiechami.
Zabawnie było obserwować pijanych ludzi, zabawnie było się śmiać i pić, a potem, nie wiadomo nawet kiedy, zaczynać czuć, że samemu jest się pijanym. Pamiętam, że wyciągnęłam Nathiasa na parkiet. Muzyka bębniła mi w uszach, kiedy chłopak kładł swoje dłonie na moich biodrach, a ja unosiłam głowę do góry. Nie wiedziałam, ile wypiłam ani co piłam, liczyło się tylko to, że na ten jeden moment mogłam zapomnieć. Tańczyłam, czując na karku oddech Krukona, a jego ręce na moich ramionach, kiedy z tłumu wyłoniła się rozchichotana Maryl w uścisku Jamesa. Chłopak śmiał się, kiedy ta próbowała go rozruszać, ciągnęła go za ręce, przyciągała i odpychała. Krzyknęła coś do niego, a on złapał ją w pasie i uniósł do góry. I właśnie wtedy spojrzał na mnie.
W sekundzie, kiedy Binner ześlizgiwała się z radością po jego wyciągniętych rękach, a ręce Nathiasa zaciskały się w moim pasie. Kiedy dziewczyna pocałowała go w policzek, a ja poczułam rozgrzane usta Krukona na swoim ramieniu. Nasze spojrzenia się skrzyżowały i przez moment patrzyliśmy na siebie, wyrwani z otępienia, a potem zniknęliśmy, porwani przez tłum.

Z czystym sumieniem mogłam powiedzieć, że był to mój pierwszy prawdziwy kac. Nie dość, że sama czułam się jak wyrżnięta gąbka, to jeszcze przez pół nocy musiałam słuchać wymiotującej Dorcas. Nie miałam siły nawet na to, żeby z nią posiedzieć.
Co prawda ja przynajmniej nie wymiotowałam, ale i tak czułam się parszywie. Takim oto sposobem moje marzenia o wyspaniu się zniknęły bezpowrotnie. Do szóstej leżałam, wpatrując się w sufit, a potem, nie mogąc już dłużej wytrzymać, ubrałam się najciszej jak potrafiłam i wymknęłam do kuchni. Nie miałam gdzie się podziać, a zdecydowanie potrzebowałam napić się czegoś ciepłego.
Chodzenie po tonących w półmroku, pustych korytarzach nie należało do najprzyjemniejszych rzeczy do robienia nad ranem, więc z ulgą przyjęłam widok płótna z misą pełną owoców. Połaskotałam gruszkę, bojąc się że to wszystko na nic, jeden wielki żart i zaraz okaże się, że przyszłam tu tak wcześnie całkowicie bez sensu, jednak chwilę później byłam już otoczona skrzatami rzucającymi propozycjami śniadania. Szybko odnalazłam wzrokiem Iskierkę, która pomachała mi radośnie, a sekundę później już biegła w moją stronę z czajniczkiem pełnym gorącej herbaty. 
– Panienko Evans! Jak miło panienkę widzieć!
– Witaj, Iskierko. Co słychać?
– Wszystko w porządku, panienko! Przyszła panienka szukać panicza Lupina? – zapiszczała, wskazując chudą rączką na postać w rogu pomieszczenia, która uśmiechała się przyjaźnie w moją stronę.
– Nie, nie – zaprzeczyłam, machając w kierunku Gryfona.
– To dobrze, panienko, zaraz przyniosę panience trochę kruszonych ciastek.
– Witaj, Lily.
– Remusie – mruknęłam, siadając obok przyjaciela. – Co ty tu robisz tak wcześnie?
– Mógłbym cię spytać o to samo – odpowiedział, a ja uśmiechnęłam się delikatnie.
– Nie mogłam spać.
– Kac morderca, hm?
– Po prostu ostatnio za dużo myślę – westchnęłam, opierając głowę na prawej ręce.
– I robisz głupoty. Myślałaś, że nie zauważę, co się dzieje między tobą a Jamesem? Biedak prawie się posikał, jak nam wszystko opowiadał.
– A–ale ja... nic...
– Lily – westchnął Remus, spoglądając na mnie karcąco.
– Nie wiem już, co robić – szepnęłam, chowając twarz w dłoniach.
Między nami zaległa cisza. Poczułam dłoń Gryfona na swoich plecach, a po kilku sekundach spojrzałam na niego, wykończona.
– Mam dość tego, że nie wiem, co zrobić z Nathiasem. Mam dość tego, że psuję wszystko i mieszam Jamesowi w głowie. A przede wszystkim, najbardziej dość mam tego, że nie mogę porozmawiać o tym z Mary.
– Sama sobie dołki kopiesz – mruknął Remus, a ja fuknęłam pod nosem.
– Ona już nawet nie chce na mnie spojrzeć. Ruszyła dalej, Remusie, wymieniła mnie na Alicję.
– Nieprawda.
– Nie mów tak tylko po to, żeby mnie pocieszyć. Codziennie widzę, jak rano się śmieją, jak rozmawiają. Ona już zostawiła to za sobą.
– Tęskni, chyba nawet bardziej niż ty. Po prostu nie potrafisz tego dostrzec.
– Więc co mam zrobić?
– Po prostu powiedz jej prawdę. To nie jest trudne, Lily.
– Jest. Za każdym razem, kiedy ją widzę, zawracam i biegnę w drugą stronę. A kiedy postanawiam, że z nią porozmawiam, mijamy się albo dzieje się coś, przez co całkiem sobie odpuszczam.
– Więc tego nie rób! Po prostu... Lily, po prostu jej powiedz, ile dla ciebie znaczy. I... nie wiem, nie znam się na babskich pogaduszkach. Ale wiem, że im szybciej to zrobisz, tym szybciej wszystko się ułoży.

Kiedy znowu stanęłam w dormitorium, dziewczyn już nie było, więc zadowolona zafundowałam sobie długą, gorącą kąpiel. Przymknęłam oczy i leżałam w wannie, rozmyślając nad słowami Remusa. Miał rację. Powinnam była załatwić to wszystko dawno temu. Zedrzeć plaster na raz, a nie odrywać go powoli, a potem przyklejać od nowa to, co dopiero udało mi się ściągnąć. Siedziałam w bezruchu, dopóki woda nie zrobiła się chłodna, i dopiero wtedy w końcu poczułam się lepiej. Otuliłam się puchatym ręcznikiem i ruszyłam do szafy, w poszukiwaniu ubrań. Wciągnęłam na nogi ciemne dżinsy, włożyłam czarny stanik, podkoszulek i gruby, granatowy sweter, po czym spojrzałam na zegarek. Do meczu zostało już tylko dziesięć minut. Pewnie wszyscy byli już przy boisku. Ja też powinnam tam być. W końcu w reprezentacji Gryffindoru grali moi przyjaciele. Na trybunach siedziała też Mary, z którą powinnam porozmawiać. A przeciwko Jamesowi miał zagrać Nathias. Z którym też do końca nie byłam fair. 
– Łatwiej byłoby skoczyć z wieży – mruknęłam pod nosem i łapiąc płaszcz i szalik, ruszyłam w stronę wyjścia.
Z daleka słychać było odgłosy meczu. Wiał silny wiatr i zbierało się na burzę. Szłam powoli, obserwując małe, śmigające postacie na tle szarego nieba. Ciężkie chmury przesuwały się nad moją głową, zwiastując nieuchronną ulewę. A ja nie potrafiłam się zebrać, żeby w końcu dojść na ten głupi stadion. Milion razy zawracałam, a potem znowu ruszałam w tym samym kierunku. Mecz trwał w najlepsze. Głos Mathiasa Dogde'a obwieścił, że jest sto trzydzieści do stu dziesięciu, kiedy w końcu oparłam się o trybuny. Nie miałam ochoty wchodzić na górę, więc przyglądałam się grze z dołu. Rozpoznałam maleńką, nieruchomą czerwoną plamkę wysoko na środku boiska. Gdzieś tam musiał być też drugi szukający, którym powinnam przejmować się bardziej. Ale nie potrafiłam zrezygnować ze śledzenia wzrokiem poczynań Pottera, który krótko potem wystrzelił jak z procy , a Hogwartczycy zawiwatowali.
– Tak, drodzy państwo, to znicz! Potter i McRonner idą łeb w łeb, ścigają się w walce o złotą piłkę, która przesądzi o wyniku meczu! Black i Binner próbują strzelać, ale obrona nie przepuszcza kafla! Nic wam to nie da, chyba, że nabijecie ze sto pięćdziesiąt punktów... Nie żebym nie wierzył w moc Gryfonów, ale powiedzmy sobie szczerze, jest remis i wszystko rozstrzygnie się po złapaniu znicza! Ee, tak, tak, pani Profesor, oczywiście Krukoni też mają szansę... Nie, nie chodziło mi o to... Tak, obie drużyny mogą wygrać, wcale nie jestem stronniczy!
Z uśmiechem na ustach przyglądałam się szukającym, którzy pędzili w stronę boiska. Już wiedziałam, który z nich złapie piłeczkę. Wybuch radości po stronie czerwono–złotego sektora jedynie powiększył mój uśmiech. 
Przyglądałam się zbiegającym z trybunów uczniom i lądującym drużynom. Przyglądałam się wściekłym Krukonom, którzy właśnie stracili szansę na wygraną sezonu, i wiwatującym Gryfonom. Powoli ruszyłam w ich kierunku, przygryzając wargę, z dygoczącą duszą na ramieniu. W jednej chwili poczułam, że zaraz zwrócę wszystko, co zjadłam kilka godzin wcześniej w kuchni. Mijałam ludzi bez imion i twarzy, przedzierałam się przez tłum, aż w końcu nasze spojrzenia spotkały się. Zanim zdążyłam choćby otworzyć usta, rzuciłam się na nią i zacisnęłam ręce na jej ramionach. Miałam wrażenie, że Gryfoni zamilkli, że cały świat na te kilka sekund wstrzymał ze mną oddech. A potem Mary odwzajemniła uścisk. 
Z czystym sumieniem mogłam powiedzieć, że nigdy wcześniej nie płakałam tak bardzo. Gryfoni powoli podchodzili i przyłączali się, aż w końcu nasza jedenastka stworzyła wielką, płacząco-śmiejącą się, ludzką kulę. Spojrzałam na Jamesa, który poczochrał mnie wolną ręką po głowie, a potem za niego, na przeciwną drużynę, skąd smutno uśmiechał się do mnie Nathias. Poczułam, jak dłoń Rogacza zaciska się na mojej, kiedy wszyscy zaczęli wiwatować, a Krukoni powoli ruszyli w stronę szatni.
Od początku wiedziałam, kto wygra.
Nathias również.


Zastanawiam się, co mogłabym tu napisać. 
Może podziękowania? Za to, że pomimo, iż od pół roku wisiało tu to ohydne ogłoszenie, wyświetlenia wciąż nie były najgorsze. Ba, czasami dobijały nawet do setki!
Może o tym, jak wdzięczna jestem? Za to, że znalazły się osoby, które nie dały za wygraną i dopominały się o ten głupi rozdział, zmuszały do pisania i z premedytacją nie dawały spać?
Może powinnam przeprosić, bo nie było mnie tu tyle, bo nie wszystko wyszło tak jak miało wyjść, bo życie takie jest.
Dziękuję, kocham Was i przepraszam.
Za wszystko.

PS Florence twierdzi, że to mój najlepszy rozdział, że miło się go poprawiało, i że widać, że pisało mi się go lżej. Jeśli też tak myślicie, zapraszam do polubienia mojej strony na facebooku, tak, żebyście mogli od teraz być już na bieżąco z informacjami na temat Stop Dreaming!
PS2 Zrobiłam też porządki w zakładkach (w końcu (; ) i wszyscy, którzy chcieli być informowani niech wiedzą, że od dzisiaj niestety jedyną opcją dla nich jest obserwacja bloga i/lub polubienie fanpage'a.

niedziela, 26 kwietnia 2015

Ogłoszenie 3

{Pokochałam twórczość Mata Kearney'a, mam nadzieję, że Wam również się spodoba}
Ostatnio bardzo dużo wydarzyło się w moim życiu. Stare rany powoli się zabliźniały, a ja dryfowałam sobie po bezkresnym oceanie stoickiej melancholii, aż przyszedł Ktoś i spowodował kolejny sztorm. Stare wspomnienia wypłynęły na powierzchnie, a poukładane tratwy z postanowieniami porozpływały się we wszystkie strony (warto by było jeszcze dodać, że zalały mnie za to kserówki, książki, zadania i sprawdziany, no, i nie zapomnijmy o łzach).
Myślę, że doszłam do takiego punktu w moim życiu, w którym muszę przewartościować na nowo swoje priorytety. Ocean wyrzucił mnie na nowy brzeg, jakaś część mnie musi odejść, a ja muszę jej na to pozwolić. Jeżeli dalej będę się jej tak mocno trzymać, to chyba zwariuję.
Tak, zwariuję, bo od dłuższego czasu co jakiś czas podtapiałam swoje życie. I w końcu mogę powiedzieć, że mam już dość.
Absolutnie nie odchodzę z bloga. Jest to jedyny stały punkt mojego życia, kotwica, dzięki której jestem taka jaka jestem i nie wyobrażam sobie odpłynięcia teraz w innym kierunku, ale nie chcę też zniknąć bez wyjaśnień.
To był bardzo ciężki okres w moim życiu, a teraz wiele ma się zmienić. Potrzebuję po prostu czasu, a potem wrócę, obiecuję. Już raz tak zrobiłam - dokładnie rok bez jednego dnia temu. I to była dobra decyzja. Wróciłam na bloga po miesiącu, tak jak mówiłam i dało mi to naprawdę dużo.
A teraz potrzebuję tego dużo, cokolwiek to nie jest. Albo Ktokolwiek.
Na jakiś czas zniknę. Nie spotkacie mnie ani tutaj, ani na swoich blogach, ale jeżeli ktoś będzie szukał kontaktu, to zapraszam na facebooka, kilka osób, z którymi pisałam już się przekonało, że nie gryzę ;)
Miałam w planach dokończyć pierwszą część do wakacji, ale tak się nie stanie. Data pewnie przesunie się o jakiś czas, a ja sama nie wiem kiedy przyjdzie mi wrócić. Pociesza mnie fakt, że wszystko mam już dosyć dobrze zaplanowane, a nowy rozdział ma te kilka marnych stron. Powiedzmy, że dacie mi miesiąc, może dwa, a ja zrobię ten Program Reinkarnacji Własnego Życia (Również Towarzyskiego) i wrócę, jak syn marnotrawny w ramiona matki, która czekała na niego cały ten czas z bijącym sercem.
Po prostu czasem nie wszystko ma słodki smak. To tak jakbyś sięgał po fasolki wszystkich smaków i wyłowiłbyś taką o smaku wymiocin, czarnego pieprzu, albo wosku. A może wystarczy ją przełknąć, żeby dowiedzieć się, że kolejna była truskawkowa?

środa, 8 kwietnia 2015

14. Grzechy

Otaczała mnie całkowita cisza. W ciemności rysowały się ledwo widoczne kontury mebli. Nie wiedziałam, która mogła być godzina, ale byłam wdzięczna, że Gryfonek nadal nie było. Potrzebowałam czasu. Potrzebowałam ciszy i ciemności, spokoju. Stłumiony szloch wydobył się z mojej piersi i powoli zawładnął całym ciałem. Wpatrywałam się w powyginane kartki pamiętnika, który leżał za grzejnikiem, a łzy znajdowały drogę na moich rozgrzanych policzkach. Sięgnęłam po niebieski zeszyt i usiadłam na swoim łóżku. Dłonie drżały mi tak bardzo, że w połączeniu ze łzami przez dłuższy moment nie byłam w stanie skupić wzroku na zapisanych kartkach. A może tak na prawdę zbyt bałam się tego, co mogłabym tam znaleźć?
Prawą ręką przetarłam oczy i uniosłam pamiętnik na tyle, by znalazł się w świetle księżyca. 
„Całe popołudnie spędziłam z Remusem. Długo rozmawialiśmy, a on ciągle się śmiał, zupełnie jakby się nie przejmował, że inni patrzyli na nas spod byka.
Pokój Życzeń jest już prawie gotowy. Kosztowało nas to sporo wysiłku, ale wygląda wspaniale. 
Wczoraj James chciał dorzucić coś do siebie. Próbowałam go powstrzymać, ale on (jak zwykle) nie widział w tym nic złego. Dziesięć minut tłumaczyłam mu, dlaczego nie powinien zaczynać z tym akurat teraz.
Spytał mi się, czy uważam, że kiedykolwiek go zauważy. Było mi go szkoda. Nie znaczy to, że zawsze był idealny, ale... czy ja wiem, chyba nie zasłużył na coś takiego. 
Bardzo długo rozmawialiśmy. Po tym, jak ostatnio wpadli na mnie w pelerynie i wszystko się wydało, James przyznał się, że to on bywał u nas w dormitorium (chociaż wciąż nie mam ZIELONEGO pojęcia jak on to, na Merlina, robił!). Trochę go rozumiem. Nie jestem pewna, czy ja na jego miejscu zrobiłabym to samo, ale ostatnio zaczynam myśleć, że to wcale nie jakiś głupi żart czy zauroczenie. Jemu zależy – Jamesowi Potterowi naprawdę zależy!
O Morgano, nigdy nie myślałam, że dożyję momentu, w którym ten chłopak przestanie z czegoś żartować.”
Westchnęłam cicho, kiedy łzy ponownie zalały moje policzki. Na początku byłam zła. Wściekła za każde niewypowiedziane słowo, każdą myśl, ale teraz po prostu żałowałam. Przepełniała mnie gorycz, która zbierała się odkąd tylko się dowiedziałam. Coś się zmieniło, a ja nie chciałam, żeby było tak dłużej. Chciałam jedynie, żeby to się nie wydarzyło. Bo największy żal czułam do siebie, nie do niej, nie do tego, co przede mną ukrywała. Wciąż było mi przykro, bo w końcu była moją najlepszą przyjaciółką, ale w tym momencie zdecydowanie bardziej płakałam nad naszą kłótnią, niż nad tym, co ją spowodowało.
Miała rację. Nie interesowało mnie, co się z nią działo, byłam zbyt zajęta sobą. Oczywiście wciąż dochodziły do mnie zdania, których nigdy nie powiedziała mi w twarz, ale chyba zaczynałam powoli rozumieć, czemu to zrobiła. Mary wcale nie była już tą samą dziewczyną, która siedziała ze mną w pustym przedziale Expressu Hogwart i dotrzymywała mi towarzystwa, zagajając i podtrzymując rozmowę. Zmieniła się, a mnie przy niej nie było.
W jakiś sposób nie potrafiłam być już nawet zła. Byłam beznadziejnie zrozpaczona, tak, ale nie zła. Zasunęłam kotary wokół łóżka i weszłam pod kołdrę, a sekundę później drzwi otworzyły się i do sypialni weszły Gryfonki. Rozległy się ich ciche szepty, a potem szelest ubrań, kiedy przebierały się w piżamy. Zatkałam sobie twarz dłonią, żeby nie zacząć szlochać, i zacisnęłam powieki najmocniej jak potrafiłam. Po chwili ktoś wszedł do łazienki i rozległ się odgłos płynącej wody.
– Lily?
Siorbnęłam nosem, jednak nie odpowiedziałam. Dorcas westchnęła cicho i położyła się obok mnie, zaciągając za sobą kotary.
– Zostaw mnie – szepnęłam, jednak dziewczyna wcale mnie nie słuchała – zdążyła już rzucić na nas zaklęcie wyciszające, a potem odłożyła różdżkę i przytuliła mnie.
Dławiłam się łzami, a ona głaskała mnie po głowie. Z jej ust wylewał się potok słów układający się w cichy szept, a ja potrafiłam jedynie szlochać, czułam się, jakby z każdą kolejną łzą z mojego ciała uchodziły wszelkie siły. Nie mam pojęcia, kiedy zasnęłam, ale Meadowes została ze mną przez całą noc.

Myślę, że pierwszy dzień był najgorszy. Kolejne jakoś płynęły, ale tego pierwszego nie potrafiłam nawet wstać. Nie mogłam przejść obok niej i się nie rozpłakać, doszczętnie się nie rozkleić, rozpaść na małe kawałeczki, dlatego kiedy się obudziłam, przez dłuższą chwilę leżałam nieruchomo z zamkniętymi oczami. Dorcas musiała już wstać i odsunąć kotary, bo na moją twarz padały promienie porannego słońca. Pokój wypełniała cisza, jeżeliby nie liczyć odgłosu lejącej się wody dochodzącego z łazienki. Powoli podniosłam się i rozejrzałam po pustym dormitorium. Mój koci zegar wskazywał dziewiątą dwadzieścia. Sobota, pomyślałam. Kolejna lekcja teleportacji miała się zacząć za czterdzieści minut. Jęknęłam cicho i podniosłam się w momencie, w którym drzwi otworzyły się i do pokoju wmaszerowała Dorcas w puchatym, błękitnym ręczniku, otoczona kłębami pary.
– Cześć, śpiochu – zawołała, rzucając się na łóżko, a ja uśmiechnęłam się delikatnie. – Jak się spało?
– Dobrze – mruknęłam prawie bezgłośnie, na co brunetka odpowiedziała tym samym.
– A tak na serio? Jak się czujesz?
– Nie wiem – szepnęłam, przecierając twarz dłońmi. – Nie wiem nawet, co mam jej powiedzieć.
– Och, Lily, nie jestem ekspertką w tych sprawach – mruknęła zmieszana Gryfonka – i nie powiem ci, jak powinnaś się zachować. Ale wiesz, szkoda by było, gdybyście całkiem przestały się do siebie odzywać.
– Tak, szkoda – wymruczałam.
Po dwudziestominutowej toalecie i ubraniu się ciepło (błonia ponownie pokryły się cienką warstwą białego puchu) ruszyłam w stronę Wielkiej Sali. Musiałam coś zjeść przed teleportacją, chociaż po dłuższej chwili zaczęłam się zastanawiać, czy z pustym żołądkiem nie byłoby łatwiej. Dorcas nie była głodna i obiecała dołączyć do mnie na błoniach, więc sama usiadłam przy stole i sięgnęłam po kilka grzanek z dżemem. Obiecałam sobie, że dam radę, ale już od samego patrzenia na puste miejsce obok chciałam się rozpłakać. Westchnęłam cicho i spojrzałam na zegarek – zostało mi tylko dziesięć minut do zajęć teleportacji. Chwilę później ktoś rzucił się na miejsce obok mnie z taką siłą, że wszystkie talerze podskoczyły w górę.
– Witam szanowną obywatelkę – zagrzmiał Syriusz, sięgając jednocześnie po tacę z omletami.
– Syriusz – jęknęłam, biorąc głęboki oddech.
– Och, tak, wiem, że jestem zabójczo przystojny, ale, Lily, po sześciu latach ten zachwyt jest zbędny – mruknął Black, a ja uniosłam brwi, na co chłopak zachichotał.
– Gdzie reszta? – spytałam nerwowo.
– Hm, już po śniadaniu, poszli zająć jakieś nieoblodzone miejsca. – Syriusz wzruszył ramionami, jednak po chwili zerknął na mnie ukradkiem.
– I przysłali ciebie?
– Nie wiem, o czym mówisz – zaświergotał, odgryzając kawałek mojego tosta.
– Hej! – krzyknęłam, próbując mu go zabrać, na co Gryfon wystawił mi język. – Jasne, ty nie wiesz, o czym mówię, a ja jestem surykatką.
– No dobra. Miał przyjść James, ale no wiesz – urwał, spoglądając na mnie. – Nie wiedział, czy będziesz chciała z nim gadać.
– Czemu nie chciałabym... Och – odpowiedziałam, uświadamiając sobie, o czym mówił Syriusz.
– Och – powtórzył, nalewając sobie do pucharku soku dyniowego. – Wiesz, Lily, nie chcę się wtrącać, ale... Rozumiesz, ja zawsze będę stał za Jamesem. Oczywiście jestem w stanie przystać na to, że nic od niego nie chcesz – dodał szybko, widząc, że już otwierałam buzię, żeby coś powiedzieć – ale i tak uważam, że Rogacz to świetna partia. No i... nie wiem, Lily, Mary chciała chyba dobrze. Wiesz, zawsze się wkurzasz, jak ktoś ci coś narzuca, a ona nie chciała cię zezłościć. Przemyśl to – dokończył, podnosząc puchar do ust, a ja spojrzałam na swoje niedojedzone tosty.
– Co to za peleryna? Ta, pod którą chodzicie – dodałam, a Black zakrztusił się sokiem i opluł pół stołu.
– Co?
– Peleryna, pod którą wszyscy chodzicie.
– Nie wiem, o czym mówisz – zmieszał się Gryfon. Wyglądał na poddenerwowanego.
– Black – warknęłam, a chłopak jęknął. – Wiem o tym z pamiętnika. Mary pisała, że to James był u nas w pokoju, w pelerynie. Chcę wiedzieć. – Syriusz przyglądał mi się bacznie.
– No nie wiem, myślę, że powinnaś porozmawiać z Rogaczem...
– Nie – powiedziałam kręcąc głową. – Mam prawo wiedzieć.
– Słyszałaś o pelerynie niewidce?
– Słyszałam. O ile się nie mylę, można było takie kupić u Zonka?
– Nie, nie – parsknął Syriusz. – Nie o takie pelerynki mi chodzi. Mam na myśli prawdziwą PELERYNĘ niewidkę.
– Żartujesz sobie. To dobre w bajkach dla dzieci, ale...
Wpatrywałam się w niego zszokowana.
– MACIE PELERYNĘ NIEWIDKĘ?!
– CICHO! – wrzasnął Black, zwracając uwagę połowy Wielkiej Sali na naszą dwójkę, co chyba miało odwrotny skutek od zamierzonego. – Nie mów o tym tak głośno!
– Przepraszam – mruknęłam, przewracając oczami.
– Ta peleryna jest w rodzinie Jamesa od lat. Jego ojciec dał mu ją w trzeciej klasie, przechodzi tak co pokolenie z ojca na syna.
– A wy oczywiście włóczycie się niewidzialni po zamku – dokończyłam, a Black wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– Mniej więcej – powiedział, a potem spojrzał na zegarek.  O matko, mamy dwie minuty!
Przyglądałam się z powątpieniem, jak składał ostatniego omleta na cztery części, a potem wpakował to wszystko do buzi. Krzyknął coś o tym, że czas skopać tyłki w teleportacji, ale ja zrozumiałam coś podobnego do "czad chopać yłki portacji", po czym zanim zdążyłam wyrazić chociażby najmniejszy sprzeciw, chłopak złapał mnie za rękę i pobiegł w stronę wyjścia.
– Do boju, żołnierze! – krzyczał, choć brzmiało to niesamowicie podobnie do "do boju, pasterze", więc wszyscy mijani przez nas uczniowie wybuchali salwami śmiechu – włącznie ze mną. 
Kiedy dotarliśmy na błonia, wszyscy stali już przed swoimi obręczami, więc pod karcącym spojrzeniem McGonagall stanęliśmy w ostatnim rzędzie, tuż obok grupy chichoczących Puchonów.
Musiałam przyznać, że dzięki Blackowi na moment zapomniałam o troskach. Przez całą następną godzinę rozbawiał mnie, aż w końcu McGonagall przeniosła go do pierwszego rzędu i ustawiła między dwoma naprawdę brzydkimi Ślizgonkami, a mojemu przyjacielowi w końcu zrzedła mina. 
Kiedy pan Twycross ogłosił koniec zajęć, z ulgą odetchnęłam. Nie podejrzewałam, że teleportacja (a raczej jej próby) mogą być aż tak męczące. Zanim ktokolwiek zdążył to zauważyć, wymknęłam się w stronę Zakazanego Lasu i ośnieżoną ścieżką ruszyłam w stronę domku gajowego. Daleko za mną słychać było głośne rozmowy i śmiechy. Może gdybym się odwróciła, dostrzegłabym grupkę Gryfonów wpatrujących się w moje plecy, pewną szatynkę, która z bólem stała pośrodku nich, z rękami dziewczyn na ramieniu, i bruneta, który obiecał reszcie, że się tym zajmie?
Chociaż śnieg znikał szybko w promieniach zimowego słońca, las wyglądał jak z bajki – albo koszmaru, jak kto woli. Wielkie jodły pokryte śniegiem uginały się przy podmuchach lodowatego wiatru i zrzucały na mnie wielkie, białe czapy. Chatka Hagrida wyglądała jak wielki piernik ozdobiony soplami z lukru. Ogród olbrzyma był pełen wielkich czerwono–brązowych brył kształtem przypominających spuchnięte figi wielkości małego hipogryfa, małych, niebieskich owoców pozawieszanych na bezlistnych krzakach i niskich drzewek drgających w porywach zimowego powietrza. Z daleka wyglądał jak baśniowa kraina pomniejszona do wielkości małej ciężarówki. W cieniu Zakazanego Lasu temperatura spadała grubo poniżej zera stopni, więc kiedy w końcu stanęłam na oblodzonych schodkach i zapukałam w drewniane drzwi, byłam już przemarznięta na kość. Kilka sekund później nawiasy wesoło zaskrzypiały, a w progu stanął Hagrid ubrany w wielki, wściekle pomarańczowy fartuszek z naszywką "Ha! Ha co? Ha–grid!" na piersi. Na mój widok uśmiechnął się szeroko i zamknął w iście niedźwiedzim uścisku. 
– Lily! Co ty tu robisz? – zawołał, po czym szybko cofnął się i przepuścił mnie w drzwiach.
– Pomyślałam, że wpadnę – jęknęłam, próbując zaczerpnąć powietrza. – Dawno mnie tu nie było.
– Ach, cholibka, no dawno! Już se tak myślałem, że zapomniałyście o starym Hagridzie. A gdzie Mary? – dodał po chwili, a ja zacisnęłam usta, ściągając kurtkę. – Wszystko z nią w porządku?
– Tak, tak – zapewniłam, jednak gajowy wyglądał na zmartwionego. – Mary została w zamku, ona... ma ostatnio dużo na głowie – mruknęłam, a olbrzym pokiwał głową i ruszył w stronę kredensu.
– Herbatki? – spytał, tłukąc dzbankami i szukając cukru.
– Tak, poproszę.
Kiedy Hagrid krzątał się po izbie, ja przyglądałam się roślinom pozawieszanym na sznurkach tuż przy suficie. Gdzieniegdzie można było dostrzec małe, wypchane zwierzątka z pustymi oczodołami (okropny widok, zapewniam), a w rogu wisiała kępka najprawdziwszych włosów jednorożca.
– Ekhym, Hagridzie... Skąd je wziąłeś? – spytałam, wskazując na nie, a olbrzym trochę się zmieszał.
– Lily, las pełen jest niebezpiecznych zwierząt. Biedaki uciekają wciąż przed czymś, zaplątują się w krzakach. To, to zebrałem ostatniej pełni, cholibka, musiał się nieźle czymś przestraszyć, skoro se dał wyrwać ich aż tyle. Normalnie są ostrożniejsze – mruknął, a ja od razu pomyślałam o Lupinie.
– Zaraz, zaraz, czy ty chodzisz po lesie? W noc? W PEŁNIĘ? – spytałam, akcentując ostatnie słowo, a olbrzym zmarszczył czoło.
– No oczywiście, że tak, na tym polega moja praca! Jestem przecież gajowym!
– Ale... Hagridzie, to niebezpieczne!
– Lily, nie ma rzeczy, z którą nie dałbym sobie rady – powiedział, podchodząc do paleniska i kładąc dumnie rękę na wielkiej kuszy. – Poza tym mam jeszcze to.
Przełknęłam ślinę i poczułam, że robi mi się słabo na widok strzał wystających z kołczanu. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, co mogłoby się stać, jeżeli mój przyjaciel zostałby nimi postrzelony. Mógłby nawet umrzeć, a nawet jeśli nie, to co stałoby się po przemianie w człowieka? Jak wytłumaczyłby dziurę w klatce piersiowej?
– Obiecaj mi, że będziesz bezpieczny i nie będziesz zagłębiał się w puszcze. Obiecaj – ponagliłam, a Hagrid westchnął i przytaknął, niezbyt uradowany.
– Cholibka, Lily – mruknął, a woda zaczęła bulgotać, oznajmiając, że właśnie się zagotowała.

– Powiedz, że nie jesteście na tyle głupi, żeby hasać beztrosko po błoniach podczas pełni!
Lupin wpatrywał się we mnie zaskoczony. Jego pióro zawisło trzy cale nad pergaminem, a atrament kapiący z niego zdążył już zrobić dwa sporej wielkości kleksy.
– Co... – zaczął, jednak zaraz mu przerwałam.
– Hagrid! Łazi sobie z kuszą po całym lesie, a wy... A ty... Remusie... Powiedz, że nie jesteście aż tak głupi – jęknęłam, a Lunatyk westchnął, odkładając przyrządy piśmiennicze.
– Lily...
– Ty mi tu nie lilkuj! Na Merlina, nie pomyśleliście, że coś mogłoby się stać? A jakby was zobaczył? Co, jeśli by cię postrzelił?! – dodałam, ściszając głos, kiedy do wieży weszły rozchichotane drugoklasistki.
– Nie zrobiłby tego – rzekł trochę niepewnie Lupin, a ja pokręciłam głową.
– Poszedłby z tym prosto do dyrektora. Panie psorze, przysięgam, po błoniach grasuje wilkołak, trzeba postawić na nogi straże, niech przeszukają okolice, dzieciaki są w niebezpieczeństwie! – zawołałam, naśladując głos Hagrida, na co Gryfon pobladł. – Jak myślisz, co zrobiłby Dumbledore, gdyby się dowiedział?
Chłopak wpatrywał się w ogień oddychając ciężko. Po chwili spojrzał na mnie smutny i pokiwał głową.
– Masz rację. Nie powinienem pozwolić chłopakom na wyciąganie mnie z Wrzeszczącej Chaty.
– Mało powiedziane – mruknęłam, biorąc głęboki oddech. – Przyrzeknij mi, że będziecie uważać. Naprawdę nie chcę, żeby komuś się coś stało, a już zwłaszcza komuś z was.
– Okej – odpowiedział Remus, ściskając mnie za rękę. – Obiecuję.
Odetchnęłam z ulgą i oparłam się o sofę, na której siedzieliśmy. Lupin jeszcze przez moment wpatrywał się w przestrzeń, a potem spojrzał na mnie, jakby właśnie coś przyszło mu do głowy.
– Lily, zupełnie zapomniałem. Zniknęłaś zaraz po teleportacji, więc nie było cię na ogłoszeniach. Poczta...
– Co z nią? – spytałam, a moje serce zabiło szybciej.
– Przyszły listy od waszych rodzin, od twojej rodziny, Lily.
Jeszcze nigdy nie biegłam tak szybko.
Dzięki Morganie, że dormitorium było puste i nikt nie widział mojej wielkiej wywrotki, kiedy potknęłam się w progu i runęłam na ziemię jak długa. Nie zważając na rozwalone kolano, na klęczkach rzuciłam się do łóżka i złapałam w ręce bladokremową kopertę opisaną niebieskim atramentem, opisaną moim nazwiskiem.
Rozerwałam ją drżącymi rękami i z sercem bijącym jak młot wyprostowałam list, siadając na skraju łóżka.

Kochana Lily!
Tak bardzo tęsknimy! Chcieliśmy się skontaktować z Tobą jak najszybciej, ale nie pozwolili nam na to.
Zabraliśmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy, a dom został zapieczętowany. Nie wiem, co to znaczy, ale ufam, że to nic poważnego, i że będziemy mogli potem do niego wrócić.
Petunia wciąż nie może się przyzwyczaić do nowego miejsca. Narzeka, że nie ma tutaj kablówki, i że straci dużo wiadomości przez nieobecność w szkole, ale tata sądzi, że miała na myśli najświeższe plotki, a nie wiedzę.
Dzień przed przybyciem wysłannika Ministerstwa przyjechała do nas babcia. Chyba uznali, że zbyt niebezpieczne byłoby wypuszczenie jej samej (chyba nie myśleli, że ktoś śledził nasz dom, nie przesadzajmy) więc zakwaterowali ją w tym samym ośrodku, co nas, dzięki czemu w końcu spełniło się jej marzenie terroryzowania naszej rodziny z bliskiej odległości.
Petunia uważa, że to wszystko Twoja wina i obiecuje, że się z Tobą rozprawi, kiedy już nas wypuszczą. Myślę, że jej przejdzie, ale do tego czasu radziłabym Ci uważać. 
Pisałam już, że bardzo tęsknimy?
Tata każe przekazać, że ma nadzieję na szybki powrót do domu. Naprawdę nie wiem, co w nich wstąpiło! Mi się tutaj podoba, nie uwierzyłabyś, jakie mają tutaj ogrody (babcia twierdzi, że śmierdzi tam kocim moczem, ale nie powinnaś jej słuchać). 
Muszę kończyć, dają nam tylko kilka minut w skrzydle informacyjnym na skontaktowanie się z bliskimi. Tata uważa, że to skandal, ale przestał protestować, kiedy na jego oburzenie odpowiedział ochroniarz z dwoma głowami. Chodzą plotki, że to jakieś zaklęcie i ma minąć za kilka dni, ale i tak wystarczyło, żeby połowa osób zemdlała w wejściu. Babci udało się tego nie zrobić, ale nie jestem pewna, czy żółta kałuża na korytarzu nie była jej sprawką...
Tata każe Cię ucałować, Petunia również! Jestem prawie pewna, że jej oburzone okrzyki to miara siostrzanej miłości, którą do Ciebie czuje.
Przekazali nam, że będziecie mieli możliwość skontaktowania się z nami w odpowiedzi. Zanieś list do Dyrektora, myślę, że to powinno wystarczyć, żeby do nas dotarł.
Kochamy Cię!
Trzymaj się, kochanie, odezwiemy się wkrótce.
Mama (i tata!)

PS. Spóźnione wszystkiego najlepszego, różyczko!

Śmiałam się, a łzy toczyły się po moich policzkach. Opadłam na łóżko, tuląc do siebie list, jakby był największym skarbem, a z mojej piersi wydarł się szloch. Płakałam tak mocno, że brakowało mi tchu, sama nie wiedziałam dlaczego. Miałam wrażenie, że ciężar ostatnich dni powoli schodził z moich barków, a ja wreszcie mogłam odetchnąć. Chwilę później dormitorium szóstych klas wypełnił mój głośny śmiech.

Kiedy schodziłam na kolację, przez moment miałam ochotę skakać i śpiewać. Kiedy stanęłam w wejściu korytarza prowadzącego do sypialni i spojrzałam na Pokój Wspólny, uświadomiłam sobie, że nigdy nie przyglądałam się Gryfonom. Nigdy nie zwracałam uwagi na tłum, po prostu wybierałam kilka osób, które po drodze zaczepiałam, a reszta była dla mnie jak przeszkody do wyminięcia. Dopiero teraz wydało mi się to dziwnie głupie. Chociaż w sumie to nie po raz pierwszy uświadamiałam sobie, jak bardzo zapatrzona w siebie potrafiłam być. Ruszyłam w stronę kominka, mijając Maxa Beerbohma, Juliana Bell i kilku innych trzecioklasistów, którzy rzucali w siebie garkulkami. Eliot Stearns, piątoklasista oraz jeden z prefektów Gryffindoru, uśmiechnął się do mnie i mruknął do swojego kolegi coś na ucho. Dalej siedziała Angelica Garnett, dziewczyna z pokoju Clarie i Maryl, która nigdy się nie odzywała i zawsze chodziła ubrana na czarno. Dotarło do mnie, że po świętach do zamku nie wróciła jej przyjaciółka, Fry Roger, więc teraz w ich pokoju stało jedno puste łóżko. Po chwili uświadomiłam sobie, że właściwie nigdy nie byłam w ich sypialni. Zmarszczyłam brwi i westchnęłam. Sofy przed kominkiem okupowane były przez siódmoklasistki, w tym Emmelinę Vance i Marlenę McKinnon, które spojrzały na mnie zdziwione. No cóż, chyba nigdy nie zamieniłyśmy słowa. Szóstoklasistów nie było jednak nigdzie widać, więc po chwili zastanowienia ruszyłam w stronę Wielkiej Sali zupełnie sama.
Zaczęłam się zastanawiać, co zrobię, kiedy natknę się na Mary. Miałam ochotę rzucić jej się na szyję, wypłakać, opowiedzieć o liście od rodziców, przeprosić za wszystko, ale sekundę później przed oczyma zamigotał mi obraz niebieskiego pamiętnika. Zacisnęłam wargi, bawiąc się dłońmi. Nie byłam pewna, czy wybaczenie jej miało być takie proste – coś w środku dalej paliło mnie na samo wspomnienie momentu, w którym Yaxley rzuciła we mnie zeszytem. Kiedy stanęłam w progu pomieszczenia i mój wzrok spoczął na znajomych Gryfonach, moje serce na moment stanęło, a następnie zaczęło bić szaleńczo, jakby chciało się wyrwać z klatki piersiowej. Moja przyjaciółka uniosła wzrok i spojrzała na mnie, a jej puchar zatrzymał się w połowie drogi do ust, wyglądała na przerażoną. Postawiłam kilka kroków, a potem z duszą na ramieniu ruszyłam w ich stronę.
– Lily! – dobiegło mnie wołanie od strony stołu Krukonów. Kilka osób podniosło na mnie zaciekawione spojrzenia, kiedy zamarłam. Nathias podniósł się z ławy i w akompaniamencie tęsknych wzdychań podbiegł do mnie. – Cześć, chciałem cię złapać wcześniej, ale zniknęłaś po teleportacji, a chłopaki powiedzieli, no, nieważne... Wszystko w porządku? – spytał, kiedy zauważył, że wyginam palce i spoglądam przez jego ramię, w stronę stołu Gryffindoru.
– T–tak – mruknęłam, kręcąc głową i odwracając wzrok. – O co chodziło?
– Och, tak... Więc, no – przerwał, pocierając dłonią swój kark – jak wiesz, jutro jest wyjście do Hogsmeade i no, pomyślałem sobie, że... gdybyś nie miała innych planów, no, wiesz... Może chciałabyś pójść ze mną?
Przyglądałam się wstającym Gryfonom. Mary szła z zawieszoną głową pomiędzy Remusem i Alicją, a kiedy przechodząc obok podniosła wzrok i spojrzała na mnie, w jej oczach zamigotał smutek i tęsknota. Natychmiast odwróciła się w drugą stronę i przyspieszyła kroku.
– Słyszałem, co się stało – mruknął cicho Nathias, a ja spojrzałam na niego speszona. – Przykro mi, Lily.
– Och – odpowiedziałam, nie wiedząc co innego mogłabym zrobić, po czym założyłam ręce na piersi. – Tak...
Chłopak przyglądał się mi w skupieniu, a potem dotknął ręką mojego ramienia.
– Wiesz, nie chcę naciskać, Lily. Wiem, że, no, musi być ci ciężko... No i cała ta sytuacja z Jamesem i w ogóle, naprawdę nie chcę wyjść na idiotę... ale... jesteś pewna, że ty, no, nic do niego nie...
– Nie – odpowiedziałam, potrząsając nerwowo głową. Chłopak wypuścił powietrze z ust.
– Posłuchaj. Ja... ja naprawdę cię polubiłem, Lily. Jutro organizują mały występ z okazji walentynek, pomyślałem sobie, że moglibyśmy pójść. Nawet tylko jako przyjaciele – dodał.
Spoglądałam na Gryfonów, którzy przystanęli w wejściu. Mary wpatrywała się we mnie smutno, a za jej ramieniem pojawił się nagle James, który utkwił przenikliwy wzrok w Nathiasie. Chwilę później burza blond włosów rzuciła się na niego ze śmiechem. Grace Butler pocałowała go w policzek i spytała o coś, a chłopak spojrzał na nią i uśmiechnął się.
– Tak – szepnęłam. – Pójdę z tobą.

Spałam niespokojnie. Chociaż szybko usnęłam, ciągle się przebudzałam i rzucałam na łóżku. Brakowało mi obecności Mary, która siedziała obok i pomagała na wszystkie koszmary. Z ulgą przyjęłam nadejście świtu. Pozwoliłam dziewczynom skorzystać z łazienki przede mną, więc kiedy wyszłam z pod prysznica, w pokoju była już tylko Drocas – reszta pewnie jadła już śniadanie. Ja jakoś nie byłam głodna, na samą myśl o dzisiejszym dniu robiło mi się słabo i nie byłam w stanie przełknąć choćby gryza.
– Czyli pan Nathias McRonner, hm? – spytała Meadowes znad muzycznego magazynu, na którego okładce miotali się członkowie jakiegoś rockowego zespołu.
– Ta – mruknęłam, kładąc ciuchy na łóżku. Moja koszulka z gnomem, w której sypiałam, odkąd przy ludziach zaczęła wykrzykiwać, że została porwana, straciła chyba na mocy, bo jedynie popiskiwała od czasu do czasu nienaturalnie wysokim głosem.
– Gdzie cię zaprosił? O której się spotykacie? W co chcesz się ubrać? – rzucała pytaniami, a ja się skrzywiłam.
– Żebym nie zaczęła żałować, że ci powiedziałam – parsknęłam, a dziewczyna zachichotała. Po chwili odrzuciła magazyn i podeszłą do mnie.
– Hm – wymruczała, przyglądając się mojej szafie. – Pożyczyłabym ci coś swojego, ale, no – tu poklepała się po brzuchu – nie ten rozmiar, chudzinko. Co nie zmienia faktu, że powinnaś wyglądać oszałamiająco.
Dorcas nie dało się tak łatwo spławić. Przyglądałam się, jak przewala się przez stosy ubrań, by po chwili krzyknąć coś w stylu "tak!" albo "w życiu!". Po kilkunastu minutach stałam przed lustrem ubrana w obcisłe, delikatnie przetarte na kolanach, czarne spodnie z wysokim stanem, szarą koszulkę z krótkim rękawem i czarny sweterek. Dorcas wyciągnęła mój praktycznie nieużywany Przybornik Watsbunga i próbowała zrobić coś z moimi włosami, co skończyło się tym, że po dziesięciu minutach męczarni pospinała je klamrą i wyciągnęła kilka kosmyków, po czym wzburzona ukłoniła się finezyjnie z okrzykiem "więcej nie da się zrobić!".
– Po prostu oddychaj. To nic strasznego, tylko randka z jednym z najprzystojniejszych, hogwarckich...
– Och, zamknij się – mruknęłam, rzucając w nią piżamą, na co brunetka zachichotała. Jej niebieskie oczy błyszczały z podekscytowania, kiedy odgarniała z twarzy czekoladowe kosmyki.
– Dobra, królewno, baw się dobrze.
– A ty? Nie idziesz? – spytałam, na co dziewczyna wzruszyła ramionami.
– Doe nie był zbyt chętny, a mi to tam zwisa i powiewa, czy jak wy to, młodzieży, mówicie. No dobra, leć już!
Złapałam kurtkę, szyję owinęłam gryfońskim szalikiem i ruszyłam w stronę wyjścia. Szczerze mówiąc, miałam wrażenie, że zaraz zwymiotuję. Może sprawiło to, że przestałam myśleć o Mary, a może tylko pogorszyło sytuację, ale kiedy w końcu zjawiłam się na dole i ze ściśniętym gardłem podeszłam do Nathiasa, prawie zemdlałam. Chłopak stał do mnie tyłem i rozmawiał z Huncwotami, żywo gestykulując. Kiedy stanęłam za nim, James spojrzał na mnie zdziwiony, a jego wargi zadrgały, kiedy wciągnął powietrze.
– Zamknij buzię, Rogasiu, nieładnie się tak gapić – zachichotał Syriusz, puszczając do mnie oczko, a Nathias obrócił się.
– Lily – powiedział, a na jego twarz wpłynął uśmiech.
Miał na sobie czarny płaszcz, spod którego wystawał kołnierzyk niebieskiej koszuli. Przez jego ramię zwisał zawadiacko przekrzywiony szalik w barwach Ravenclawu, brązowe włosy pozostawił tego dnia w delikatnym nieładzie, a jego ciemniejsza karnacja kontrastowała na tle śniegu za nami. Po chwili uśmiech objął też czekoladowe oczy, kiedy obrzucił mnie szybkim spojrzeniem.
– Wyglądasz pięknie.
– Dzięki – mruknęłam, prawdopodobnie robiąc się czerwona jak piwonia i natychmiast odwróciłam wzrok. Miałam wrażenie, że James zasztyletuje go swoim, ale on jedynie udał, że szuka w tłumie kogoś innego.
– Idziemy? – spytał Krukonoferując mi ramię, a ja pokiwałam głową i drżącą ręką złapałam je, po czym ruszyłam z nim w stronę Filtcha. Za nami usłyszałam ciche prychnięcie i chichot Blacka, który szybko został stłumiony głuchym uderzeniem.
Stresowałam się tak bardzo, że właściwie nie potrafiłam się odezwać. Nathias próbował podtrzymać rozmowę, która absolutnie się nie kleiła.
– Przepraszam – mruknęłam, wkładając ręce do kieszeni, kiedy mijaliśmy znak Hogsmeade. W ciągu nocy spadło kilkadziesiąt centymetrów śniegu, więc zima znów wyglądała na zimę. Małe domki zamieniły się w wielkie sklepy i wkrótce szliśmy ulicą z obu stron otoczoną przez wesołe witryny.
– Nic się nie dzieje – odpowiedział chłopak, uśmiechając się do mnie. – Więc co chciałabyś robić?
Szybko okazało się, że nie mam pojęcia, czego bym chciała, więc po prostu włóczyliśmy się bez celu po całej wiosce, zaglądając do przeróżnych sklepów. Wstąpiliśmy nawet do Richardson Shove, gdzie kupiłam mały medalik z miejscem na zdjęcie, który zamierzałam wysłać mamie. W końcu Nathias spojrzał na zegarek i oznajmił, że mamy pół godziny do koncertu, więc powinniśmy się pospieszyć.
Kiedy ostatnio byłam w knajpie madame Zélie, pogrążona była w przyjemnej ciemności brązów i czerwieni. Dzisiaj przypominała wiosenną krainę szczęścia i była tak niepodobna do poprzedniego wystroju, że przez chwilę miałam wrażenie, że znaleźliśmy się w całkiem innym miejscu. Trudno było uwierzyć, że przez okna mogło wpadać aż tyle światła. Ciężkie, ciemne kotary zostały zastąpione błękitnymi zasłonami, a bordowe obrusy białymi. Na każdym stoliku stał wianuszek polnych kwiatów, świece zniknęły. Większość miejsc była już zajęta, ale Nathias poprowadził mnie do jednego z wolnych stolików i odsunął krzesło. Dopiero teraz zauważyłam, że po drugiej stronie pomieszczenia znajdowała się mała scena z kilkoma reflektorami, instrumentami i pustym krzesłem na środku.
– Niech zgadnę – mruknęłam, wskazując ręką scenę. – Grace Butler.
– Tak, rzeczywiście Grace będzie dziś śpiewać – odpowiedział Krukon, a ja westchnęłam, zirytowana ściągając kurtkę i wieszając ją na oparciu krzesła, bowiem wieszak przy drzwiach był już pełny. Kilka stolików dalej siedzieli dobrze mi znani Gryfoni. Clarie pomachała mi wesoło, a Alicja i Frank, którzy właśnie szli w stronę łazienek, przywitali się, przechodząc obok. Zauważyłam Petera i Remusa, którzy uśmiechnęli się do mnie, oraz Mary, która siedziała przy ich stoliku, tyłem do mnie. Syriusz podrywał jakieś dwie brunetki przy barze, a po Jamesie (i Grace) nie było śladu.
– Zaraz powinno się zacząć. Chcesz coś do picia? – spytał Nathias, a ja uśmiechnęłam się do niego.
– Tak, zwykłą herbatę.
– Już się robi – zaśmiał się i ruszył w stronę okupowanego baru, gdzie Zélie uwijała się, żeby zdążyć wszystkich obsłużyć.
– Cześć. – Uniosłam wzrok i spojrzałam na Jamesa, który stał obok. Po chwili odsunął sobie krzesło i usiadł przy naszym stoliku. – Jak walentynki?
– W porządku – mruknęłam, a chłopak pokiwał głową. Przyglądał mi się w skupieniu.
– Więc podoba ci się Nathias? – spytał, a ja wstrzymałam oddech.
– Ja... – Nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć. Spojrzałam w kierunku baru i mrugnęłam kilka razy. Nie dało się powiedzieć o nim nic złego. Co prawda miał iście Krukoński charakter, był trochę przemądrzały i ciągle próbował udowodnić swoją rację, ale to tylko sprawiało, że mogłam z nim dyskutować o tylu rzeczach i wciąż nie kończyły nam się tematy. Był przystojny, miły i wyrafinowany, ale... – Lubię go – powiedziałam, ponownie spoglądając na Jamesa. Twarz Gryfona nie wyrażała żadnych emocji. Po chwili wyciągnął rękę, a ja zadrżałam, kiedy sięgnął do moich włosów i odpiął klamrę. Rude loki rozsypały się w popłochu i opadły kaskadami na moje plecy, a kilka krótszych kosmyków poleciało mi na oczy. Rogacz musnął mój policzek, kiedy zabierał rękę, wciąż nie przestając patrzeć prosto w moje oczy.
– Tak ci ładniej – wyszeptał, odkładając klamrę tuż obok mojej dłoni, a potem wstał i ruszył w stronę naszych przyjaciół.
Siedziałam nieruchomo i nie potrafiłam opanować dygotania rąk, kiedy chłopak odchodził. Usiadł obok Elsie Waley i jakiegoś gburowatego Krukona. Grace rozmawiała z trzema zdenerwowanymi chłopakami, a jeden z nich w końcu pokiwał głową i stanął za klawiszami. Dziewczyna odwróciła się z uśmiechem i ustawiła sobie mikrofon.
– Cześć, wszystkim – zawołała radośnie, a kilka zajętych sobą par oderwało się od siebie i spojrzało na nią. Nathias pokręcił głową spod baru, pokazując mi ręką, że kolejka jest strasznie długa. – Przepraszamy za opóźnienia. Tę piosenkę chcę zadedykować komuś specjalnemu, komuś, bez kogo nie zaszłabym tak daleko. To dla ciebie – powiedziała, spoglądając w stronę swojego stolika. James uśmiechnął się szeroko i oparł wygodnie na krześle, a Elsie ścisnęła mocniej rękę swojego towarzysza i zakryła ciemne usta dłonią. Jej długie blond włosy, opalizujące na rudy brąz zamigotały w promieniach popołudniowego słońca, kiedy pochyliła się do przodu i szepnęła coś Potterowi na ucho, na co chłopak pokiwał delikatnie głową.
Dziewczyna zaczęła śpiewać, a po pomieszczeniu rozeszły się pierwsze dźwięki klawiszy. Zacisnęłam usta i próbowałam się opanować. Spojrzałam na czarną klamrę, która leżała na stoliku. Drgała delikatnie równo z uderzeniami perkusji. Nie wiedząc, czemu właściwie chcę to zrobić, dotknęłam ją palcem wskazującym, a ona potoczyła się w stronę krawędzi. W ostatnim momencie czyjaś ręka złapała ją i powoli położyła obok wazonu. Uniosłam wzrok i spojrzałam na Mary, która stała w bezruchu z kurtką w ręku. Sekundę później obróciła się i szybko ruszyła w stronę wyjścia, zwieszając głowę w dół. Patrzyłam za nią dopóki nie znikła, a kiedy odwróciłam głowę, poczułam na sobie spojrzenie zmartwionego Remusa. Moje serce biło tak szybko, że przez moment miałam wrażenie, że zaraz wyrwie się z mojej klatki piersiowej. Zerknęłam na Nathiasa, który rozmawiał właśnie z Zélie, później na Grace, która wpatrywała się w Jamesa, a w końcu na samego chłopaka, który nieprzerwanie patrzył się na mnie. Poczułam, że robi mi się słabo. Podtrzymując się stolika, wstałam i łapiąc kurtkę, wybiegłam na zewnątrz. W twarz uderzyło mnie zimne powietrze, a serce zakuło boleśnie. Zatkałam drgające usta dłonią i rozejrzałam się po dróżce, jednak Mary nigdzie nie było. Ruszyłam w górę uliczki, a po chwili przyspieszyłam kroku. Miałam ochotę krzyczeć. Wkrótce nie wiedzącco właściwie robię, biegłam przed siebie, chcąc jedynie uciec od tego, co się właśnie stało. Potykałam się o zaspy białego puchu, a po kilku minutach z mojej piersi wyrwał się szloch. Dopiero kiedy brakowało mi tchu, zatrzymałam się i złapałam starego ogrodzenia. Z wzgórza, na którym stałam, roznosił się widok na całą dolinę. W oddali widziałam majaczącą w bieli Wrzeszczącą Chatę, a daleko za nią zamek. Próbowałam złapać oddech, ułożyć w głowie wszystko, czego nie potrafiłam zrozumieć. Czemu nic nie potrafiło być proste? Czemu zawsze musiało się komplikować?
– Lily... – Nie wiedziałam, ile czasu mogło minąć. Opierałam się o skrzypiące, drewniane ogrodzenie, w głowie przetwarzając swoje myśli. Zerknęłam za siebie, na Nathiasa, który stał za moimi plecami. Łzy na moich policzkach prawie całkiem wyschły. Chłopak powoli wyciągnął z moich rąk kurtkę i założył ją na moje ramiona, a potem obrócił mnie twarzą do siebie i przytulił.
– Przepraszam – wyjąkałam, a Krukon pokręcił głową.
– Nie powinienem był cię tam zabierać – szepnął.
W oddali słychać było szum lasu. Zerwał się wiatr, więc płatki białego puchu podniosły się i zawirowały wokół nas.
– Nie chciałem, żeby tak wyszło – szepnął, kiedy odsunęłam się od niego. Wciąż miał ręce na moich plecach, a ja opierałam dłonie na jego klatce piersiowej, która unosiła się miarowo w górę i w dół. – Prawdę mówiąc... chciałem, żebyś miło wspominała ten czas.
– Może nie jest jeszcze za późno – mruknęłam bez przekonania, a chłopak uśmiechnął się delikatnie. Kilka płatków osiadło na jego włosach, więc sięgnęłam do góry, żeby je strzepać. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, jak blisko siebie byliśmy. Śnieg wirował wokół, sprawiając, że czerwone loki wpadały mi do oczu. Chłopak uśmiechnął się i założył mi je za ucho, a potem spojrzał na mnie nieodgadnionym wzrokiem, a mój puls natychmiast przyspieszył.
– Co byś zrobiłagdybym teraz cię pocałował? – spytał, a ja wstrzymałam oddech, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Nie potrafiłam myśleć, nawet zdecydować, czy właśnie tego chciałam. – Mogę? – Jego głos utonął w szumie wiatru.
– Nie wiem – wyszeptałam, kiedy chłopak przybliżył się do mnie.
– Nie wiesz, czy chcesz, czy nie wiesz, jak byś się zachowała?
Zanim zdążyłam się zastanowić, jego wargi dotknęły moich. Zamknęłam oczy, śnieg zawirował, a zmierzch pochłonął nas w bezdenną przepaść.

Szłam pustymi korytarzami i bawiłam się rogami białej koperty. Przez wysokie okna wpadały ostatnie promienie słońca, zabarwiając kamienne ściany dookoła na ciemny pomarańcz. Moja ręka bezwiednie powędrowała do twarzy, a palce błądziły po ustach. Uśmiechnęłam się delikatnie i zamknęłam oczy, próbując uporządkować wspomnienia dzisiejszego popołudnia, zanim jednak zdążyłam jakkolwiek zareagować, znowu ujrzałam Jamesa rozpuszczającego moje włosy. Natychmiast otworzyłam oczy i wciągnęłam gwałtownie powietrze, zatrzymując się przed kamienną chimerą. Pokręciłam głową, próbując pozbyć się tego widoku. Mocno zacisnęłam powieki, a następnie mrugnęłam kilka razy, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że jestem już na miejscu. Niepewnie spojrzałam na posąg i odetchnęłam.
– Ee... Pralinki kokosowe? – spytałam, a chimera odskoczyła w bok, ukazując sporej wielkości otwór. Powoli weszłam na spiralne schodki, które sunęły łagodnie w górę. Ściana za mną zasunęła się z łoskotem, a ja podskoczyłam, wpatrując się w nią zaskoczona. Nie pamiętałam, żeby ostatnim razem się zasuwała. Chwilę później schody zatrzymały się przed wielkimi, dębowymi drzwiami z mosiężną kołatką w kształcie gryfa. Powoli podeszłam do nich i zastukałam dwa razy, zanim rozległo się głośne "proszę!".
Okrągły gabinet wypełniony był dziesiątkami przedziwnych urządzeń wydających różnorodne dźwięki. Wielkie gabloty wypełnione były flakonikami i pucharkami, a półki uginały się pod ciężarem książek. Na żerdzi, po drugiej stronie pomieszczenia siedział wielki feniks, wpatrując się we mnie świdrującymi oczkami. Chwilę później dyrektor chrząknął, a ja spojrzałam w jego kierunku.
– Lily – powiedział, uśmiechając się radośnie. Siedział za olbrzymim biurkiem z nogami w kształcie szponów, obładowanym księgami i pergaminami. Odwzajemniłam uśmiech i podeszłam do niego.
– Przyniosłam list – mruknęłam, podając mu kopertę. Naszyjnik z moim ruchomym zdjęciem, który kupiłam mamie, zabrzęczał w środku, a Dumbledore uśmiechnął się jeszcze szerzej, jakby zdawał sobie sprawę, co to było.
– Obiecuję, że trafi do twoich rodziców – odpowiedział, puszczając mi oko.
– Panie dyrektorze, czy mogę o coś spytać?
– Nie krępuj się – odrzekł starzec, a jego bladoniebieskie oczy zamigotały wesoło.
– Czy... Co z naszym domem? Mama mówiła, że został zapieczętowany, czy to znaczy, że na wakacje będziemy mogli do niego wrócić? I jak długo moja rodzina zostanie w... ośrodku – dokończyłam, a Dumbledore pokiwał powoli głową.
– To ważne pytania – powiedział, ściągając okulary połówki i odkładając je na biurko. – Lily, na wasz dom zostały nałożone silne zaklęcia maskujące. Nikt ani nic nie jest w stanie tam teraz wejść. Ale zapewniam cię, że do wakacji ministerstwo zapewni wam odpowiednie zabezpieczenia, pozwalające na powrót do niego. Czy taka odpowiedź cię satysfakcjonuje?
– Tak – odpowiedziałam, kiwając głową, a dyrektor posłał mi ciepły uśmiech. – Przepraszam za zawracanie głowy.
– Troska o naszych bliskich sprawia, że jesteśmy bardziej ludzcy. Nie masz za co przepraszać, Lily – powiedział, przewiercając mnie spojrzeniem. – Czy jest jeszcze coś, co chciałabyś wiedzieć?
– Nie, to już wszystko.
– W takim razie – mruknął, wskazując drzwi – miłej nocy, Lily.
– Dobranoc, panie dyrektorze.
Ruszyłam w stronę drzwi, ostatni raz zerkając na tykające urządzenia ustawione na jednym ze stolików, kiedy coś przyciągnęło moje spojrzenie. Wielki, srebrny wisior leżał pośród kilku zamykanych pudełek. Metal ozdobiony był motywami roślinnymi. Kojarzyłam go skądś i właśnie wtedy mnie olśniło – już kiedyś go widziałam. Na gzymsie kominka w Pokoju Wspólnym. Tym razem jednak był otwarty, nie było też śladu faunów i innych stworzeń, które zauważyłam za pierwszym razem.
– Wszystko w porządku, Lily? – spytał Dumbledore, kiedy stanęłam kilka metrów od drzwi.
– T-tak – mruknęłam, mrugając kilka razy, żeby się upewnić, że wisior naprawdę się tam znajdował. – Tak, wszystko w porządku.
Nawet kiedy znalazłam się na korytarzu, nie mogłam pozbyć się obrazu wisiora z głowy. Stanęłam przy oknie i oparłam się o kamienny parapet, wpatrując się w wielki, wschodzący księżyc. Czerwona tarcza odbijała się w wodach jeziora. Czytałam kiedyś o tym zjawisku – światło załamywało się od atmosfery ziemskiej, rozpraszając kolory, nie zmieniło to jednak faktu, że widok był przerażający. Zupełnie, jakby pełnia próbowała boleśnie przypomnieć mi, jak krwawe żniwo zbierze tej nocy. Właśnie teraz, gdzieś w ciemnościach Remus przeżywał katusze, a ja byłam pewna, że trójka jego przyjaciół była przy nim niezależnie od tego, jak bardzo protestował – tak samo jak pewna byłam tego, że pewnego feralnego, wrześniowego wieczora widziałam taki sam wisior w wieży Gryffindoru, a zabrał go nie kto inny, jak chłopak, który tej nocy zamienił się w potężnego jelenia. 





Witam wszystkich kochanych czytelników (których ostatnio troszkę przybyło, z czego niezmiernie się cieszę!) i bardzo przepraszam, za opóźnienia i w ogóle. Na swoją obronę mogę powiedzieć, że rozdział był już gotowy od dawna, ale przeciągnęła się faza poprawiania.
I tutaj chciałabym ogromnie podziękować pani Florence z betowanie.blogspot.com, która począwszy od tego właśnie rozdziału będzie u mnie stałym gościem, a zajmie się niczym innym, jak właśnie betowaniem. Chociaż troszkę musiałam poczekać, to było warto, bo pomogła mi z wszystkim, pierwszy raz więc możecie zobaczyć u mnie dywizy zamiast pauz, oraz ogarnięte przecinki!
Dziękuję wszystkim, którzy dopominali się o rozdział i mam nadzieję, że Wam się podobał. Nie zjedzcie mnie za Nathiasa, starałam się, żeby wypadł w dobrym świetle, nie chce z niego zrobić wroga publicznego numer jeden.
Data publikacji kolejnego rozdziału? A gdzieś sobie poszła i zaginęła w akcji...
Nic nie obiecuję, postaram się wyrobić w ciągu dwóch - trzech tygodni, ale jak już powiedziałam, nic nie jest pewne. Nauka, nauka i jeszcze raz nauka, a między szkołą, autobusami, zajęciami dodatkowymi i spaniem (regularne spożywanie posiłków chyba udało się w tą samą podróż co data kolejnego rozdziału...) muszę znaleźć jeszcze trochę czasu dla siebie.
Na pewno dam Wam znać na facebooku :)

Jeszcze raz dziękuję i życzę Wam miłego kwietnia! Do zobaczenia pod koniec miesiąca:)