piątek, 7 września 2018

23. Klub Szlam

Dla W, 
który sprawia mi najwięcej problemów,
zarazem najwięcej rozwiązując.



Uspokojenie Clarie zajęło wieczność. Wszystkie byłyśmy przerażone, strach wyciskał nam z oczu łzy, podczas kiedy Patford trzęsła się i krzyczała, krzyczała tak głośno i długo, że chyba cały Gryffindor zebrał się pod schodami.
– Clarie – szepnęłam, kładąc jej ręce na ramionach. – Clarie, już, spokojnie.
Z każdym moim słowem dziewczyna cichła. Powoli przyciągnęłam ją do siebie i zacisnęłam ramiona wokół jej klatki piersiowej, a ona zaczęła szlochać. Dławiła się słowami i przerażeniem, a ja zrozumiałam, że byłyśmy odpowiedzialne za naprawienie wszystkiego. Za poskładanie Clarie z okruszków, na które się rozpadała. Za odnalezienie Maryl.
– Sprowadź McGonagall. Powinna być w swoim gabinecie – powiedziałam w kierunku Mary, a ona pokiwała głową i natychmiast ruszyła w stronę drzwi. Na schodach dało się słyszeć zduszone okrzyki, kiedy parę osób odsuwając się wpadło na pozostałe. – Alicjo, Dorcas, zajmijcie się resztą, niech stąd znikną. I potrzebuję tu Huncwotów, na już.
Meadowes kiwnęła głową i pociągnęła za sobą Alicję. 
– Spadać stąd, no już, nie ma was.
– Mam prawo tu być.
– A Prefekt Naczelny ma prawo wlepić ci szlaban, więc na twoim miejscu bym się stąd zmyła.
Rozległ się odgłos przepychania. Clarie załkała głośno, a ja przyciągnęłam ją do siebie mocniej i położyłam dłoń na jej głowie.
– Cii, spokojnie, już dobrze – powtarzałam. Gryfonka zaczęła powoli wyślizgiwać się z moich ramion, osuwając się w dół, więc powoli ułożyłam ją na ziemi i oparłam o siebie. Po dłuższej chwili rozległ się odgłos kroków i do pokoju wpadł zaskoczony James, a zaraz za nim Syriusz.
– Co się stało?
– Weź ten koc – powiedziałam do Łapy, kiwając głową na jedno z łóżek – i pomóż mi ją otulić. 
– Pomogę – wyszeptał nerwowo James, klękając po mojej drugiej stronie.
– Owińmy ją ciasno – dodałam cicho, kiedy Black, zaczął rozkładać koc. – Trzeba powiększyć nacisk na układ współczulny.
– Na co? – spytał głupio Syriusz, podając Jamesowi drugi koniec koca.
– Czytałam o tym gdzieś, nacisk powoduje opanowanie paniki, zajmujesz czymś innym mózg – wyszeptałam, delikatnie odsuwając się na bok. – A teraz bądź cicho i mi pomóż.
W tym samym momencie, do pokoju wpadł Remus i Alicja, niosąc wodę.
– Przegoniliśmy wszystkich, Dorcas pilnuje spokoju, ale nie wiem, ile to jeszcze potrwa.
– W porządku, tyle wystarczy. James – szepnęłam, zwracając głowę w kierunku chłopaka. – Pomożesz mi ją podnieść?
– Jasne – odpowiedział, przysuwając się do mnie i powoli wsuwając ręce pod drżące ciało Clarie. Chwilę później na schodach rozległ się tupot stóp i do pokoju wbiegła zziajana Mary, prowadząc za sobą Profesor McGonagall.
– Nie spytam nawet, jak się tu znaleźliście – powiedziała kobieta, zerkając na Huncwotów. – Zanieśmy ją do Pani Pomfrey.
James poprawił uchwyt wokół półprzytomnej Gryfonki i ruszył w stronę wyjścia.
– Pani Profesor – zaczęłam, jednak kobieta pokręciła głową. 
– Nie jestem w stanie ci nic powiedzieć, Evans. Ale zawiadomiłam już profesora Dumbledora. Nawet jeśli to normalne w tym roku, że część uczniów... no cóż, nie zjawiła się w szkole.
– Ale ona miała tu być, na pewno się nie rozmyśliła! – zawołała Alicja, stając obok mnie. McGonagall pokręciła głową i westchnęła.
– Musicie poczekać, postaram się coś dowiedzieć, ale niczego nie obiecuję.
– Dziękujemy – powiedziałam, a następnie ruszyłam za Rogaczem, żeby pomóc mu w przejściu przez portret.
Dojście do skrzydła szpitalnego zajęło nam więcej czasu niż przypuszczaliśmy. Na miejscu czekała już na nas Pani Pomfrey, z przygotowanym eliksirem i parawanem przy jednym z łóżek.
– Połóżcie ją tutaj. Bidulka, co ten stres robi z nastolatkami – westchnęła, natychmiast się nad nią pochylając. 
– Wiadomo już coś? – spytał James, a ja pokręciłam głową. Chwilę później do skrzydła szpitalnego wpadła Mary, Dorcas, Alicja, Syriusz, Remus i zdyszany Peter.
– Co jej jest, wyjdzie z tego? – spytał ten ostatni, przecierając spoconą twarz, jakby biegł całą drogę. 
– Po tym eliksirze będzie długo spała, ale jutro powinno być już w porządku – powiedziała Pani Pomfrey. Wszyscy spojrzeliśmy na Clarie, która leżała już na łóżku, z zamkniętymi oczami. Jej klatka piersiowa unosiła się miarowo w ciszy panującej w pomieszczeniu.

Pomimo naszych sprzeciwów, zostaliśmy wygonieni ze skrzydła szpitalnego. Pani Pomfrey argumentowała to tym, że Patford potrzebuje ciszy i spokoju. Remus zaoferował, że zostanie przez jakiś czas pod drzwiami, na wszelki wypadek. Mary i Alicja również zadeklarowały chęć zostania, więc reszta z nas wróciła w ciszy do Pokoju Wspólnego, który szumiał od plotek. Dorcas spojrzała niechętnie na grupkę piątoklasistów, szepczących coś pod oknem i patrzących w jej kierunku.
– Idę się położyć – westchnęła, kręcąc głową. 
Syriusz westchnął i przeciągnął się.
– Coś w tym jest, trzeba się walnąć do wyrka.
– Masz serce z kamienia – mruknęłam, a Black uśmiechnął się lekko.
– Mam twardą dupę, a to co innego. Do jutra, Lily.
Peter pomachał mi i ruszył za przyjacielem a James spojrzał na mnie.
– To co...
– Trzeba zająć się dyżurami – westchnęłam. – Prefektów. Musimy je rozdać jutro przy śniadaniu.
– Och – jęknął James. – A nie moglibyśmy...
– Chodź, nie ma co tego odkładać, uwierz, też jestem zmęczona, ale im szybciej to zrobimy, tym wcześniej się położymy.
Rogacz pokiwał głową.
– Skoczę tylko po jakiś pergamin.
– Weź swój atrament – rzuciłam za nim, a on przytaknął.
Czekając na jego powrót, zajęłam wolne miejsce przy jednym ze stolików. Szum nie ustawał, a parę osób przyglądało mi się z ciekawością. Po chwili rozległ się odgłos kroków i James rzucił się na miejsce obok mnie. Uniosłam wzrok i przyjrzałam się jego zmartwionej twarzy. Całkiem zapomniałam, jak bliska była mu Maryl.
– Jak się czujesz? – spytałam, a on pokręcił głową.
– Martwię się. Ale i tak dopiero jutro będzie coś wiadomo, więc... – powiedział, wskazując na przyniesione przez siebie przedmioty. – Skoro jesteś taka super to powiedz mi, od czego zaczniemy?
– Potrzebna nam będzie rozpiska wszystkich dni – mruknęłam, przysuwając do siebie pergamin i kręcąc głową. Powoli zamoczyłam pióro w atramencie i zaczęłam rysować kalendarz. – Ile dni ma wrzesień?
– Trzydzieści. A dzisiaj jest czwartek – zaśmiał się James, stukając palcem w pergamin – a nie poniedziałek.
– No dobra już, dobra.
Złapałam za różdżkę i usunęłam błąd.
– To kiedy chciałbyś mieć dyżury?
– To mogę sobie wybrać?
– No możesz – zaśmiałam się.
– Czekaj, jako prefekt naczelny muszę je mieć z tobą?
– Większość tak, jako jedyni możemy się rozdzielać i patrolować sami.
– Aha. Hm, Lily – szepnął, przysuwając się. 
– No?
– Czy patrole mają być częścią naszych tajnych, no wiesz, schadzek? – zapytał, poruszając zabawnie brwiami.
– Palant z ciebie, wiesz? – powiedziałam, ponownie kręcąc głową. James jednak zachichotał, widząc, że na moje usta wypłynął uśmiech.
– Dobra, jest nas... dwa razy trzy... dwadzieścia... cztery. Sześć, razem z nami. Co ile mamy mieć patrol? 
– Raz w tygodniu, reszta co dwa? – spytałam, a Potter zmarszczył brwi.
– Tak często? – jęknął, przeciągając ostatni wyraz.
– Jesteś Prefektem Naczelnym, oprócz możliwości wlepiania szlabanów masz też obowiązki – zauważyłam, podpisując dni tygodnia na górze kalendarza.
– No dobra, to wpisz nas w... poniedziałki.
– A jakby co tydzień w następny dzień tygodnia?
– A treningi Quidditcha? Nie będę ich przesuwał, bo muszę patrolować puste korytarze.
– Uwierz, nie zawsze są puste – mruknęłam, a James parsknął śmiechem.
– Przyłapałaś kiedyś kogoś? – spytał, szczerząc się.
– Raz czy dwa.
– Kogo?
– A to mój drogi nie twój interes – zaśmiałam się. – No dobra, więc poniedziałki. Daj mi listę prefektów. Albo dawaj, dyktuj nazwiskami.
– Po kolei? 
– Po prostu dyktuj, a ja będę ich wpisywać.
– Rosemary Cubbort, Eloise Clark, Sam Chester, Leonard Simmons... To ten, co złapał cię w pociągu, nie?
– Mhm – potwierdziłam, wpisując jego nazwisko. – Wiesz co, nie, należy mu się ktoś lepszy niż Sam Chester, może... – tu spojrzałam na pergamin trzymany przez Jamesa. – Może Luisa Pitt, to chyba ta ładna blondynka nie?
James spojrzał na mnie, unosząc brwi, a ja uśmiechnęłam się.
– No co, nie tylko ja zasługuję na świetnego partnera do patrolowania.
– Czy ty właśnie... – mruknął Rogacz, łapiąc się za serce. – Kochana Lily.
– Tylko się nie posikaj ze szczęścia – zachichotałam, pisząc kolejne nazwisko. Po wypisaniu wszystkich przekrzywiłam głowę i odłożyłam pióro.
– Norbert nie może być z Keshą, to siódmoklasista ze Slytherinu, zje tę Puchonkę – powiedział James, a ja pokiwałam głową i machnęłam różdżką, zamieniając go z Cornelią z przyszłej środy. – Lepiej.
– Te to przyjaciółki, ale nie można dać ich razem, bo nie będą robiły nic oprócz plotkowania – mruknęłam. – Ale tą dwójkę można dać w ostatni poniedziałek miesiąca.
– Tych też. A jego i tą dziewczynę z piątku możesz dać razem, o tutaj.
Dokończenie planu zajęło nam piętnaście minut, po czym James przypomniał sobie, że para, którą daliśmy na czwartek, zerwała ze sobą w czerwcu, a przyjaciółka dziewczyny stała się nową dziewczyną, więc absolutnie nie może mieć z nią dyżuru tydzień później. Zanim udało nam się wszystko poprawić, uwzględniając komentarze Jamesa o treningach Quidditcha ("Gryfoni zawsze biorą wtorki i co drugi czwartek, jako nowy kapitan chciałbym też wprowadzić soboty, więc to wykluczone, żebym pozwoli ci wtedy wpisać kogoś z Gryffindoru, co jak trafi do drużyny? Nie, Puchoni zawsze mają treningi w środy, Lily! No i co z tego, że dyżury są dopiero wieczorem, a jak nie zdążymy?!") dochodziła dwudziesta trzecia. Pokój Wspólny opustoszał, wszyscy najwyraźniej znudzili się przyglądaniu, jak dwójka Prefektów kłóci się o grafik. W końcu zmęczona oparłam się o swoje krzesło i krytycznie spojrzałam na zapisany pergamin.
– Ujdzie.
– Kobieto, to dzieło naszego życia – zaoponował James, tarmosząc swoje włosy. 
– Niech ci będzie – mruknęłam, ziewając i machając różdżką, żeby skopiować zapiski na kolejne pergaminy. – Bądź jutro wcześniej w Wielkiej Sali, musimy je rozdać.
– Jasne, Przyszła Pani Potter.
– Nie nazywaj mnie tak – westchnęłam, kręcąc głową w rozbawieniu.
– To na kiedy umawiamy pierwszy pocałunek? Postaram się dobrze wyszorować zęby.
– Idiota – zawołałam, uderzając go pergaminami. James zaśmiał się radośnie, odchylając na krześle do tyłu. Jego ręka otarła się o moją, kiedy łapał równowagę, a ja nie mogłam powstrzymać się od delikatnego uśmiechu.
– Chcesz się przejść?
– Co? – spytałam, spoglądając na niego. Chłopak założył ręce za głowę i oparł nogi na biurku.
– Przejść. Czy chcesz rozprostować nogi.
– Jest już po ciszy nocnej – zauważyłam, a Rogacz pokręcił głową. 
– To powiemy, że patrolujemy zamek.
– Zatrzymaj to na kiedy indziej – zaśmiałam się, wstając i zbierając gotowe pergaminy.
– Czyli jutro?
– Dobranoc, James.
– O dwudziestej? – zawołał za mną, a ja uśmiechnęłam się znikając na schodach do dormitorium. Słyszałam za sobą jeszcze jego cichy śmiech, kiedy zamykałam drzwi do pokoju.
Dorcas spała na swoim łóżku z poduszką na głowie. Pokręciłam głową i poprawiłam koc, który zsunął się jej z ramion, a później ruszyłam do kufra i do łazienki. Ogarnięcie się zajęło mi parę minut, a kiedy wróciłam, w dormitorium były już Mary z Alicją.
– I jak? – spytałam.
– Dalej nic nie wiadomo. A Clarie, póki co, śpi – powiedziała Macdonald, siadając na swoim łóżku i przecierając twarz.
– Jak się trzyma James? – spytała Alicja, kiedy ruszyłam w kierunku szafy.
– Chyba więcej ukrywa niż pokazuje. Robiliśmy razem grafik patroli – wyjaśniłam, układając swoje ciuchy. – Zachowywał się, jakby nie chciał o tym rozmawiać.
– Nie dziwię mu się, po tym, ile przeżył z Maryl...
– Co w ogóle działo się między nimi? – spytałam cicho, kucając przy otwartym kufrze i wyciągając z niego komplet czystych szat.
– Sama nie wiem – powiedziała Alicja, kładąc się na poduszkach.
– Mi się wydaje, że musieli sobie wyjaśnić tą czerwcową sytuację, skoro teraz nie miał nic przeciwko temu zakładowi. No i jeszcze ta Alia, też dziwna sytuacja.
– Jaka Alia i jaki zakład? – spytała Hawkins, podnosząc się na łokciach. Mary zachichotała, spoglądając na mnie.
– Alia to jego nowa przyjaciółka... albo dziewczyna. Nie wiem, spytaj się Lily, skoro przejęła tą funkcję.
– Co?!
– Cicho bądźcie, bo obudzicie Dorcas – mruknęłam, kręcąc głową. Alicja jednak nie dała za wygraną.
– Gadaj, co się stało? Ty i James?
– Uspokój majtki, to tylko głupi zakład z Syriuszem.
– Widzisz, nasza kochana Lily założyła się, że udowodni, że nie jest sztywna i zrobi coś szalonego. No i stało się, postradała zmysły.
– Ha, ha, zabawne – powiedziałam, wkładając ostatnią porcję ubrań do szafy.
– Założyłaś się z Syriuszem, że będziesz się migdalić z Jamesem? 
– Niee – zawołałam, spoglądając na chichoczącą Alicję. – Mam tylko przekonać wszystkich, że chodzę z Jamesem.
– I co za to będziesz miała?
– Święty spokój. I niewolnika na miesiąc.
– Z tym spokojem bym uważała, jak ludzie się dowiedzą, to nie dadzą ci spokoju.
– Nie wierzę – westchnęła Alicja. – Lily, ty naprawdę oszalałaś.
Mary roześmiała się, a ja pokręciłam głową z uśmiechem.
– Nie, Alicjo. Ja zawsze byłam szalona.

Piątkowy poranek był niesamowicie słoneczny. Obudziłam się jako pierwsza, więc korzystając z wolnej łazienki, pozwoliłam sobie na szybki prysznic. Kiedy wróciłam do pokoju w ręczniku, dziewczyny gawędziły wesoło.
– No wreszcie, nawet nie wiesz, jak chciało mi się siku – powiedziała Dorcas, natychmiast wbiegając do zwolnionego pomieszczenia. Alicja zachichotała, przeciągając się na łóżku, a Mary rzuciła mi rozbawione spojrzenie.
– Gotowa na dzień pełen wrażeń?
– Jak najbardziej.
I to powiedziawszy sięgnęłam do szafy w poszukiwaniu czystej bielizny. W tym czasie Gryfonki wdały się w dyskusję na temat pierwszego dnia szkoły.
– I ostatniego – powiedziała cicho Mary. – To nasz ostatni pierwszy dzień.
– Och, nie bądź taka – westchnęła Dorcas, wychodząc z łazienki. – Nawet nie próbuj zepsuć tego dnia. Powinien być szczęśliwy!
– Jak może być szczęśliwy – zaczęła Alicja – kiedy dalej nie wiemy, co z Maryl?
– Spróbuję się czegoś dowiedzieć – powiedziałam, wsuwając ręce w koszule. – Będę w Wielkiej Sali wcześniej, mamy rozdać plany dyżurów prefektom, może uda mi się złapać McGonagall.
– Jedna ma łeb na głowie.
– Głowę na karku – roześmiała się Alicja, patrząc na Dorcas. – Mówi się głowę na karku!
Pokręciłam głową w rozbawieniu, zapinając spódnicę i zarzucając na ramiona szatę. Jeszcze tylko szybkie spojrzenie w lustro i...
Powinnam spiąć włosy? A może warkoczyki po bokach?
Nie, zdecydowanie nie.
– Do zobaczenia na dole – zawołałam, zakładając włosy za ucho i zbierając papiery.
– No nie wiem, czy Dorcas zmieści tam swój łeb, ha, ha... ała!
Uśmiechając się pod nosem zbiegłam po schodach i ruszyłam szybkim krokiem w kierunku przejścia pod portretem. W Pokoju Wspólnym siedziało parę zaspanych uczniów, których minęłam, nie przyglądając się im zbyt dobrze. Kiedy znalazłam się na korytarzu, uderzyło we mnie to, o czym mówiły dziewczyny. To był nasz ostatni rok w Hogwarcie. Czułam wewnętrzną potrzebę zrobienia czegoś. Nie chciałam czekać, nie chciałam zobaczyć, czy będzie udany. Chciałam sprawić, że będzie naszym najlepszym rokiem tam. Zamyślona zbiegłam sześć pięter w dół i skierowałam się w stronę drzwi, kiedy mój wzrok przykuła główna tablica z powiadomieniami. Zaraz obok niej wisiały klepsydry, obrazujące wynik punktów domów. Na usta wpłynął mi uśmiech. To był ten jeden z nielicznych momentów, kiedy poziomy były wyrównane. Każdy miał szansę wygrać.
– Evans!
Obróciłam się i spojrzałam na Jamesa, zbiegającego po schodach.
– Nie umiesz nie być pierwsza, nie? – spytał, uśmiechając się szeroko. Miał rozpiętą szatę i przekrzywiony krawat, jakby w pośpiechu wybiegł z dormitorium.
– Nie umiesz wyglądać jak na Prefekta przystało, nie? – odpowiedziałam złośliwie, kładąc wolną rękę na biodrze.
– Och, jak ja za tym tęskniłem.
– Trzymaj – mruknęłam, wciskając mu pergaminy do ręki. – A teraz stój i się nie ruszaj.
– Aj – westchnął James, kiedy złapałam za jego krawat i zajęłam się poprawianiem go. 
– Jeszcze tylko... – dodałam, prostując jego kołnierzyk. Potter spojrzał na mnie i pokręcił głową z rozbawieniem.
– Ale z ciebie prowokatorka.
– Pocałuj mnie w...
– Bardzo chętnie – rzucił, łapiąc mnie w pasie i wolną ręką przerzucając mnie przez swoje ramie.
– Natychmiast mnie postaw!
– Nie – odpowiedział krótko Rogacz, ruszając w kierunku Wielkiej Sali. – Pani Potter.
– Nazwij mnie tak jeszcze raz – roześmiałam się uderzając go w plecy.
– Pani wybaczy, ale jestem zmuszony to zrobić – powiedział bardzo cicho, powoli zamieniając ręce na moich plecach, tak, by drugą móc położyć na moim...
– James! – krzyknęłam, sztywniejąc, kiedy poczułam jego palce tuż nad linią mojej spódnicy.
– Przykro mi, ale jestem pewien, że wszyscy mogliby zobaczyć twoje majtki z tej perspektywy, a na ten miesiąc, o ile się nie mylę, wszystkie twoje majtki i możliwości patrzenia na nich z różnych stron są moim przywilejem, za sprawą twoją i mego szanownego przyjaciela Syriusza Blacka znanego inaczej jako diabła, z którym podpisałaś cyrograf.
– Masz trzy sekundy, żeby zabrać rękę z mojego tyłka, albo tak cię trzepnę...
– Och, zatem muszę go chyba wymiętosić.
– POTTER!
James zaśmiał się, tak głośno i radośnie, tak, jak naprawdę dawno się nie śmiał, a potem powoli zsunął mnie w swoje ramiona, stawiając gładko na ziemi. Od mojej twarzy buchał gorąc i musiałam być czerwona jak cegła, skoro sama czułam to ciepło, jednak moje wargi były zaciśnięte najmocniej jak się dało.
– To będzie dobry rok.
I powiedziawszy to, tak po prostu, ruszył w głąb Wielkiej Sali. Stałam tam w osłupieniu, nie wiedząc co się właśnie wydarzyło.
Czy on dopiero co użył określenia wymiętosić? I to w odniesieniu do mojego tyłka?
Moja dolna warga odbiła się od ziemi i wróciła na swoje miejsce. Może nie dosłownie, ale praktycznie poczułam ból towarzyszący zderzeniu z twardą rzeczywistością. On miał rację. Ja naprawdę podpisałam cyrograf z diabłem i teraz będę musiała za to zapłacić. I to dużo. 
– Oddam całe złoto świata za ułaskawienie – mruknęłam sama do siebie, a potem obróciłam się i ruszyłam za moim nowym chłopakiem.
Wielka sala była opustoszała, ale przy stole Ravenclawu siedziało paru uczniów, w tym nowy Prefekt z piątego roku, który uratował mnie przed upokarzającym upadkiem w pociągu, a grupka Puchonów pochylała się nad jakimś pudełkiem, chichocząc głośno.
– Daj mi to – mruknęłam, podchodząc do Jamesa i wyciągając w jego kierunku rękę.
– Po co?
– Zaniosę to do stołu Ravenclawu, daj.
Rogacz podał mi plik pergaminów, a ja odliczyłam sześć sztuk i ruszyłam w kierunku uśmiechniętego blondyna.
– Cześć – powiedziałam, przerywając rozmowę jego przyjaciół. – Leo, prawda?
– Hej, tak. 
– Proszę, to grafiki patroli na wrzesień. Mógłbyś je rozdać reszcie prefektów z twojego domu?
– Jasne, nie ma sprawy, Lily. – Chłopak poszerzył uśmiech.
– Dziękuję – odpowiedziałam. – Za to w pociągu również.
– Nie trzeba, ratowałem damę z opresji – zachichotał Leo. Ktoś obok niego parsknął śmiechem i dopiero wtedy rozpoznałam osobę siedzącą dwa miejsca dalej.
– Caspar? – spytałam, przyglądając się chłopakowi, który przejechał palcami po swoich włosach. 
– Cześć – odpowiedział, trochę zawstydzony. Nie patrzył mi w oczy, jakby wstydził się trochę ostatniego spotkania.
– Nie mówiłeś, że byłeś w Hufflepuffie? 
– Jestem – mruknął, wskazując na swój żółto-czarny krawat. 
– Och, no jasne – zreflektowałam się. – Jak wakacje?
– Dobrze, chociaż Dumbledore ciągle nas nachodził.
– Co masz na myśli? – zapytałam, totalnie nie rozumiejąc o co mu chodzi.
– Po prostu przyjrzyj się planu zajęć, jak go już dostaniesz, a zrozumiesz – westchnął.
– Jasne – odpowiedziałam. Nagle zrobiło się dziwnie cicho, a parę osób, które dopiero co usiadły przy stole, patrzyło się na mnie dziwnie, więc stwierdziłam, że czas się zwijać. – No to... do zobaczenia.
– Do zobaczenia – odpowiedział Caspar i Leo, który znowu uśmiechnął się szeroko. Skonfundowana odwróciłam się i ruszyłam z powrotem ku stołowi Gryffindoru. Wielka Sala zdążyła się już zacząć zapełniać, a obok Jamesa siedziała już reszta naszych przyjaciół. Mary pomachała mi wesoło, poklepując drugą ręką miejsce obok siebie, na które po chwili wsunęłam się.
– Rozdałem plany Gryfonom i podrzuciłem temu wysokiemu z Hufflepuffu – powiedział Rogacz, a ja pokiwałam głową, sięgając po jeszcze gorące grzanki i nakładając na nie jajka sadzone. Przy stole brakowało Clarie i Syriusza. Ta pierwsza była w skrzydle szpitalnym, a nieobecność tego drugiego wyjaśniała jakim cudem jeszcze nie usłyszałam jakichś kąśliwych uwag w moim kierunku. Rozkoszując się ostatnimi chwilami wolności, zabrałam się do jedzenia, kiedy nagle Alicja zachichotała.
– Idzie pogrom hogwarckich dziewczyn – powiedziała, wskazując głową na zbliżającego się Łapę, który nonszalancko wymachiwał krawatem. Dwa górne guziki białej koszuli pozostawił rozpięte i już prawie słyszałam ten jego głupi głosik mówiący "tylko się tak nie patrz, Lily, zajętym dziewczynom nie wypada", jednak zanim chłopak zdążył zbliżyć się na tyle, żeby cokolwiek powiedzieć, z opresji uratował mnie Remus.
– McGonagall na drugiej – szepnął i wszyscy obrócili się w stronę stołu nauczycielskiego. Profesor o której było mowa rzeczywiście szła w naszym kierunku, rozdając plany zajęć.
Spojrzałam na Jamesa. Jego szczęka drgnęła, a ręce zacisnęły się w pięści. Prawie natychmiast schował je jednak pod stół, jakby nie chciał, by nikt inny to zobaczył.
– Pani Profesor? – zapytał, podnosząc się po chwili. Reszta poruszyła się, ale pozostała cicha, jakby każdego nagle sparaliżował strach.
No cóż, mnie na pewno sparaliżował. Wszystkie te żarty i dogryzanie sobie, nagle zrozumiałam, że ciągle to od siebie odsuwałam. Że tak bardzo chciałam, żeby było dobrze, że odsuwałam od siebie myśl o tym, że Maryl z nami nie było. Poczułam, jak moje serce przyspiesza, a po żyłach zaczyna toczyć się trucizna, jaką był strach. Dopiero wtedy to do mnie dotarło. On naprawdę był przerażony.
– Potter – powiedziała cicho McGonagall, w końcu podchodząc do nas. Miała zatroskany wyraz twarzy.
– Co z nią? Błagam, jeśli znowu nas pani odeśle...
– Rozmawiałam z Profesorem Dumbledorem, który skontaktował się z rodzicami Maryl. Potwierdzili oni, że znajduje się ona w szpitalu Św. Munga.
– Co?! – spytał Syriusz, stając obok Jamesa. – Jak to Munga?
– Przecież było okej, czuła się dobrze – zawołała Alicja, również się podnosząc.
– Panna Binner była bardzo osłabiona. Jej stan dawał wiele do życzenia i według jej rodziców, no cóż, nie była gotowa na podróż i wysiłek, jakikolwiek by on nie był. W noc przed rozpoczęciem roku poczuła się dużo gorzej, a jej rodzice byli zmuszeni udać się z nią do Św. Munga, żeby otrzymała należytą pomoc magomedyczną. Bardzo mi przykro – dodała łagodnie, kładąc rękę na ramieniu Jamesa, który drgnął pod wpływem jej dotyku. Coś błysnęło w oczach McGonagall, jakby współczucie. 
– Możemy się jakoś z nią zobaczyć? – zapytał Rogacz.
– Obawiam się, że na razie to niemożliwe. Przekażę wam, jeśli dostanę jeszcze jakieś wieści. Póki co, pozostaje tylko mieć nadzieje, że szybko odzyska siłę.
Panika. Starałam się oddychać, ale jakoś nie docierało do mnie to, o czym mówiła reszta. Zaczęłam źle się czuć, więc zrezygnowałam ze śniadania, całkiem oddając się swoim przemyśleniom. Z całych sił próbowałam powstrzymać falę mlecznobiałej, lepkiej mgły, która obejmowała mój umysł. Nie mogłam dostać ataku, nie tutaj. Chciałam wyjść, ale bałam się, że ktoś zauważy, że zaczną się pytania, a ja nie mogłam, nie byłam w stanie o tym mówić. Znowu i znowu widziałam jej ciało, jak upada, krzyk Syriusza, biegnącego w jej stronę na dworcu, Jamesa, wyraz jego twarzy podczas naszej kłótni. Nawet nie wiem, kiedy ktoś wepchnął mi do ręki plan zajęć, a potem nagle wszyscy zaczęli się zbierać do wyjścia.
– Idziesz? – zapytała Mary. Huncwoci ruszyli już w stronę drzwi, a Alicja i Dorcas czekały na nas.
– Tak – szepnęłam, czując, że zaschło mi w gardle.
– Byłaś tak cicho, wszystko w porządku? – spytała, podając mi torbę.
– Tak – powtórzyłam – ja tylko... ciężko w to wszystko uwierzyć.
– Biedna Maryl – powiedziała Dorcas, kiwając głową.
Wzdrygnęłam się, próbując się wybudzić z przemyśleń i spojrzałam na ściskaną w dłoni kartkę. Psycholog mamy mówił, że w takich momentach powinnam się skupiać na czymś innym, czymś prostym. Ale niby jak miałam to zrobić, kiedy wszystko wręcz tętniło mi w uszach, a każdy kąt Hogwartu był dla mnie czynnikiem zapalnym? Skupiłam swój wzrok na tabelce przedmiotów i starałam się oddychać. Czy Caspar nie mówił czegoś o planie zajęć? Wdech. Zaraz, zaraz, na pewno wspomniał coś o nachodzącym ich Dumbledorze... Wydech.
– Pokaż mi twój plan – mruknęłam, kiedy minęłyśmy drzwi do Wielkiej Sali.
– Coś nie tak? – spytała Mary, podając mi kartkę, a ja pokiwałam głową.
– Spójrz – wskazałam. – Nie ma obrony przed czarną magią.
– Rzeczywiście – powiedziała Dorcas, przyglądając się swojemu planowi. 
– McGonagall mówiła coś, że będą jeszcze zmiany, może o to chodziło?
– Caspar mówił, że Dumbledore ciągle do nich przychodził, wydaje mi się, że to mogło być to. Mieli problemy ze znalezieniem nauczyciela.
– Caspar? – zapytała Alicja.
– Poznałyśmy go na spotkaniu z Zakonem na wakacjach. Godfray jest jego wujkiem.
– Ten od zajęć z bycia aurorem w zeszłym roku? 
– Dokładnie ten – potwierdziłam.
– Myślicie, że Dumbledore prosił go o bycie nauczycielem?
– Pewnie tak – powiedziała Mary. – W końcu on najlepiej wie, jak się bronić, to jego praca.
– Mówił, że wolałby pracować w terenie. Średnio przepadał za nauczaniem – przypomniałam sobie.
– Może właśnie dlatego Dumbledore do nich przychodził. Żeby go namówić – podsunęła Macdonald.
– I chyba nic z tego nie wyszło, skoro wciąż nie mamy nauczyciela.
Pokiwałam głową i spoglądnęłam po raz ostatni na plan, po czym wsunęłam go do torby. Pierwszą mieliśmy mieć transmutację, więc ociągając się udałyśmy się pod salę.
Próbowałam, naprawdę próbowałam się skupić, ale nie potrafiłam. Czułam się beznadziejnie. Serce wciąż biło mi nieregularnie, ilekroć w głowie pojawiała mi się jakaś nieproszona myśl. A pojawiały się ciągle. Starałam się je zwalczyć, odpychać od siebie, nie zwracać na nie uwagi. Ale się nie dało. Nie mogłam się pozbyć obrazu Maryl z ogniska u Mary, jej mizerności i worków pod oczami, jej słabego uśmiechu i zapewnień, że czuje się dobrze. Ciągle czułam się, jakbym znowu stała w pociągu, jakby podłoga pode mną wibrowała, a mój żołądek wykonywał serię fikołków.
Czasem zerkałam na Jamesa. Tego dnia był bardzo cichy, właściwie w ogóle się nie odzywał. Widziałam, jak ciągle zaciskał pięść, co powodowało, że znowu myślałam o Maryl i wszystko zataczało koło. Do przerwy obiadowej miałam tak dość i było mi tak niedobrze, że nie miałam najmniejszej ochoty na jedzenie. Wcale nie pomagał też fakt nawału nauki.
– To pierwszy dzień – jęknęła Alicja, kiedy szliśmy zatłoczonym korytarzem. – Pierwszy! I już trzy stopy wypracowania dla McGonagall i rozdział do ogarnięcia na zaklęcia. A jeszcze czekają nas eliksiry! Slughorn na pewno coś dowali!
– To ostatnia klasa, ostrzegali nas jeszcze w tamtym roku, że nie będzie łatwo.
– No ale pierwszego dnia? – odpowiedziała, wieszając się na ramieniu Remusa. – Zabij mnie!
– Trzymaj.
Odwróciłam się i spojrzałam na Jamesa, który stał za mną z piórem w ręku.
– Zostawiłaś je na ławce – dodał, uśmiechając się delikatnie. Powoli odwzajemniłam uśmiech i wyciągnęłam rękę.
– Dzięki.
– Drobiazg – powiedział, ruszając za resztą. Odetchnęłam cicho i zatrzymałam się, żeby schować pióro do torby, kiedy ktoś z tyłu parsknął śmiechem.
– Uważaj, ostatnio dziewczyny, którym się weźmie na amory z nim, szybko padają.
Zmroziło mnie, kiedy rozpoznałam właściciela głosu. Powoli spojrzałam na Snape'a, który opierał się o parapet. Ręce miał w kieszeni, ale mogłabym przysiąc, że były zaciśnięte w pięści. Przez chwilę chciałam po prostu odejść, ale wtedy dwóch innych Ślizgonów zaśmiało się.
– Daliście rano popis – powiedział ten wyższy, którego nazwiska nie znałam. Drugi z nich uśmiechał się drwiąco, patrząc na mnie spod czarnych, opadających mu na oczy włosów. 
– No cóż, najwidoczniej śpieszy jej się do piachu, jak tej poprzedniej, jak jej tam było... Lana? Laryl? – mruknął cicho Evan Rosier. W jego zielonych tęczówkach błyskały złośliwe ogniki.
– Coś ty powiedział?
Poczułam oddech Jamesa na karku. Natychmiast odwróciłam się i pokręciłam głową.
– Chodź, nie warto – szepnęłam, próbując popchnąć go w kierunku Gryfonów, którzy przystanęli, orientując się w końcu, że nie ma nas z nimi.
– Tak, posłuchaj się swojej dziewczyny, Potter – powiedział pierwszy z chłopaków, na co Snape skrzywił się, jakby ktoś rzucił najgorszym przekleństwem. – Wracajcie do tego waszego klubu wielbicieli szlam.
To stało się w przeciągu sekundy. James dosłownie przestawił mnie na bok, a potem rzucił się na Ślizgona. Zaraz za nim przeleciała czarna smuga, którą okazał się być Syriusz. Wszyscy będący na korytarzu rzucili się do przodu, żeby zobaczyć, co się dzieje, a ja prawie upadłam, popchnięta przez tłum.
– James, nie! – krzyknęłam, ale już mnie nie słyszał. Ktoś pomógł mi utrzymać równowagę, a kiedy spojrzałam w bok, ujrzałam przestraszoną Mary.
– O nie – powiedziała, patrząc gdzieś nad tłumem, a kiedy spojrzałam w tym samym kierunku, żołądek podszedł mi do gardła.
– No już, rozejść się, co to ma znaczyć! – zawołała McGonagall, przeciskając się przez uczniów. – Spokój! Natychmiast! Panie Potter, co to ma znaczyć! – krzyknęła, kiedy Remusowi, który jakimś cudem przepchał się do środka, udało się w końcu odciągnąć Jamesa od leżącego Ślizgona. – Jest pan Prefektem Naczelnym, a nie jakąś małpą, żeby rzucać się na innych! Ma pan dawać przykład! Dwadzieścia punktów odejmuję panu i pana towarzyszowi, tak, panie Black. Slytherin również traci dwadzieścia punktów. I szlaban, cała piątka, punkt dwudziesta. Może to was czegoś nauczy. A reszta rozejść się, zanim wam też odejmę punkty za kibicowanie tak odrażającemu zachowaniu!
– Chodź – powiedział Lunatyk, ciągnąc Jamesa do tyłu. – Ty też Syriuszu, błagam cię.
Z pomocą Glizdogona i Dorcas udało wydostać nam się z tłumu. Spojrzałam na Rogacza, który miał rozciętą wargę i na Łapę, dotykającego zdartych kostek na dłoniach.
– Co was napadło? – spytała Alicja, wyciągając chusteczki.
– Mówili o Maryl – powiedział cicho James, nie patrząc mi w oczy. Remus westchnął cicho i poprowadził ich w kierunku ławki. 
– Dobrze, że nie skończyło się niczym gorszym – westchnął.
– Nic mi nie jest, okej? – warknął Potter, wyrywając się mu. – Po prostu...
Przerwał a potem pokręcił głową i odszedł. Syriusz ruszył za nim, a Lupin westchnął.
– Lepiej przypilnuję, żeby nic nie zrobili – powiedział i zrobił to samo, a Peter natychmiast ruszył za nim.
– Dobrze się czujesz? – zapytała Mary, kładąc mi rękę na ramieniu a ja przytaknęłam.
– Chodźmy już stąd – mruknęłam, czując na sobie spojrzenia uczniów. 
– Okej.
Przerwę spędziłyśmy na dziedzińcu, siedząc na kamiennych schodkach. Mary, Dorcas i Alicja nie zadawały wielu pytań, chociaż widziałam, że zerkały na siebie, jakby nie chciały mówić niczego przy mnie. Huncwoci nie zjawili się na eliksirach, czego Slughorn na szczęście nie skomentował, nie widziałam ich też na kolacji ani w pokoju wspólnym. Wieczór spędziłyśmy samotnie, siedząc w ciszy przy kominku, podczas kiedy całe pomieszczenie aż huczało od plotek.
– Maryl Binner nie wróciła do Hogwartu...
– Ponoć nie żyje.
– ...a ten Potter, znowu się z kimś pobił.
– Poszło o tą całą Maryl.
– Ponoć była przy tym Lily Evans...
– ...niby prefekci naczelni, a tu proszę, bijatyka pierwszego dnia...
– Idę stąd – mruknęłam, wstając i ruszając w kierunku dormitorium. Nikt mnie nie zatrzymał, a ludzie natychmiast usuwali się spod moich stóp. Zanim doszłam na górę, przez pokój wspólny przeszła kolejna fala szeptów.

Sobota nie zapowiadała się dużo ciekawiej od piątku. Huncwoci nie zjawili się również na śniadaniu, a ponieważ w wieży Gryffindoru wciąż panował harmider, zaszyłam się w bibliotece, próbując poukładać sobie to wszystko w głowie, a przy okazji odrobić chociaż część zadań na weekend.
Nie mogłam się skupić na wypracowaniu dla McGonagall, więc zajęłam się czytaniem rozdziału na zaklęcia, co chwile jednak kolejna myśl wytrącała mnie z równowagi.
Byłam ciekawa, jak się czuła Clarie i co działo się z Maryl. Chociaż o wiele bardziej ciekawiło mnie, gdzie podziewali się Huncwoci. Nie było ich od prawie dwudziestu czterech godzin, co w ich przypadku mogło być katastrofalne w skutkach. Były dwie możliwości: albo uspokojenie Jamesa zajęło im większość nocy i musieli odespać to w ciągu dnia, albo planowali jakąś okrutną zemstę, co powinno mnie bardzo niepokoić, jako jednego z Prefektów Naczelnych.
Po skończeniu rozdziału i napisaniu krótkiego referatu na eliksiry, doszłam już nawet do wniosku, że niedługo będzie trzeba wysłać ekipę poszukiwawczą, albo zgłosić to samej McGonagall.
Właśnie! Przecież James i Syriusz mieli wczoraj szlaban. Nie śmieliby się nie stawić, chyba nikt nie chciałby ryzykować gniewu opiekunki Gryffindoru, co oznaczało, że mogło minąć co najwyżej piętnaście godzin, odkąd ktoś widział ich po raz ostatni, a to troszkę polepszało sytuację.
Troszkę.
To pozwoliło mi się uspokoić i zabrać za wypracowanie na transmutację. Wypełnianie wolnego czasu nauką było zdecydowanie najlepszą rzeczą, jaką mogłam wtedy zrobić. Chociaż gdzieś w środku ciągle zastanawiałam się nad zachowaniem Jamesa i wszystkim, co się między nami wydarzyło. Czułam potrzebę porozmawiania z nim o tym. Nie podobał mi się sposób w jaki mnie traktował, jakby to on miał nade mną przewagę. Nie byłam małą dziewczynką, którą mógł sobie tak o nosić na ramieniu!
Chociaż może to było głupie i po prostu trzeba było się z tym pogodzić.
Nie, pomyślałam. Moja wewnętrzna Lily kręciła wściekle głową, tupiąc nogą o dno mojego brzucha. Absolutnie nie można tak tego zostawić, to ty powinnaś kontrolować sytuację!
Powoli podniosłam głowę i spojrzałam przez okno. Nie wiedzieć kiedy słońce zaczęło chować się za kaskadami drzew, a większość uczniów spędzających dzień na zewnątrz powoli wracała do zamku. Nikt nie był aż tak szalony, żeby siedzieć w pierwszą sobotę roku szkolnego w bibliotece. Mój wzrok powędrował po błoniach, a potem zatrzymał się na wieżyczkach trybunów na majaczącym w oddali boisku do Quidditcha. Po chwili zmarszczyłam brwi i skupiłam wzrok na trzech wysokich obręczach, wokół których szybowała mała czarna kropka, która pewnie w rzeczywistości była całkiem sporym uczniem. I chyba nawet wiedziałam którym.
Wzdychając powoli zebrałam swoje rzeczy i wrzuciłam je do torby. Musiałam z nim porozmawiać.
W ciszy opuściłam bibliotekę i zbiegłam po schodach na dół, po drodze mijając kilkunastu uczniów, wracających do dormitorium. Kiedy byłam na samym dole, natknęłam się na Alicję wślizgującą się do zamku przez uchylone drzwi wejściowe.
– Hej – powiedziałam, a dziewczyna uśmiechnęła się.
– Byłam wysłać list do Franka. Chciałby wiedzieć, co tu się dzieje – mruknęła, podchodząc do mnie. – A ty?
– Idę się przejść. Mózg mi paruje od nauki – zaśmiałam się.
– Powiem reszcie, żeby się nie martwili.
– Huncwoci wrócili? – spytałam, kiedy Alicja minęła mnie i ruszyła w stronę schodów.
– Tylko Jamesa gdzieś wywiało, ale tak, są w wieży.
– Okej. Niedługo wrócę – powiedziałam, uśmiechając się na pożegnanie. Wtedy byłam już całkiem pewna, że to Potter był na boisku. Gdzie indziej mógłby się zaszyć ten napuszony wielbiciel Quidditcha?
Powoli ruszyłam błoniami w kierunku trybunów, w głowie układając sobie to, co powinnam powiedzieć. Zanim jednak tam doszłam, zdążyłam zmienić zdanie pięć razy, aż w końcu zrezygnowana spojrzałam w niebo, na szybującego Jamesa. Nie widział mnie, krążył od jednych trybun do drugich, to wznosząc się, to znowu opadając. Odetchnęłam i usiadłam na trawie, tuż przy słupkach, które z ziemi wydawały się gigantyczne i czekałam. Minęły wieki, zanim Rogacz mnie zauważył, chociaż może krążył tak specjalnie, bo nie chciał ze mną rozmawiać albo tak jak ja, nie do końca wiedział co ma powiedzieć. W końcu wylądował i powoli ruszył w moim kierunku, nie spiesząc się, z miotłą opartą o ramie. Ktoś mógłby pomyśleć, że wystarczyłoby, żeby podleciał bliżej, ale ja wiedziałam, że potrzebował czasu, żeby sobie wszystko poukładać w głowie. Dlatego nie zeskoczył z miotły tuż obok mnie. Kiedy w końcu podszedł wystarczająco blisko, że byłam w stanie zobaczyć jego ledwo widoczne piegi, rumieńce od pędu powietrza i własne odbicie w szkłach jego okularów, uśmiechnęłam się, a James przekrzywił głowę.
– Hej – powiedział cicho, zatrzymując się dwie stopy ode mnie.
– Hej – odpowiedziałam, zadzierając głowę do góry, żeby być w stanie na niego spojrzeć. Powoli objęłam nogi ramionami i również przekrzywiłam głowę.
– Po co przyszłaś? – spytał, jednak w jego głosie nie było nic niemiłego, raczej ciekawość.
– Żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku – powiedziałam. Po parunastu sekundach ciszy kontynuowałam. – I żeby porozmawiać.
– O czym? – spytał, wciąż tym samym tonem.
Kurczę, przemknęło mi przez myśl, ależ on nieustępliwy.
Po chwili wewnętrznej debaty na temat tego, czy powinnam dalej drążyć temat, czy wyznać mu sedno moich przemyśleń, w końcu westchnęłam.
– Chce ustalić zasady.
– Zasady? – zapytał, a ja poczułam irytację tym jego spokojem i dziwnym tonem.
– Zasady – powtórzyłam. Jego policzek drgnął, tak jakby wewnątrz naprawdę chciał się uśmiechnąć. Nie mogłam jednak siedzieć tak przed nim, kiedy patrzył się na mnie z góry, skoro chciałam mu powiedzieć, że nie jestem małą dziewczynką. Miał nade mną przewagę i oboje to czuliśmy, dlatego powoli podniosłam się z ziemi i wyprostowałam, próbując sprawiać wrażenie trochę wyższej i trochę pewniejszej siebie. Jego policzek znowu drgnął, chociaż mogło mi się tylko wydawać. – Koniec z kontaktem cielesnym, dopóki ja go nie zainicjuję.
– Proszę? – zapytał, teraz już wyraźnie rozbawiony.
– To mój zakład i to ja decyduję o tym, co się będzie między nami działo. Czuję się niezręcznie, kiedy robisz to, co... robisz – dokończyłam, a na twarzy chłopaka pojawił się ledwo powstrzymywany zarys uśmiechu, wciąż jednak stał cicho, więc kontynuowałam. – Nie będzie żadnego macania, miętoszenia, przerzucania przez ramię i innych głupot.
– Nawet jeśli będziesz prosić? – spytał, a ja pokręciłam głową.
– Nie będę.
– Powiedzmy, że będziesz – powtórzył, a ja zwęziłam oczy.
– Bawi cię to?
– Niezmiernie – wyznał, tym razem nie powstrzymując uśmiechu, który wypłynął na jego twarz, obejmując również oczy.
– Jeśli nie weźmiesz tego na serio, pójdę sobie – ostrzegłam, zakładając ręce na piersiach, na co James pokręcił głową.
– Więc mam ci obiecać, że nie będę nic robił bez twojej zgody i jednym zdaniem dam ci wolną rękę?
– I że nie będziesz miętosił mojego tyłka – dodałam, udając powagę, chociaż oboje wiedzieliśmy, że ledwo powstrzymywałam się od uśmiechu. 
– Och, Lily – powiedział Rogacz, ruszając się po raz pierwszy, odkąd do mnie podszedł. Powoli odłożył swoją miotłę na ziemię, a potem obrócił się i usiadł tuż obok miejsca, w którym jeszcze parę minut temu siedziałam ja. To całkowicie zbiło mnie z pantałyku.
– Eee – mruknęłam, spoglądając w dół. James jednak nie wydawał się zaskoczony. Spokojnie wpatrywał się w przeciwległy koniec boiska. – Jesteś naprawdę popaprany – dodałam, powoli siadając obok niego.
– Musisz wymyślić lepszy powód, dla którego będziesz ze mną chciała być, proponuję "on jest tak zabójczo przystojny" albo "świetny w łóżku". Mogą być też oba.
– Nawet tego nie skomentuję – mruknęłam, a James roześmiał się. Tak po prostu, czysto i radośnie, a ja uśmiechnęłam się pod nosem. – Jak się trzymasz? – spytałam w końcu, a on obrócił głowę w moją stronę i westchnął.
– Przez cztery godziny porządkowałem składzik Slughorna, palce wciąż mnie bolą.
– Wiesz o co mi chodzi – westchnęłam, a on pokiwał głową i znowu wpatrzył się w obręcze na przeciwko nas.
– Wiem – powiedział cicho, nie dodając nic więcej. Uznałam więc, że to była właśnie jego odpowiedź. 
– Chujowo, ale stabilnie – mruknęłam, powodując u niego parsknięcie śmiechem. Parę sekund później jego ręka dotknęła mojej, ale nie spojrzał w moim kierunku.
– Chujowo, ale stabilnie – powtórzył, uśmiechając się delikatnie.
– Chcesz wracać do zamku? – zapytałam, a on jedynie pokręcił głową, nadal patrząc przed siebie. – Okej – szepnęłam, również spoglądając w tamtym kierunku.
Chujowo, ale stabilnie.
No cóż, mogło być gorzej.


Witajcie. Spóźniony o tydzień, ale jest! Nowy rozdział, tak jak obiecałam. Jestem z siebie naprawdę dumna, że skończyło się to tak a nie inaczej, bo równie dobrze mogłam znowu zniknąć i wystukać coś dopiero za parę miesięcy. A tu proszę: nie dość, że ten napisałam w miarę szybo, to dałam radę zaplanować kolejny. Nie podam konkretnej daty publikacji, bo nie chcę nic obiecywać, ale postaram się zacząć go pisać w przyszłym tygodniu i może wydziubdziam coś do końca września lub października.
Ten rozdział zdecydowanie bardziej mi się podoba, ale powiem wam szczerze, że bardzo go skracałam. Miałam pisać krótsze rozdziały, a wciąż są długie jak cholera (wybaczcie słownictwo) i w momencie, w którym dochodziłam do 17 strony miałam takie "no nie, znowu?". Mam nadzieję, że nie wygląda to bardzo źle, starałam się skracać go łagodnie xd
No i wciąż zastanawiam się na ile rozdziałów rozłożyć ten ich zakład. Nie chce żeby to był jeden rozdział, dwa wydają mi się trochę mało, jak tak zaczęłam planować, ale uważam, że im więcej, tym ciężej będzie utrzymać to w dobrym smaku. Tak więc siedzę z notatnikiem w ręku i planuję, i mam nadzieję, że uda mi się wymyślić coś, co zadowoli Wasze Jilowate serduszka.
A wy? Co myślicie? A może macie jakieś pomysły na epickie sceny Jily, które powinny się musowo pojawić? Chętnie posłucham, może akurat trafi się coś kultowego w stylu onetowskich blogów, co będę mogła wykorzystać :D W końcu SD to jeden wielki hołd do starych Jily, więc czemu nie.
Koniecznie dajcie znać, czy coś Wam wpadło do głowy, a tym czasem uciekam do codziennych obowiązków (czytaj pracy, bo piszę to zdecydowanie wcześniej, niż publikuję). Do zobaczenia!
Atelier


piątek, 10 sierpnia 2018

22. Niespodziewanie cz.III

dla Elitarnych,
które darzę ambiwalencją uczuć.


Stałam w ciszy, wpatrując się w jeden punkt. Moje serce wciąż biło nieregularnie, a w głowie kotłowało się milion myśli.
Mówiła o mnie, prawda?
Kogo innego miałaby na myśli.
Ale zaraz, powiedział cichy głosik w mojej głowie. To co on właściwie sobie wyobraża?!
Osunęłam się na krzesło, czując, jak wzbierają we mnie emocje. Wewnętrzna Lily miała rację. Co on sobie wyobrażał? Najpierw za mną łaził, a potem dobrał się do Maryl. Dawał mi nadzieję, a ja głupia się nakręcałam. Przez moment twierdziłam nawet, że go lubię. Lubię go. JA. Jego! A on kontynuował z robieniem mi nadziei, aż w tym głupim pociągu zrozumiałam, że nic się między nami nie zmieniło. Mogliśmy się przyjaźnić, ale wciąż nie znosiłam tego, jak się do mnie odnosił. Powiedziałam mu, że zgrywa bohatera, a on znalazł sobie inną!
I co z tego, że ta jego inna właśnie stwierdziła, że pewnie mocno mnie kocha. Nie obchodzi mnie to! Może mu się co najwyżej wydawać, że tak jest. Bo James nie umiał dojrzeć.
To znaczy może i dojrzał przez te wakacje. Ale w ciągu ostatniego półrocza regularnie udowadniał mi, że emocjonalnie wciąż jest tym samym Potterem, co zawsze.
Wcale nie chciałam się znowu nakręcać. Po dziurki w nosie miałam tej zabawy w kotka i myszkę.
– Dość tego – powiedziałam pod nosem, zaciskając pięść i podnosząc się z krzesła. 
– Dość czego?
Wrzasnęłam, odskakując na bok. Za moimi plecami stała Mary, na której twarzy malował się obraz zaskoczenia.
– Merlinie, wystraszyłaś mnie!
– Ty mnie też! Długo nie wracałaś, więc poszłam poszukać i ciebie, i tych pianek. I czego dość?
Spojrzałam na moją przyjaciółkę, próbując uspokoić oddech. 
– Dość przeszukiwania twojego domu, sama sobie szukaj tych pianek.
Przez moment nie wiedziałam, czemu skłamałam, ale potem doszło to do mnie, zupełnie jakbym od początku to planowała.
Nie chciałam o tym rozmawiać. Nie chciałam tego wywlekać. Nie chciałam zastanawiać się, co to mogło znaczyć.
To była tylko rozmowa dwójki przyjaciół, totalnie nie przeznaczona do moich uszu. A ja zamierzałam przejść nad nią do porządku dziennego. Może nawet to dzięki niej w końcu znalazłam odpowiedź na dręczące mnie pytanie co dalej.
– No dobra – skwitowała to Mary, przyglądając mi się podejrzliwie i ruszając w kierunku chlebaka, z którego wyciągnęła nowe opakowanie pianek.
– Co? Były tutaj?! – spytałam, unosząc ręce.
– Przecież byłaś obok, jak je tam wkładałam.
– Kto normalny wkłada pianki do chlebaka?
– Nawet nie będę zaczynała tej rozmowy – odrzekła Mary, kręcąc w rozbawieniu głową. – Idziesz?
– Tak, idę – mruknęłam, ruszając za nią.

Dziwnie było o tym nie myśleć. I dziwnie było siedzieć tam, wciąż i wciąż słuchać o tym, że już za chwile mieliśmy wrócić do Hogwartu. Wszyscy wydawali się dziwnie podekscytowani. Dlatego kiedy w końcu ukryłam się w łóżku, poczułam ulgę.
– Koniec z rozmyślaniem – szepnęłam sama do siebie, poprawiając poduszkę. Do tej pory zamęczanie się daleko mnie nie zaprowadziło.
Sierpień pożegnał nas rekordowo wysokimi temperaturami. Ostatni weekend wakacji spędziłyśmy na obijaniu się i wyobrażaniu sobie, jak będzie wyglądał nasz ostatni rok. Louis dotrzymywał nam towarzystwa kiedy tylko mógł. Zrobił się dziwnie miły, a w sobotni poranek zaproponował, że sam poodwozi naszych znajomych. Być może to wszystko miało tylko przyćmić naszą uwagę, bo kiedy pierwszego września obudził mnie krzyk Mary, nagle wszystko nabrało sensu.
– Przyszył mnie! Przyszył mnie do własnego łóżka! – wrzasnęła, rzucając wściekle głową. – Zabiję go! LOUIS! 
Dorcas zachichotała, spadając z materaca rozłożonego na ziemi, a ja uśmiechnęłam się pod nosem, przyglądając się swojej przyjaciółce.
– Nie patrz się tak, tylko mi pomóż! – krzyknęła oburzona.
– No dobrze, już pomagam – zaśmiałam się, sięgając po różdżkę.
– Gdzie on jest – mruknęła Mary, oswobadzając się z pościeli, po moim zaklęciu. – Jak tylko go znajdę...
– Spokojnie – powiedziała Dorcas, unosząc się na łokciach i kręcąc głową w rozbawieniu. – Zabójstwo w afekcie to wciąż zabójstwo.
– Nie obchodzi mnie, czy będzie w afekcie czy nie, powyrywam mu nogi z dupy jak go zobaczę...
Louis jednak rozpłynął się w powietrzu, więc rozwścieczona Mary nie miała innego wyboru, jak ograniczyć swoją zemstę do prychania pod nosem i wściekłego nakłuwania bekonu widelcem.
Dorcas za to tryskała humorem przez cały poranek, nucąc pod nosem piosenki lecące w czarodziejskim radiu. Podczas kiedy pani Macdonald biegała po domu, uchylając się pod pędzącymi patelniami, sztućcami, zacerowaną parą skarpetek zmierzającą do kufra i listą sprawunków, która podskakiwała za nią gdziekolwiek nie poszła, Meadowes zdążyła wsunąć dwie kiełbaski, trzy świeżo upieczone rogaliki z marmoladą i dużą bułkę z rodzynkami. 
– Gdzie ty to mieścisz? – spytałam, obserwując, jak zabiera się do kolejnego rogalika.
– Nie interere – powiedziała Dorcas, wystawiając mi język.
Punkt dziewiąta wszystkie trzy staszczyłyśmy nasze kufry po schodach, w akompaniamencie jęków Mary, która pakując się spostrzegła, że w nocy Louis powyciągał jej z kufra całą bieliznę.
– Zbereźnik, wredny podglądacz i rodzinny pedofil – warknęła, następując mi na stopę.
– Patrz pod nogi – mruknęłam, natychmiast ją zabierając.
– Gdzie on właściwie się podział?
– Musiał wcześniej pojechać do Ministerstwa – powiedział ojciec Mary, stając w drzwiach. – Gotowe?
– Jeszcze tylko... gdzie moje buty?
– Zgubiłaś buty? – spytała Dorcas, opierając dłonie w talii.
– Nie, jestem pewna, że gdzieś tu... LOUIS!
Macdonald była tak wściekła, że prawie zmiażdżyła mi drugą stopę, rzucając swoim kufrem.
– To przechodzi ludzkie pojęcie – warczała pod nosem, schylając się i sprawdzając pod szafkami. Znalezienie butów zajęło jej kolejne dziesięć minut, więc zanim zapakowaliśmy się do auta i dotarliśmy na dworzec, była dziesiąta trzydzieści. Ojciec Mary pomógł nam wtaszczyć kufry na wózki, a później odprowadził na przejście między peronami.
– Tato, nie musisz – mruknęła Macdonald, szurając butami.
– Muszę – odrzekł, rozglądając się po peronie, jakby z tłumu miał zaraz wyskoczyć na nas morderca. Jego spojrzenie zatrzymało się na dłużej na mężczyźnie w ciemnym garniturze w prążki.
– Myślisz, że to...
– Auror – dokończyłam, spoglądając na Dorcas. – Ministerstwo nie może sobie pozwolić na kolejną taką sytuację, więc jest to całkiem prawdopodobne.
Meadowes pokiwała głową, przyglądając mu się badawczo.
– Lily?
Podniosłam głowę i obejrzałam się. Z tłumu wyłoniła się moja mama, trzymając w rękach wiklinowy kosz.
– Rosie wydawała się taka smutna, wariowała bez ciebie, ten kot, nie wiem jak, ale chyba wiedziała, że wyjeżdżasz, do rana stała przy drzwiach, a ja nie mogłam już na to patrzeć... – przerwała, zaciskając usta.
– Och, mamo – mruknęłam, przytulając ją. Z koszyka doszło nas głośne miauknięcie. Wiedziałam, że była to tylko wymówka, żeby mogła przyjechać się ze mną zobaczyć, ale mimo wszystko byłam jej wdzięczna, że to zrobiła.
– Proszę, obiecaj, że będziesz pisać...
– Obiecuję.
– ... i że będziesz na siebie uważać, zero wałęsania się po ciemku, ani wymykania z zamku...
– Mamo...
– Mówię serio – powiedziała, patrząc mi w oczy. – Obiecaj.
– Obiecuję – szepnęłam, wtulając się w nią mocno.
– No dobrze, to leć już. Ale uważaj na siebie!
– Będę tęsknić.
– Ja też – szepnęła mama, całując mnie w czoło.
Mary i Dorcas przyglądały mi się, kiedy brałam koszyk z Rosie.
– Więc jednak nie zostanie w domu?
– Hogwart to jej dom – szepnęłam, ostatni raz spoglądając na machającą mi mamę. Nie potrafiła ukryć zmartwienia, choć milion razy zapewniałam ją, że dam sobie radę, zanim wyjechałam do Mary.
Na peron 9 i 3/4 dostałyśmy się piętnaście minut przed odjazdem pociągu. Było tam dziwnie cicho. Pohukiwanie sów i gwar podekscytowanych głosów zastąpił szelest szat i echo tykającego zegara. Ojciec Mary rozglądał się uważnie, zatrzymując swój wzrok na przechadzających się czarodziejach, szepczących coś do siebie. Większość uczniów siedziała już w pociągu, wyglądając niepewnie przez okna.
– To całkiem przerażające – stwierdziła Meadowes, a Macdonald pokiwała głową. 
– Ciekawe ile osób w ogóle nie wróci do Hogwartu.
– Pewnie sporo – mruknęłam, przyglądając się pustym przedziałom, widocznym przez duże okna. Chwilę później mój wzrok powędrował do sufitu. Wyglądał tak normalnie, jakby nic się tam nie wydarzyło.
– Idziemy do środka? – spytała po chwili Mary, poprawiając uchwyt na rączce od kufra.
– Odprowadzę was – powiedział Selwyn, poklepując córkę po ramieniu.
– Ale tato...
– Nie ma dyskusji. Nie wyjdę stąd, dopóki pociąg nie odjedzie. A teraz idziemy.
Powoli ruszyliśmy w stronę jednego z wejść, z marudzącą Macdonald na czele, kiedy ktoś znowu zawołał moje imię.
– Lily!
Odwróciłam się, szukając wzrokiem właściciela głosu, kiedy zza zapłakanej kobiety przytulającej syna, wychylił się nie kto inny, jak sam James Potter.
– Lily, hej, wszędzie cię szukałem.
– W celu? – spytałam, przyglądając się mu. Był zdyszany, a jego włosy były w odrobinę większym nieładzie niż zazwyczaj.
– Spotkanie Prefektów, prowadzimy je w tym roku, pamiętasz?
– Och, no tak! – powiedziałam, czując, że się rumienię. Totalnie zapomniałam o tym, że oprócz narzekania na spędzanie czasu z Potterem w tym roku, powinnam też ułożyć jakiś plan na to durne spotkanie.
– Totalnie zapomniałaś – rzucił, jakby czytał mi w myślach.
– Co, nie, ja... no dobra, totalnie zapomniałam – rzuciłam, przedrzeźniając go.
– Merlinie, Lily – westchnął James, kręcąc głową, a po chwili przybrał na twarz udawaną powagę. – Jak dobrze, że chociaż jedno z nas wzięło tą sprawę na poważnie.
– Hej! Biorę to na poważnie! – zawołałam uderzając go w ramię.
– No dobra już, dobra. Idź się odpraw, bo później cię nie przepuszczą.
– Odpraw?
Spojrzałam na niego pytająco, a on wskazał na wejście, przy którym zatrzymały się dziewczyny. Na schodkach stała dwójka czarodziejów, sprawdzając coś na trzymanych przez nich pergaminach.
– Z czego wykonana jest różdżka?
– Już mówiłam, orzech, włókno smoczego serca – jęknęła Dorcas, spoglądając na Mary.
– Przecież już wszystko sprawdziliście, wpuśćcie je już do wagonu – powiedział Pan Macdonald, zakładając na siebie ręce.
– No dobrze, który przedział?
– Nasz. To znaczy Potter, Black, Lupin, Pettigrew – wtrącił się James.
– A pan to...?
– Potter. Już się odprawiałem. Prefekt Naczelny. Tak jak ona, Lily Evans – dodał, wskazując na mnie. Jeden z czarodziejów powędrował wzrokiem za jego ręką i zmrużył podejrzliwie oczy, a drugi pochylił się nad pergaminem?
– Różdżka?
– Wierzba, dziesięć i jedna czwarta cala, włos jednorożca.
– Czy to naprawdę konieczne? – spytała Mary, a drugi z czarodziejów zgromił ją wzrokiem.
– W porządku, możecie iść – powiedział jego towarzysz, odsuwając się, żeby nas przepuścić.
– Dajcie, pomogę wam.
– Weźmiecie kufer Lily? – spytał James. – A my pójdziemy się przygotować.
– Okej – powiedziała Mary, uśmiechając się i biorąc ode mnie kosz z Rosie.
– Chodź.
James złapał mnie za ramię i pociągnął w stronę pierwszego wagonu.
W środku wszystko wyglądało tak samo jak w innych, przedział dla perfektów różnił się jedynie tym, że był dłuższy i było tam więcej miejsc siedzących. James puścił mnie przodem, a potem wyciągnął z kieszeni pogniecioną kartkę i rozprostował ją na stoliku.
– No co – mruknął, widząc moją minę. – Ja się przynajmniej przygotowałem.
– Przecież nic nie mówię. No dobra, to co tam masz?
– Więc tak. Pisałem do McGonagall...
– Pisałeś do McGonagall?
– Tak, możesz mi nie przerywać? Więc, pisałem do McGonagall, żeby się dowiedzieć, co dokładnie mamy robić.
Przez sekundę czy dwie, stałam z otwartymi ustami, nie rozumiejąc, co właśnie się stało. James? Piszący do nauczyciela? Martwiący się o swoją pracę? Na gacie merlina. Dopiero po chwili otrząsnęłam się z szoku, a na moje usta wypłynął złośliwy uśmieszek.
– Napisałeś do niej "dzień dobry, co dokładnie mamy robić"?
– Grabisz sobie.
– No i co powiedziała? – spytałam chichocząc. Tak zabawne było obserwowanie, jak się starał. Po raz pierwszy to ja naśmiewałam się z niego, a nie na odwrót!
– Że mamy omówić podstawowe rzeczy, takie jak prawa i obowiązki, plan dyżurów możemy przygotować na weekendzie i rozdać go w zamku. No i możemy ustalić termin kolejnego spotkania.
– Trzeba będzie powiedzieć jeszcze coś o raportach.
James pokiwał głową.
– A kolejne spotkanie?
– Myślę, że raz na miesiąc wystarczy. Więc kolejne... jakoś na początku października. Damy im jeszcze znać.
– Okej.
Kiedy oboje zamilkliśmy (choć mi wciąż ciężko było utrzymać powagę), zza drzwi dobiegł nas odgłos kroków. Po chwili do przedziału weszły dwie rozchichotane Puchonki z szóstego roku i grupa Ślizgonów. Zaraz za nimi wpadł uśmiechnięty, blondyn, który przechodząc obok, skinął głową i powiedział głośne "cześć!".
– Cześć – odpowiedziałam, a chłopak poszerzył uśmiech i usiadł na jednym z wolnych miejsc.
– Znasz go?
– Nigdy wcześniej go nie widziałam – przyznałam, spoglądając ponownie na chłopaka, który założył nogę na nogę i zaczął bawić się sznurówkami czerwonych trampek.
– I jak, gotowi?
Oboje obróciliśmy się w stronę uśmiechniętej Mary, która weszła do przedziału razem z Lupinem.
– Nie – odpowiedzieliśmy zgodnie z Jamesem.
– Bardziej gotowi już nie będziecie. Cześć Lily – powiedział Lunatyk, podchodząc bliżej i mnie przytulając.
– Witaj Remusie.
– I jak ci się podoba praca z Jamesem?
– No wiesz... – zaczęłam ze skwaszoną miną, co ewidentnie podburzyło Rogacza.
– Hola hola, to ona się w ogóle nie przygotowała!
– No przecież się tylko droczę – zachichotałam.
– Dobra, chyba czas zaczynać – szepnęła Mary, dyskretnie pokazując na zapełniony już przedział. – Połamania nóg!
– Och, zamknij się.
Macdonald zachichotała i razem z Remusem zajęli ostatnie wolne miejsca.
– Witajcie – powiedział James, uśmiechając się wesoło. – Pewnie nie spodziewaliście się mnie tutaj...
– Mało powiedziane – zawołał ktoś, a parę osób zachichotało. Potter mrugnął do Nathiasa, siedzącego z innym Krukonem, i potarł ręce.
– Nie zapominaj McRonner, kto będzie układał grafik dyżurów, lepiej się pilnuj. – Kilka osób  ponownie zachichotało. – Ale do rzeczy, bo myślę, że każdy z nas wolałby teraz siedzieć ze znajomymi.
Po tych słowach pociąg szarpnął i ruszył do przodu, powoli nabierając prędkości. Coś niemiło przewaliło się w moim żołądku, a nogi zadygotały. Słowa przestały do mnie docierać, a oczy przykrył woal wspomnień. Zacisnęłam pięści próbując się uspokoić. To nie był dobry moment na atak paniki. Jak przez mgłę dotarł do mnie głos Jamesa.
– ... ale nie przesadzajcie, odejmowanie komuś dwudziestu punktów za bieganie po korytarzu jest bez sensu. To samo tyczy się faworyzowania swoich znajomych. Będąc prefektami, powinniście dawać przykład, a dawanie wolnej ręki i przymykanie oka na przyjaciół nie jest spoko.
– Przyganiał kocioł garnkowi – zaśmiał się ktoś, a ja zamrugałam parokrotnie, czując, że serce zaraz wyskoczy mi z piersi, podczas kiedy huk lokomotywy stawał się coraz głośniejszy. Przerażenie narastało, a ja zaczęłam myśleć o momencie tuż przed wypadkiem, kiedy staliśmy z Jamesem sami, rozmawiając o pierdołach, a świat wydawał się taki spokojny. Myślałam o tych sekundach przed katastrofą, czując, że powoli odpływam.
– No dobra, to jeszcze jedna sprawa, mianowicie raporty. Ale może niech Lily to z wami omówi, bo ona wie o tym zdecydowanie więcej ode mnie – zaśmiał się. – Lily?
Jego spojrzenie powędrowało na mnie i od razu zrozumiał, że coś jest nie tak.
– Hej, Lily, dobrze się czujesz? – spytał, stawiając pierwszy krok w moim kierunku, ale było już za późno. W momencie, w którym na niego spojrzałam, wszystko wróciło, a ja poczułam się znowu bezradna i zrozpaczona. Gwizd lokomotywy zagłuszył moje myśli, nogi ugięły się pode mną, a ja przechyliłam się, czując, że chyba zaraz zemdleję, sekundę przed tym, jak czyjeś ręce złapały mnie w pasie.
– Spokojnie, trzymam cię.
Ktoś pociągnął mnie na korytarz i pomógł oprzeć się o ścianę. Jak przez mgłę, doszedł do mnie głos zmartwionej Mary.
– Jak to się stało? Co się stało?
– Nie wiem, nagle odpłynęła...
– Wracaj do środka James, damy sobie radę.
– Ale...
– No już, ty masz spotkanie do skończenia, my już na takich byliśmy – powiedział Remus.
– Lily, wszystko okej?
Wzrok powoli się wyostrzał, a tętno uspokajało. Ktoś mówił coś obok, ale do mnie nic nie docierało.
 – Proszę, to woda, napij się.
Zamrugałam parę razy i spojrzałam na kucającego przede mną chłopaka. To był ten sam blondyn, który powiedział mi wcześniej cześć.
– Nie gryzę, serio, możesz się napić.
– Dzięki – mruknęłam niemrawo, biorąc od niego butelkę. Z bliska mogłam zobaczyć bliznę przecinającą jego brew i wesołe ogniki tańczące w oczach.
– Wszystko w porządku? Jak się czujesz?
– Chyba tak, nie wiem, ja... – przerwałam, czując, że się czerwienię. – Troszkę źle się poczułam.
– Ale już jest lepiej? – upewniła się Mary. 
– Tak. – Pokiwałam głową czując, że w końcu wraca mi normalny oddech.
– Wracaj do środka – powiedział Remus w kierunku wciąż kucającego blondyna. – Dużo cię ominie, a my i tak już to kiedyś słyszeliśmy, więc nic nie stracimy. Zostaniemy z nią.
– Okej – odpowiedział chłopak, podnosząc się.
– Dziękuję – powiedziałam, uśmiechając się słabo. – Tak w ogóle, to jestem Lily, Lily Evans.
– Simmons, dla przyjaciół Leo – powiedział chłopak, odwzajemniając uśmiech, po czym zniknął w drzwiach przedziału.
Mary przyglądała mi się podejrzliwym wzrokiem jeszcze przez długi czas, jednak nie chciałam rozmawiać z nią o tym, co się stało. Nie chciałam tego rozwlekać, a z pewnością nie potrzebowałam, żeby ktoś się nade mną użalał. Dlatego z ulgą przyjęłam otworzenie się drzwi przedziału i wylanie się z niego rozgadanych prefektów, nawet, jeśli większość z nich przyglądała mi się z ciekawością.
– Super, jeszcze się nie zaczął rok szkolny, a ja już się zbłaźniłam.
– Jak się czujesz? – spytał James, kucając przy mnie.
– Dobrze, ja... po prostu gorzej się poczułam – wydukałam.
– Ale już jest okej?
– Tak, przestańcie się w końcu pytać.
– Okej, okej. To chodź – powiedział James, podając mi rękę. – Wracamy do reszty.
Mary i Remus ruszyli przodem, a ja z Rogaczem zaraz za nimi.
– Powiesz mi, co się stało?
– Nic – mruknęłam, patrząc pod nogi. – Po prostu...
– ...gorzej się poczułaś, tak. Widziałem twój wzrok, Lily – powiedział James, tak cicho, jak to tylko było możliwe. Czułam jego spojrzenie na swojej twarzy, więc uniosłam głowę i zerknęłam na niego. 
– Co chcesz usłyszeć? Spanikowałam trochę i tyle, już jest okej.
I to powiedziawszy, wyprzedziłam go, nie chcąc, by zadał mi jeszcze jakieś pytania. Kiedy dotarliśmy pod nasz przedział, z zewnątrz dochodziły nas zduszone chichoty. Czarodziej przechadzający się po korytarzu spojrzał na nas wymownie.
– A wam co tak wesoło? – spytał Remus, otwierając drzwi.
– Była tu Becka, ta z piątego roku, taka pyzata. Ponoć Lily była tak zachwycona pełnieniem swojej zaszczytnej funkcji z Rogasiem, że aż zemdlała z wrażenia!
– Kto tak twierdzi? – spytałam, spoglądając na rechoczącego Syriusza, który klepał Petera po plecach.
– Wszyscy.
– Zostawić was na dziesięć minut – westchnęła Dorcas, ostentacyjnie przewracając oczami.
– Ale przecież nic nie... – zaczęłam, kiedy reszta znów wybuchła śmiechem. – Co jest tak śmieszne? – spytałam, zwężając oczy i spoglądając na usadawiających się Gryfonów.
{high hopes dla Kasi}
– Nie obraź się, Lily, ale dobrze wiemy, że ty byś nigdy tego nie zrobiła – stwierdził Remus, siadając koło okna, na przeciwko rozbawionego Jamesa.
– Tak, zemdlenie na prowadzonym przez siebie spotkaniu, to najbardziej szalona rzecz, na jaką się stać.
– Ej, to nieprawda! – krzyknęłam oburzona, a wszyscy spojrzeli na mnie.
– Prawda.
– Przykro mi, Lily, ale Syriusz ma trochę racji – Powiedziała Mary.
– Niby w czym?
– W tym, że jesteś sztywna.
– NIE JESTEM!
– Trochę jesteś – przyznała Dorcas. – Ale to dobrze, ktoś musi nas hamować!
– Jesteście absolutnie nie fair.
– Nie prawda – zaprotestował James. 
– Prawda.
– To wymień najbardziej szaloną rzecz, jaką zrobiłaś w swoim życiu.
W przedziale zaległa cisza, a ja zmarszczyłam brwi.
– Zaczęłam się z kumplować z takimi idiotami.
– Sama widzisz.
– W sumie – powiedziała Mary – to jest dosyć szalone. Patrząc na was – tu zerknęła na Huncwotów – Lily jest doprawdy wariatką.
– Ha, ha – mruknął Syriusz. – Musisz przywyknąć do tego Ruda. Jesteś nudziarą.
Zagryzłam wargi, czując przypływ irytacji.
– Jestem tak samo szalona jak i wy. Albo nawet bardziej. Jestem tak szalona, że wy przy mnie wymiękacie.
– Okej, jasne – ziewnął Black. 
– Więc załóż się. Załóż się ze mną o to, że zrobię coś bardziej szalonego. 
– Ode mnie?
– Od was wszystkich razem wziętych – wycedziłam, uśmiechając się.
– Dobra – stwierdził. – Ale wiesz, że właśnie dajesz się podpuścić?
– Nie, walczę tylko o moje dobre imię.
– Dobrze, tylko żeby potem nie było, że nie ostrzegałem. Masz czas do... no dajmy na to, końca podróży. Myśl Ruda, to coś ma mnie ZWALIĆ Z NÓG.
– Zwali – powiedziałam, przedrzeźniając go. Reszta roześmiała się.
– Lily, ty wcale nie jesteś szalona i nie zrozum mnie źle, bo to dobrze! – powiedziała Mary, przesiadając się na miejsce obok mnie. – Nie ma sensu czegoś takiego udowadniać.
– Jestem szalona i czuję się oburzona, że ktoś taki jak ty o tym nie wie, a powinnaś wiedzieć najlepiej!
– Okej, to myśl nad tym, jak udowodnić to tym gamoniom.
Uśmiechnęłam się do niej, a potem spojrzałam na Syriusza, który szczerzył się do mnie z powątpiewaniem. Problem był tylko taki, że... ja naprawdę nie byłam szalona.
Brednie. Każdy może być szalony.
Tak wiec zaczęłam główkować. I szło mi BARDZO mozolnie. Wcale nie pomagały mi rozbawione spojrzenia Gryfonów, ani komentarze rzucane gdzieś mimochodem po drodze. 
– Szalona Lily, podasz mi proszę tą bluzę? Strasznie zimno mi się zrobiło.
– Oczywiście, że nie zrobiłem tych zadań na wakacjach, nie jestem aż TAK szalony, nie to co Lily.
– Lily, chcesz zagrać w Szalonego Durnia?
– Dajcie sobie spokój – mruknęłam w końcu. Za oknami przesuwały się zielone pola, a słońce powoli chyliło się ku zachodowi.
– Masz mało czasu, żeby dać upust swoim szalonym ambicjom.
– Okej, to przestało być śmieszne, przy nazwaniu mnie krejzilką. 
– Cóż mogę powiedzieć, jestem neologistą.
– Kto cię nauczył takich ładnych słów, Łapciu? – spytałam, śmiejąc się. – Wiesz w ogóle co to znaczy?
– Mniej więcej. Kiedyś chodziłem z jakąś Puchonką, która pasjonowała się mugoloznastwem.
James zaśmiał się głośno, wybudzając Petera z drzemki. Mary spojrzała na mnie rozbawiona, a potem wróciła do rozmowy z Dorcas.
– Gdzie tak w ogóle jest Rosie? Jest tutaj dziwnie cicho – mruknęłam, rozglądając się.
– Och, jest tutaj – powiedziała Meadowes, wskazując na półkę nad naszymi głowami.
Zmarszczyłam brwi i sięgnęłam po koszyk, a w tej samej sekundzie rozległ się donośny krzyk.
– Oszalałaś, nie pamiętasz co się stało ostatnim razem jak ją wypuściłaś w pociągu? – James poderwał się na równe nogi. 
Przez parę sekund było całkiem cicho, a potem wszyscy wybuchli śmiechem.
– To ci wyszło.
– Użycie słowa "oszalałaś" nie było tam celowe, okej? – powiedział James, dołączając się do śmiechu.
– Cóż mogę powiedzieć – westchnęłam, kładąc sobie koszyk na kolanach, a wszyscy spojrzeli w moim kierunku. – Chyba jestem aż tak szalona – dodałam dramatycznym głosem.
James uśmiechnął się zabawnie marszcząc nos. 
– No dobra Ruda. Wszyscy wiemy, jak bardzo sromotną porażkę zaraz poniesiesz, a czas nam się kończy, więc dawaj: co takiego szalonego wymyśliłaś?
Wszyscy zamilkli w podekscytowaniu, a ja zamyśliłam się. Miałam coś z tyłu głowy. Coś tak szalonego, że sama się tego bałam. Coś tak piekielnie szalonego, że cały świat czarodziejów powinien był się tego bać! Ale czy sama się tego nie bałam za bardzo, by w ogóle powiedzieć to na głos?
– Lily, wiesz, że nie musisz go słuchać – powiedział James, a ja spojrzałam na niego oburzona.
– Ale wtedy przegram! – zaprotestowałam.
– A ja nie dam ci żyć – powiedział Syriusz, rozkoszując się tym.
– Dajcie spokój, Lily, wszyscy dobrze wiemy, że bycie szaloną to nie twój konik. I mówi ci to król szaleńców – odpowiedział spokojnie James.
– Okej, pominę moment, w którym zwiesz się królem i zgodzę się z tobą. Odpuść – powiedział złośliwie Syriusz.
– Chciałbyś.
– Nie wymyślisz nic bardziej szalonego od nikogo w tym przedziale.
O nie. 
Lily nie!
Nikt nie będzie się ze mnie nabijał.
Och, to będzie koniec. Twój koniec!
Chcą czegoś szalonego? Dam im TYLE szału, że uszami im wycieknie.
Już po nas.
Spojrzałam na Jamesa, czując serce tłukące się w mojej piersi. To była najbardziej szalona rzecz w moim życiu. Och, czy byłam do tego zdolna, tak naprawdę?
Syriusz spojrzał na mnie, a potem pognał za moim wzrokiem i otworzył usta, wpatrując się w Rogacza.
– Nie – powiedział, a na jego twarz wypłynął szeroki uśmiech.
– Tak.
– Nie zrobisz tego – dodał.
– Och, ależ zrobię. I będę w tym bardzo szalona.
– Nie wierzę ci.
– Ktoś mi wyjaśni co się tu dzieje? – powiedziała Mary, spoglądając na tak samo ogłupiałego Jamesa.
– Lily zamierza udawać, że chodzi z Rogasiem – zaświergotał Syriusz. – Powiem ci Ruda, że takiego geniuszu się po tobie nie spodziewałem.
– Co?! – zapytali jednocześnie Remus, James i Dorcas.
– Chodzi? – dodała Mary.
– Och, nie Łapciu, źle mnie zinterpretowałeś. To nie byłoby zbyt szalone. Sprawię, że ludzie uwierzą, że ja i James dopiero się zejdziemy.
– Jakby to było takie trudne – powiedział Remus, a ja spojrzałam na niego z otwartymi ustami. – Żart! To był żart!
– Miesiąc – zachichotał Syriusz, wprawiając Jamesa w stan głupawki.
– Tydzień – poprawiłam Blacka, który zacierał ręce. 
– Miesiąc. A jeśli przegrasz, będę mógł się z ciebie naśmiewać, a ty nie będziesz miała prawa zareagować. Och, będziesz też mi odrabiać zadania domowe. Wszystkie. Do końca roku.
Zwęziłam oczy, wpatrując się w Syriusza. Wzrok wszystkich przeskakiwał od niego do mnie.
– Stoi. Ale jeśli ja wygram, nigdy więcej nie wspomnisz o tym, że jestem sztywna. Och, no i będziesz moim osobistym niewolnikiem. Przez miesiąc.
– Przez tydzień – zaoponował.
– Miesiąc. I to moje ostatnie słowo.
– Stoi – powiedział wyciągając w moim kierunku rękę, którą natychmiast uścisnęłam. – James, przetnij.
– Czy ktoś w ogóle zapytał mnie o zdanie? – zapytał śmiejąc się. – Nie żebym, nie uważał, że to genialna zabawa, ale...
– Przetnij – powiedzieliśmy oboje z Syriuszem, a rozbawiony Potter przejechał ręką po naszych dłoniach.
– Ruda, już nie żyjesz.
– Chciałbyś – powiedziałam, zakładając ręce na piersi.

– To było bardzo szalone. Może nawet za bardzo. Wiesz ty w ogóle w co się wpakowałaś? – spytała Mary, kiedy wysiadałyśmy z pociągu.
– W coś przed czym broniła się... a będzie już z dwa lata. Lily, gdybym tylko wiedział, że wystarczy zakład – powiedział James, wkładając moją rękę pod jego ramię. – Ups, chyba powinienem być ciszej, co jeśli ktoś usłyszy?
– Och zamknij się, jakbym nie widziała, jaką przyjemność ci to sprawia – powiedziałam, odpychając go, a on się zaśmiał. Zaśmiał! Z mojej niedoli! – Powinieneś bardziej mnie wspierać, wiesz? 
– Jako twój przyszły chłopak jestem zdecydowanie tego samego zdania – potwierdził James, kiwając głową. – Hm, skoro to twój zakład, to to ja mam cię zabierać na randki, czy to ty mnie?
– Potter! – krzyknęłam, uderzając go w ramie.
– Och, prawie jak za starych dobrych czasów – rozmarzył się, a ja zachichotałam.
– Powtórzę – powiedziała Macdonald – bo chyba mnie nie słyszeliście, jawnie ze sobą romansując! 
– Spoko, Mary – powiedział Rogacz, uśmiechając się. – Tylko sobie żartujemy. Chętnie pomogę Lily utrzeć nosa temu kretynowi. To był genialny pomysł, Evans, nie wpadłbym na nic bardziej szalonego, serio.
– Dziękuję. Widzisz – zwróciłam się do przyjaciółki. – Wszystko jest w porządku.
Mary zmierzyła mnie wzrokiem i pokręciła głową, ale nic nie powiedziała.
Wieczór był ciepły. Ludzie tłoczyli się na peronie, więc starając się nie pogubić, przecisnęliśmy się przez tłum i jako jedni z pierwszych dotarliśmy do karoc. Pozostałych Gryfonów nie było widać, więc wsiedliśmy w trójkę.
– Myślicie, że są gdzieś za nami? – spytała Mary, wyglądając przez okno.
– A bo ja wiem – powiedział James, wzruszając ramionami. – Myślę, że możemy jechać, tak czy siak wszyscy dotrą do zamku.
Ledwo to powiedział, karoca ruszyła. W powozie zapanowała cisza, przerywana jedynie stukotem kół.
– Wiec co się podkusiło? Serio, chcę wiedzieć – spytała Mary, spoglądając na mnie.
– No cóż, miałam wymyślić coś szalonego, a to była jedyna rzecz, która przyszła mi do głowy.
– Schlebiasz mi, Evans – zachichotał James.
– Och dobrze wiesz o co mi chodzi. Co bardziej szalonego mogłabym robić, niż udawać, że jestem z Rogaczem? Latał za mną przez dwa lata z językiem na wierzchu.
– Pochlebiasz sobie – powiedział Potter, unosząc brwi. Mimo wszystko na jego twarzy malował się szeroki uśmiech.
– Oboje jesteście siebie warci. Nie poznaję cię Lily, serio. A jeszcze rok temu mi się żaliłaś, że...
– Cicho! 
– Mowa o mnie? Co takiego gadała o mnie ta Ruda miłość mego życia?
– Ha, ha, nie odpowiadaj – powiedziałam do Mary, a ona zachichotała.
Parę minut później wspinaliśmy się już po schodach do Wielkiej Sali. Kiedy tylko zobaczyłam zamek, poczułam przyjemne, ciepłe ukłucie w żołądku. Tak bardzo kochałam to miejsce. James zauważył mój wzrok i również się uśmiechnął.
– Nareszcie w domu, co?
– Tak – potwierdziłam, kiwając głową.
Zadowoleni wkroczyliśmy do środka i udaliśmy się w stronę czterech, wciąż opustoszałych stołów. Mary usiadła obok, a Rogacz okrążył nas i usiadł na przeciwko.
– Wciąż nie mogę uwierzyć, że to już ostatni rok – powiedziała cicho Macdonald.
– Ta, ciężko się o tym myśli.
Uśmiechnęłam się smutno, spoglądając w górę, na czarne sklepienie, usiane gwiazdami.
– To zawsze będzie dom – mruknęłam.
– Ale z ciebie marzycielka, Evans.
Syriusz rzucił się na miejsce obok Jamesa i wyszczerzył się.
– Jak tam ostatnie godziny wolności?
– Och udław się.
– Najpierw popatrzę sobie na twoje tortury – rozmarzył się. – Wyobrażasz sobie, jak przyjemne będzie delektowanie się tym przez miesiąc?
– O ile nie przegrasz.
– Złotko, ja nie przegrywam – stwierdził Syriusz, poruszając zabawnie brwiami.
Po chwili do stołu dosiadła się również Dorcas, Remus i Peter, a zaraz za nimi pojawiła się wzburzona Alicja.
– Ten głupi auror przy wejściu nie chciał mnie wpuścić dalej, powiedział, cytuję, "w innych wagonach jest już odpowiednia ilość osób, tylko w tym zostały wolne miejsca" nosz, myślałam, że mnie rozniesie! 
– A gdzie reszta?
– Nie mam pojęcia, jechałam z jakimiś Ślizgonami z drugiego roku, brr.
Alicja usiadła obok i wzdrygnęła się ostentacyjnie.
– Ciebie też miło widzieć – zaśmiałam się, a dziewczyna po chwili zrobiła to samo.
Wielka Sala powoli się zapełniała. Parę minut później gwar wzrósł do tego stopnia, że praktycznie nie dało się usłyszeć osoby siedzącej obok. Przyglądałam się ludziom, a kiedy mój wzrok padł na drzwi do Wielkiej Sali, ujrzałam wślizgująca się Clarie. W tym samym momencie Dumbledore powstał i zapanowała cisza.
– Witajcie w kolejnym roku w Hogwarcie.
– Hej – szepnęłam, kiedy wsunęła się na miejsce na prawo od nas. Patford wydawała się być przestraszona, a jej zaróżowione policzki drgały.
– Widzieliście gdzieś Maryl?
Powoli rozglądnęłam się i pokręciłam głową. Clarie zacisnęła wargi i zgarbiła się.
– Nigdzie nie mogłam jej znaleźć.
– Na pewno gdzieś tu jest – zapewniłam szeptem.
Gryfonka pokiwała głową, jednak nie wyglądała na pocieszoną.
– ...w czerwcu miały miejsce okropne wydarzenia, które wstrząsnęły tą szkołą. To, co się stało, na zawsze pozostanie w naszych sercach. Teraz jednak nadszedł czas na zjednoczenie się i wspieranie. Pokażcie, że jesteście silniejsi, pomóżcie słabszym i dbajcie o wspólne dobro, by już nigdy więcej coś takiego się nie powtórzyło!
Kiedy Dumbledore zamilkł rozległy się ciche brawa. Rozglądnęłam się, spoglądając na kilka zasmuconych twarzy i westchnęłam cicho. James spojrzał na mnie, ale nic nie powiedział. Poczułam za to, jak jego noga opiera się o moją pod stołem.
– Jeszcze nie jesteś moim nie-chłopakiem – wyszeptałam prawie bezgłośnie, tak, aby tylko on mógł to usłyszeć. Rogacz uśmiechnął się, ale nie zabrał nogi.
Chwilę później drzwi sali ponownie się otworzyły, a do środka wkroczyło kilkanaście przestraszonych dzieci. Profesor McGonagall czekała już u szczytu stołów, z Tiarą Przydziału w ręku.
– Jest ich tak mało – wyszeptała Mary, a Remus smutnie pokiwał głową.
– Dziwisz się? Po tym co się stało w czerwcu, pewnie wszyscy bali się wysłać tu swoje dzieci.
Pokiwałam głową, wpatrując się w chłopca, który wystąpił przed szereg, wywołany przez McGonagall.
W sumie było tylko czternastu nowych uczniów. Pięcioro trafiło do Hufflepuffu, czworo do Slytherinu, dwoje do Ravenclawu i troje do Gryffindoru. Kiedy wszyscy usiedli przy swoich stołach, a Dumbledore wygłosił parę słów, stoły ugięły się pod ciężarem jedzenia, a w Wielkiej Sali znów zapanował harmider.
– To takie smutne – mruknęłam, patrząc się na chichoczących pierwszoklasistów. – Nas, z samego Gryffindoru, było prawie tyle, ile ich w sumie. Wyobrażacie to sobie?
– To nie smutne, tylko straszne – stwierdził Black. – Hm, to w sumie jak twoja sromotna przegrana.
– O czym on mówi? – spytała Alicja, a ja przewróciłam oczami, nabijając na widelec opiekanego ziemniaka i celując nim w Syriusza.
– To nie jest temat na teraz. Potem ci wyjaśnię – dodałam, kiedy Gyrfonka uniosła brwi. 
Clarie przez całą kolację zachowywała się dziwnie cicho. Chwilę przed tym, jak talerze zalśniły czystością, zapytałam się jej, co się dzieje.
– Martwię się. Powinna tu być.
– Jak ją spotkasz, to przekaż, że nie ładnie tak porzucać swoich przyjaciół.
– Syriusz! – zganiłam go.
– No co, pewnie siedzi gdzieś z Krukonami i się z nas nabija.
– Pewnie jest w dormitorium, skoro tutaj jej nie ma – zapewniłam ją.
Clarie jednak nie wyglądała na przekonaną. Jak tylko Dumbledore pozwolił udać się nam do łóżek, natychmiast wstała i ruszyła w stronę schodów.
– Co to za tajemnice z Łapą, Lily – spytała Alicja, łapiąc mnie pod ramie. Gryfoni powoli udawali się do wieży.
– Nie tutaj, powiem ci wszystko, ale nie tutaj.
Hawkins pokręciła głową.
– Wariaci.
– Jak się trzymasz tak w ogóle? Bez Franka?
– Jest ciężko. Wciąż nie mogę w to uwierzyć, że go tu nie ma. Chce mi się płakać na samą myśl, że... ugh.
– Będzie dobrze, Ali – mruknęłam, pocierając jej ramię.
– Pewnie przywyknę, ale już tak strasznie tęsknię...
Dojście na górę i wieszająca się na mnie Alicja zmęczyły mnie na tyle, że z ulgą powitałam widok Pokoju Wspólnego. Rozchichotane udałyśmy się na górę i rzuciłyśmy na łóżka.
– O tak, najlepsze łóżko na świecie – wymruczała Dorcas, zatapiając twarz w poduszce.
– A teraz gadaj – przerwała jej Hawkins, podnosząc się na łokciach. – Co to za tajemnica?
– O, uwaga, to będzie hit – powiedziała Mary, uśmiechając się.
– Hej – zachichotałam, rzucając w nią poduszką. I w momencie, w którym Macdonald przymierzała się do oddania mi pięknym za nadobne, do naszych uszu doszedł krzyk. Przerażający, mrożący krew w żyłach, całkiem niespodziewany krzyk.
– Co do... – mruknęła Dorcas, prostując się.
– Czy to...? – zaczęła Mary, jednak przerwałam jej, zeskakując z łóżka.
– Clarie – szepnęłam, i rzuciłam się w kierunku drzwi, a reszta Gryfonek zrobiła to samo.
Drzwi do pokoju obok były uchylone. Kiedy wpadłyśmy do środka, przez chwilę nie wiedziałyśmy, co właściwie się stało. I wtedy ujrzałam zapłakaną Patford, rzucającą nam przerażone spojrzenie.
– Nie ma jej! Nie ma, jej łózko jest puste, nie ma nawet jej rzeczy! – wrzasnęła, zrzucając poduszki z posłania Maryl. – Nie ma kufra, nie ma butów, nie ma jej lusterka, nie ma, nie ma, nie ma jej tutaj! GDZIE ONA JEST?! GDZIE JEST MARYL?!


 Stało się. Napisałam. Dokończyłam. Wymyśliłam. Zwał jak zwał, liczy się to, że w końcu spięłam dupę i wróciłam. Gdzieś w czeluściach bloggera pisze się kolejny rozdział, którego co prawda na razie jest malutko, ale naprawdę postaram się go skończyć w sierpniu. Dorosłość ssie i naprawdę bije pokłony tym, co to piszą regularnie po skończeniu liceum, bo ja naprawdę nie mogę znaleźć na to czasu, albo się do tego zebrać. Albo oba.
Rozdział tak bardzo mi się podoba. Chociaż zardzewiałam i MERLINIE, to były katusze, doprowadzenie tego do w-miarę-dobrego-ale-tylko-trochę stanu. Za to starałam sobie przypomnieć, po co powstało SD i czemu co jakiś czas ktoś znowu nabija wyświetlenia 1 rozdziału i uświadomiłam sobie, że miała to być przede wszystkim zabawa, więęęęc odważyłam się wykorzystać ten mój mało konwencjonalny pomysł zakładu. Chciałabym, żeby to był hołd dla wszystkich starych onetowskich Jily. SD w ogóle od początku miało być takim hołdem, stąd np. taka Mary Macdonald, czy Dorcas. I pomyślałam sobie, czego jeszcze brakuje w SD, co musi się pojawić? Zakład, no tak! (I 7 minut w niebie z udziałem Jamesa i szafy I OBIECUJĘ, że dostarczę wam tej przyjemności, choćbym miała skonać!)
Och, szykuje się taka zabawa! O takie Jily walczyłam!
No dobra, to już poszło w złą stronę, haha.
Wracając, czy nie będzie nieziemsko porozczulać się nad takim typowo stereotypowym Jily? Bo ja już nie mogę się doczekać.
Dodatkowo dla wiernych fanów nie tylko SD, ale również POŚa (wiem, nie bijcie, obiecuję, że z niego też niedługo ściągnę pajęczyny i udobrucham Was hurtowymi ilościami Yvenard!) pojawił się mały smaczek, a mianowicie sam Leo! Och, ale miałam frajdę, wprowadzając go! Co prawda w ogóle ten rozdział był czystą frajdą, ale tu nie o tym. Leo nie odegra dużej roli w SD, bo jego miejsce jest w POŚu, ale skoro pasował fabularno-rocznikowo, to stwierdziłam, że czemu nie! A macie! (Wiem Kasiu, że to Ty najbardziej sikałaś w majtki, jak zobaczyłaś jego imię. No chyba, że już zapomniałaś o naszym kochanym Leo, to wtedy shame on you!)
I chyba to by było na tyle. Bo zaraz się okaże, że to moje krótkie „od autorki” będzie dłuższe od samego rozdziału.
Dodatkowo chciałabym podziękować wszystkim czytelnikom, którzy tutaj zaglądają, kiedy mnie nie ma. W szczególności tym, którzy w tym tygodniu czytali ostatnie rozdziały (mam nadzieję, że miło będzie od razu zabrać się za kontynuację) i jakiejś osóbki, która dzisiaj (sic!) przeczytała prolog i pierwszy rozdział. Widzę to i naprawdę doceniam ;) Jesteście super.
Naprawdę postaram się dodać ten kolejny rozdział w sierpniu.
Przyrzekam.
A jak nie, to będziecie mogli krzyczeć.
Całuję,
Wasza,
         Ati