sobota, 26 września 2020

24. Za zamkniętymi drzwiami cz.II


{dla Ciebie,
jeśli to czytasz,
codziennie sprawiając,
że moje serce bije}


Kolejnego dnia, kiedy przechodziłam rano przez pokój wspólny, do moich uszu dochodziły szepty Gryfonów.

– Słyszałeś jak za nią krzyczał?

– Ona go przecież nie znosi...

– No coś ty, przyjaźnią się, baranie.

– To mi nie wygląda tylko na przyjaźń...

Uśmiechnęłam się pod nosem, przechodząc przez dziurę pod portretem. Niewiele potrzeba było, żeby nakręcić plotki. Zwłaszcza, że oczy reszty i tak skierowane były na naszą grupkę w związku z ostatnimi wydarzeniami.

Kiedy dotarłam do Wielkiej Sali, Clarie siedziała już przy stole. Była troszkę nieobecna, ale uśmiechnęła się delikatnie na mój widok.

– Jak się czujesz? – spytałam, a ona pokiwała głową.

– Dobrze. Jest dużo lepiej – odpowiedziała, odstawiając szklankę z sokiem.

– Gotowa na dzień pełen wrażeń? – spytał Remus, a dziewczyna pokiwała głową.

– Bardziej gotowa nie będę.

Rozejrzałam się i spostrzegłam, że przy stole brakowało Jamesa i Syriusza. Mary podążyła za moim wzrokiem, a potem pokręciła głową.

– W co znowu oni się wpakowali?

– Oby w nic – powiedział Lupin. – McGonagall nie zniesie zbyt wielu szlabanów Jamesa w tym roku.

Peter zachichotał, klepiąc swojego przyjaciela po barku. Ja jedynie uśmiechnęłam się, skupiając się na śniadaniu. Remus miał rację, Rogacz nie mógł przesadzić. A poza tym, nie po to spędziłam dzisiaj godzinę w łazience, próbując ujarzmić swoje odstające włosy, które od ścięcia żyły własnym życiem.

– Brakowało mi tego – szepnęła Clarie. Dopiero po chwili zrozumiałam o co jej chodziło. Wielką Salę wypełnił szum sowich skrzydeł, a uczniów zalał deszcz przesyłek. Patford smutno przyglądała się ptakom, a ja poczułam uścisk w brzuchu. 

Nawet ja boleśnie odczuwałam nieobecność Maryl. To ona była tą osobą, która była w stanie ujarzmić chłopaków, to ona sklejała nas w jedną całość.

– Och – westchnął Remus. Szara płomykówka wylądowała przed nim, z Prorokiem Codziennym przywiązanym do nóżki. Z pierwszej strony migotało do nas zdjęcie reporterów otaczających zrujnowany dom. Lupin powoli odwiązał gazetę, zapłacił sowie należne za nią pieniądze, po czym rozłożył ją na środku stołu.

 

MASOWE MORDERSTWO RODZIN MUGOLI

W dniu wczorajszym na przedmieściach Londynu doszło do ataku Śmierciożerców na ulicę zamieszkaną przez Mugoli, w wyniku którego zginęło dwanaście osób, a trzy zostały ciężko ranne. 

 

– To chore – mruknęła Mary, kręcąc głową.

– Piszą, że zainteresowali się tym mugole.

– I co? – zapytała Alicja.

– Wkręcają im wybuch gazu – westchnął Remus.

– W ile wybuchów gazu można uwierzyć? – powiedział Peter.

Nikt mu nie odpowiedział.

Śniadanie przestało nam smakować, więc zgodnie stwierdziliśmy, że zbieramy się na zajęcia. Kiedy opuszczaliśmy Wielką Salę, w biegu minęli nas James i Syriusz. Ten pierwszy puścił mi oczko, głośno dysząc i zapinając guzik koszuli. Ponownie zjawili się obok dopiero na trzecim piętrze, z Syriuszem na czele, głośno się z czegoś śmiejącym. Potter pokręcił tylko głową i wyjął z ust grzankę, drugą ręką czochrając swoje włosy. Zrobił to tak nieudolnie, że aż zamrowiły mnie palce.

– Nie tak – powiedziałam, popychając go i sięgając do jego twarzy. To był najwyższy czas na zajęcie się zakładem. – Musisz uwydatnić kędziorka.

Syriusz prawie udławił się swoim tostem, kiedy James odepchnął moją rękę.

– Jesteś niemożliwa – powiedział Rogacz, wskazując we mnie oskarżycielsko grzanką. W jego oczach czaiło się jednak rozbawienie. – To miało zostać tajemnicą!

– Jaki kędziorek? – zapytała Alicja, uśmiechając się złośliwie.

– No wiesz, w domu Jamesa... – zaczęłam, jednak ten złapał mnie w pasie i zatkał mi usta wolną ręką, podnosząc mnie z ziemi.

– Koniec tego dobrego – zawyrokował, kiedy zachichotałam w jego dłoń. – Masz szlaban moja droga. Parę osób na korytarzu oglądnęło się za nami z rozbawieniem. 

– Szlaban? – wydukałam, odciągając jego palce od moich policzków. Pachniały dżemem. James postawił mnie w końcu na ziemi, odwracając w swoją stronę.

– Zdecydowanie – potwierdził.

Teraz już przyglądał nam się cały korytarz. Na moje usta wypłynął szeroki uśmiech, kiedy przekrzywiłam głowę, uważnie obserwując jego minę. Dosłownie słyszałam jego głos w głowie, mówiący jak to potem się rozliczymy. Czas jakby zwolnił, kiedy powoli stanęłam na palcach i sięgnęłam dłonią do jego policzka, a potem przejechałam palcem wskazującym po kąciku jego ust i oblizałam go.

– Truskawkowy – powiedziałam cicho, poruszając delikatnie brwiami. James zagryzł wargę, uśmiechając się szeroko i kręcąc głową, kiedy odwracałam się w drugą stronę. Zdążyłam jeszcze dostrzec iskrzący błysk jego oczu, zanim weszłam do otwartej sali transmutacji.

– Jesteś zdrowo pokręcona – szepnęła mi do ucha Mary, wślizgując się na miejsce obok mnie. Uczniowie powoli wypełniali salę, a James przeszedł obok, uśmiechając się i kręcąc głową, jakby przyglądał się wyjątkowo słodkiemu bobasowi.

– I dopiero teraz to zauważyłaś? W pociągu jakoś nikt mi nie chciał uwierzyć – dodałam. – A przecież naprawdę jestem szalona!

– Tak, jesteś – zapewniła mnie Macdonald, śmiejąc się cicho.

Transmutacja ciągnęła się niemiłosiernie. McGonagall była czymś niesamowicie zirytowana, ciągle obrzucała nas szorstkimi spojrzeniami i rzucała kąśliwymi uwagami. Pod koniec zajęć zapowiedziała niesamowicie długą listę zagadnień do przygotowania na kolejne zajęcia i postraszyła, że jeśli ktoś nie będzie w stanie odpowiedzieć jej na wszystkie pytania, wyrzuci go z sali. Jednak nawet to nie mogło zniszczyć podekscytowania, które unosiło się w powietrzu, kiedy zmierzaliśmy na drugą lekcję tego dnia - pierwszą w tym roku obronę przed czarną magią. Anthony Godfray wydawał się bowiem wręcz stworzony do tej pracy.

– Kto mógłby nas lepiej przygotować niż auror. I do w dodatku taki, który naprawdę zna się na rzeczy. Jego zeszłoroczne zajęcia były świetne! – zachwycała się Alicja, kiedy przemierzaliśmy korytarz na czwartym piętrze.

– Ciekawe jak udało im się go przekonać – mruknęłam. – Mówił mi, że wolałby zostać w centrum walki. Co takiego się stało, że zmienił zdanie?

– A co jeśli... no wiecie, po tym wszystkim, co stało się na wakacjach uznali, że potrzebujemy kogoś, kto nauczy nas walki – zaproponowała Dorcas.

– Albo ogarnęli, że tak czy siak będziemy chcieli dołączyć do Zakonu – wtrącił Syriusz – więc zatrudnili kogoś, kto nas poprowadzi.

– A ty znowu o tym? – spytałam, spoglądając na niego.

– Akurat Łapa może mieć rację – powiedział James, idący do tej pory w ciszy. – Po pierwsze, nikt inny nie byłby w stanie nas lepiej przygotować. A po drugie to chyba zbyt duży zbieg okoliczności, że to u niego w domu spotykamy się z Zakonem, to z nim i Dumbledorem rozmawiamy o tym wszystkim, a potem to on zostaje naszym nauczycielem.

– Niedługo dowiemy się prawdy – stwierdziła Mary.

– No tak, bo przecież jak tylko wejdziemy do sali to powita nas okrzykiem w stylu "witajcie o przyszła nadziejo linii oporu" – skwitowałam, przewracając oczami.

– Coś w tym stylu – powiedział Syriusz, śmiejąc się.

Kiedy dotarliśmy pod salę, wszyscy już czekali. W powietrzu dało wyczuć się ekscytację. Po paru minutach do naszych uszu dotarł stukot obcasów butów o posadzkę, a po chwili zza rogu wyłonił się Anthony Godfray. Tego dnia miał na sobie ciemną szatę, spod której wystawała czarna koszula. W ręce niósł wielką teczkę. 

– Zamknięte? – zapytał, a wszyscy spojrzeli na drzwi.

– Chyba nie – mruknął ktoś z tyłu.

– W takim razie na co czekacie?

Wybuchł mały rozgardiasz, kiedy każdy zaczął się przepychać, chcąc znaleźć najlepsze miejsca. Wraz z Mary zajęłyśmy trzecią ławkę, co obie uznałyśmy za sukces, więc w nagrodę przybiłyśmy sobie piątkę. Chwilę później na mojej ławce wylądowała kulka starego, zgniecionego pergaminu. Obejrzałam się i spojrzałam na wyszczerzonego Jamesa, siedzącego po skosie w czwartym rzędzie i pokręciłam głową. 

– Otwórz – powiedział prawie bezgłośnie. Powoli rozwinęłam ją, przyglądając się dwóm zdaniom napisanym znajomym, pochyłym pismem.

 

Le liścik miłosny.

Twój, James.

 

Korzystając z wciąż panującego rozgardiaszu szybko odpisałam, po czym cisnęłam kulkę w kierunku właściciela.

 

Le mogłeś się bardziej postarać.

 

Rogacz zachichotał w tym samym momencie, w którym Godfray odchrząknął, uciszając klasę.

– Na kolejne zajęcia możecie czekać w klasie – zaczął, obrzucając nas długim spojrzeniem. – Mamy wiele rzeczy do zrobienia i czeka nas dużo pracy, a każda taka sytuacja to tracenie czasu, który moglibyśmy wykorzystać na coś innego. Rozumiem, że każdy zaopatrzył się w podręcznik?

Wszyscy zgodnie pokiwali głowami, co mężczyzna przyjął ze spokojem.

– Świetnie. Dzisiaj nie będą wam potrzebne.

Przez całą klasę przebiegł podniecony szmer, kiedy Godfray odwrócił się i otworzył swoją teczkę.

– Hej, psst, Potter!

Zerknęłam przez ramię. James również się obrócił i obrzucił Ślizgona siedzącego dwie ławki za nim pytającym spojrzeniem.

– Lubujesz się teraz w szlamach, Potter? Nie wystarczy ci już twój kumpel-zdrajca-krwi? – zapytał ze złośliwym uśmieszkiem, po czym spojrzał na mnie. Na jego ławce leżał najnowszy numer Proroka. – Lepiej uważaj, bo szlamy nie są teraz bezpieczne.

Salę przeszył głośny trzask, a ja podskoczyłam. Serce waliło mi w klatce piersiowej, sama nie byłam pewna czy od wypowiedzianych przez chłopaka słów, czy od dźwięku. Dopiero po chwili dotarło do mnie, czym był. To Godfray zatrzasnął swoją walizkę i stał teraz przodem do uczniów, w przerażającej ciszy.

– Proszę wyjść.

– Słucham? – zapytał Ślizgon, prostując się i obdarzając go przenikliwym spojrzeniem.

– Dobrze pan słyszał. Kazałem panu wyjść z sali.

– Mam pełne prawo tu być... – zaczął chłopak, jednak Godfray przerwał mu, robiąc dwa kroki do przodu, a wszyscy wcisnęli się w swoje krzesła, jakby bali się, że ich pogryzie.

– Nie będę tolerować takiego zachowania na moich zajęciach. Może to pana nauczy szacunku. – Tu mężczyzna uniósł rękę i wskazał na drzwi. – Kolejny raz prosić nie będę.

Ślizgon warknął coś pod nosem, ale posłusznie złapał torbę i wstał, prawie wywracając krzesło, a potem skierował się do wyjścia, taranując po drodze ławki.

– Krzesło należy po sobie zasunąć – powiedział twardo Godfray. Chłopak prychnął i nawet się nie zatrzymał, a kiedy sięgał do klamki, nauczyciel wyciągnął różdżkę i machnął nią. Drzwi, dopiero co otworzone, zamknęły się przed nosem Ślizgona. – Krzesło – powtórzył mężczyzna.

Wszyscy przypatrywali się temu w szoku i w ogłuszającej ciszy. Chłopak cofnął się, poprawił siedzisko i obrzucił swojego rozmówcę wzrokiem pełnym nienawiści. A potem wyszedł.

– Proszę się stawić w moim gabinecie o dwudziestej – rzucił Godfray, zanim ten zamknął drzwi.

Nikt nie śmiał się poruszyć. Wszyscy z przerażeniem wpatrywali się w ławki jeszcze przez parę sekund, bojąc się podnieść wzrok. A potem mężczyzna odchrząknął i wrócił do swojego biurka, po czym oparł się o nie i uśmiechnął.

– Nie będę tolerował przemocy, fizycznej ani psychicznej. Za murami tego zamku jest już jeden tyran, więcej ich nam nie potrzeba. Jeśli ktoś się z tym nie zgadza, może wyjść. To nie są obowiązkowe zajęcia.

Kiedy nikt się nie poruszył, nauczyciel pokiwał głową i złączył ze sobą palce obu dłoni. Wyglądał na zadowolonego.

– Te zajęcia to nie tylko bezmyślne rzucanie zaklęć i protego jako wyjście z każdej sytuacji. Kończąc ten przedmiot powinniście mieć wiedzę o dziesiątkach magicznych istot i tym, jak się przed nimi obronić. Co zrobić, kiedy zostaniecie znienacka zaatakowani, jak zachować się w magicznym świecie. Wiem, że większości z was nawet jeszcze to do głowy nie przyszło, ale za dziesięć miesięcy po raz ostatni wsiądziecie do pociągu i co dalej? Wrócicie do domu, do rodziców? A może zamieszkacie sami? Znajdziecie miasteczko czarodziejów? Wiecie w ogóle czego szukać? Wątpię, że wszyscy w tej klasie wiążą swoją przyszłość z samą walką, niektórzy mogą chodzić na zajęcia, bo chcą nauczyć się, jak przetrwać. Ale czy ktokolwiek pomyślał w ogóle o tym, że niedługo trzeba będzie samemu zająć się swoim życiem? Został wam rok. Większość wiedzy jest już, a przynajmniej powinna być, w waszych głowach. Moim głównym zadaniem jest sprawdzenie jej i usystematyzowanie. Doprowadzenie was na skraj wytrzymałości i na szczyt umiejętności. Dlatego zaczniecie od tego.

Godfray machnął różdżką, po czym z jego biurka uniosły się arkusze. Kiedy wylądowały przed każdym z nas, mężczyzna machnął ponownie, a na tablicy pojawiły się napisy.

 

1. Sprawdzenie 

2. Przemyślenie

3. Otworzenie

4. Koncentracja

5. Odbębnienie 

 

– Oto program SPOKO. Ma on na celu przygotowanie was do tego, że wcale nie będzie tak spoko. – Tu zrobił przerwę, a parę osób uśmiechnęło się blado. – Po pierwsze, sprawdzenie swojej wiedzy i możliwości. Testy przed wami to wiedza z sześciu lat jak i tego roku. Są to zagadnienia, których możecie spodziewać się na owutemach, ale również takie, która przydadzą wam się w dorosłym życiu. Ma on za zadanie pokazanie wam, jak bardzo brakuje wam wiedzy i jak wiele braków w niej macie. Następnym krokiem jest przemyślenie. Co mogę z tym zrobić? Jak temu zaradzić? – Godfray postawił dwa kroki i również się uśmiechnął. – Da wam to szansę na ogarnięcie tematu. Kolejno mamy otworzenie, czyli, krótko mówiąc, otworzenie książek i mocna powtórka, której będę od was wymagał. Przede wszystkim otworzenie się na wyzwania, które na was czekają. Niektórzy będą chcieli zrezygnować, co będzie zrozumiałe. Tylko koncentracja pozwoli wam utrzymać się na torze. Czekają nas testy sprawnościowe i te z wiedzy, wiele zadań nadprogramowych i kursów. Wszystkie trzeba będzie odbębnić.

Jego kroki odbijały się od ścian, kiedy powoli okrążał salę. Wszyscy przyglądali się sobie w szoku. Na twarzy Mary malowało się zaskoczenie wymieszane z ekscytacją.

– Dzisiejsze zajęcia to test sprawdzający. Poświęćcie mu sto procent uwagi, bo będzie to najtrudniejszy test w waszym życiu, przynajmniej dotychczasowym. Możecie wyjąć pióra i otworzyć arkusze. Macie czas do końca zajęć.

W klasie zapanował szum, kiedy każdy sięgał do torby. Powoli podniosłam pergamin i zerknęłam na pierwsze pytanie.

 

1. Sytuacja: stajesz się posiadaczem farmy na bagnistym terenie. Brak innych mieszkańców w okolicy dwóch mil. Za domem znajduje się jezioro otoczone lasem.

Problematyka: Jakie niebezpieczeństwa mogą pojawić się podczas mieszkania w tym miejscu? Jak sobie z nimi poradzisz?

 

Przełknęłam ślinę, przymykając oczy. Dosłownie słyszałam w głowie śmiech Syriusza i jego głupie dogadywanie. "Niebezpieczeństwa? Deska może mi spaść na głowę, dom jest pewnie strasznie zawilgocony!". To było całkiem proste zadanie, dla kogoś, kto się przygotował.

Jakie stworzenia żyją na bagnach? Co mogą skrywać wody jeziora?

Większość pytań wglądała w ten sposób. Opis sytuacji, a potem "jak sobie z tym poradzisz?". W jednym pytano o klasyfikację magicznych zwierząt, w kolejnym o zastosowanie zaklęcia Arresto Momentum. Było ich w sumie dwadzieścia, a ostatnie brzmiało "wymień trzy rodzaje zaklęć obronnych i opisz ich działanie".

Nikomu nie udało się skończyć przed czasem. Kiedy lekcja dobiegła końca, Godfray zebrał arkusze i schował je do swojej teczki.

– Na kolejnych zajęciach omówimy problematykę i przemyślimy nasz system działania. Niech każdy przyniesie podręczniki.

– Łał – wyszeptała Mary, kiedy wychodziliśmy z klasy. – To było...

– On jest... – zaczęła Dorcas.

– Wszystko pozapominałam – jęknęła Alicja.

– Jest świetnym nauczycielem – potwierdził Remus, idący zaraz za nami wraz z Peterem.

– Ale rzucał aluzje o Zakonie. To przyda wam się po szkole, dobrze wiemy o co mu chodziło – stwierdził Syriusz, pojawiając się obok.

– A to jak wyrzucił tego Ślizgona – powiedział Pettigrew, rozszerzając powieki. 

– No trzeba mu przyznać, że ma jaja – skwitowała Dorcas, kręcąc głową.

Clarie, która szła za nami, nie odzywała się. James zerknął na mnie wymownie, kiedy zauważył, że się jej przyglądam a potem kiwnął głową. Delikatnie zwolniłam, pozwalając się wyprzedzić reszcie, aż w końcu zrównałam się z Rogaczem, pozostając w tyle za resztą Gryfonów.

– Martwię się – powiedział. Czekałam, aż coś doda, ale szedł w ciszy, wpatrzony w korytarz przed siebie.

– O Clarie? – spytałam w końcu, a on pokiwał delikatnie głową.

– Cała ta sprawa z Maryl... – zaczął, ale prawie natychmiast przerwał. – Zajmiesz się nią? Jest totalnie sama, nie można tak normalnie funkcjonować, zwłaszcza w jej stanie.

– Jasne – zapewniłam go, kiwając głową.

James uśmiechnął się, a potem musnął moją dłoń swoją.

– Pierwszy tydzień mija moja droga – szepnął. Ogniki w jego oczach tańczyły wesoło.

– Coś sugerujesz? – spytałam. – Bo twój liścik nie był najwyższych lotów, jeśli miałabym oceniać.

– Ważne, że wyglądał, jakby był – stwierdził Rogacz. Powoli zbliżaliśmy się do Wielkiej Sali, a reszta Gryfonów była zbyt pochłonięta rozmową, by zwracać na nas uwagę. 

Jego palec wskazujący przejechał po wnętrzu mojej dłoni, powoli przyciągając ją do siebie.

– Nie uważasz, że na dziś już wystarczy? – zapytałam, uśmiechając się.

– Udawanego związku? Nigdy – powiedział z powagą, marszcząc brwi i mocno splatając nasze ręce ze sobą.

Zaśmiałam się zdecydowanie za głośno i to akurat w momencie, w którym przekroczyliśmy próg Wielkiej Sali. Dziesiątki par oczu zostało skierowanych w naszą stronę, a ja natychmiast poczułam, że się czerwienię. Szybkim ruchem wyrwałam swoją rękę, pochylając głowę w dół i modląc się by włosy choć trochę zakryły moją twarz. Tak naprawdę całkiem mnie to bawiło. James cały dygotał z ledwo powstrzymywanego rechotu, a nasi przyjaciele przyglądali nam się z rozbawieniem. 

– Idź no, idź – mruknęłam, kiedy James się zatrzymał.

– Oj, Lily – westchnął na tyle głośno, żeby usłyszało nas pół sali. – Jak ty się ładnie rumienisz.

I powiedziawszy to, zadowolony pomaszerował przodem, w poszukiwaniu najlepszego miejsca przy stole.

– Czasem mam wrażenie, że to on schodzi się z tobą, a nie ty z nim – powiedziała Mary, kiedy odseparowałam się od Rogacza, siadając jak najdalej od niego.

– Uwierz, że to ja się na to zgodziłam – mruknęłam, kręcąc głową.

 

Wrzesień mijał powoli. Był ciepły i słoneczny, więc większość popołudni spędzaliśmy na błoniach, głównie pochylając się nad książkami. Szło nam ciężko, zwłaszcza, że cały Hogwart wręcz huczał od plotek.

Wszyscy zastanawiali się, kto wrobił Evana Rosiera, którego Filtch znalazł w samych bokserkach tuż obok korytarza pokrytego łajnem. Zarobił za to niewyobrażalnie długi szlaban, co podsyciło zamieszki Ślizgoni kontra mugolaki. W czwartek grupa siódmoklasistów pobiła kilku Puchonów, którzy trafili do Skrzydła Szpitalnego. James śmiał się, że Evanowi się należało, ja natomiast nie byłam w nastroju do śmiechu.

– Jesteś niepoważny – skomentowałam. – Jeśli to wyjdzie...

– Co wyjdzie? – zapytał Rogacz. Wydawał się niewzruszony, opierając się o pień starego drzewa i przypatrując mi z zaciekawieniem. Było późne popołudnie i czekaliśmy na błoniach na resztę naszych przyjaciół. 

– Że to nasza sprawka – mruknęłam, odwzajemniając jego spojrzenie. James bawił się swoim piórem, dawno zapomniawszy o zagadnieniach z transmutacji. Jego koszula była jak zwykle rozpięta, krawat zwisał dość mocno poluzowany, a szata służyła mu za świetny koc do wylegiwania się na trawie.

– Proszę cię – powiedział, uśmiechając się. Kiedyś nazywałam ten uśmiech huncwockim. Miał w sobie coś ze złośliwości, ale był ciepły i trochę szalony. – Nikt nie będzie podejrzewał Prefektów. Naczelnych na dodatek. Wyluzuj.

I powiedziawszy to odchylił głowę do tyłu i przymknął oczy.

– Jesteś niesamowity – mruknęłam ponownie. – Jak zwykle wywalone na cały świat.

– Lily. – Jego głos był twardy, ale na ustach malował się uśmiech. – Chyba niezbyt często bawisz się w kawalarza.

– Czy wyglądam ci na błazna? – zapytałam, rozkładając ręce, jakbym chciała powiedzieć "popatrz na mnie, to nie jest materiał na łobuza".

– Można to jeszcze naprawić – odrzekł z powagą, zerkając na mnie.

– No na pewno – odparłam, opierając się na wyprostowanych rękach i wyciągając twarz do słońca. Było tak przyjemnie.

– Skoro masz być moją dziewczyną, nie możesz zachowywać się jak ciele, kiedy przychodzi do dowcipkowania – stwierdził Rogacz, trącając mnie stopą.

– I co, dasz mi kurs kawalarstwa? – zaśmiałam się, zerkając na niego.

– Co tylko będzie trzeba – obiecał, puszczając mi oczko, a ja pokręciłam głową.

Na chwilę zapanowała cisza, ale cała ta sytuacja nie dawała mi spokoju, więc po paru minutach wiercenia się, nie wytrzymałam.

– No ale nie czujesz się ani trochę winny? A co, jeśli to przez nas, ten atak...

– Lily, bójka nie była naszą winą. Gdybyś wtedy otworzyła drzwi i wlepiła mu szlaban, uwziąłby się na ciebie. Nie mogłaś nic zrobić.

– Mogłam nic nie robić – zachmurzyłam się. James podniósł się z pozycji półleżącej i usiadł po turecku, wpatrując się we mnie.

– Jeszcze mi powiedz, że ten kretyn, którego Godfray wyrzucił z zajęć, to też twoja wina. – powiedział.

– O ten to akurat sam jest sobie winien – mruknęłam, a on uśmiechnął się.

– Nie wiem czy kiedykolwiek za tobą nadążę.

Powiedział to tak lekko i wesoło, że aż zachciało mi się śmiać.

– To co, od czego zaczniemy?

– Co? – spytałam, nie rozumiejąc o co mu chodzi.

– No twoje przeszkolenie kawalarza – zaśmiał się James. – Umówmy się, żadnemu z nas nie chce się uczyć. Tych debili zwanych naszymi przyjaciółmi nie widać na horyzoncie i Merlin wie, co ich zatrzymało, a my siedzimy tu, we dwoje, wszyscy się na nas patrzą i za trzy sekundy obrócisz się w prawo. Raz, dwa...

– Co? – ponowiłam pytanie, automatycznie zerkając w prawą stronę, a Rogacz nachylił się i cmoknął mnie w policzek.

– A teraz udam zażenowanie – szepnął, odsuwając się i spuszczając głowę. – Bo się nie udało.

– Jesteś niemożliwy – powiedziałam, czując, że się czerwienię. 

– Powiedz mi więcej przymiotników opisujących moją wspaniałą osobę – wyszeptał, mrużąc oczy w sposób, który miał być chyba ponętny.

– Walnę cię – zagroziłam, a chłopak wybuchnął głośnym śmiechem, odrzucając głowę do tyłu. – Mówię serio.

Przyjemnie tak było, siedzieć tam i niczym się nie przejmować. Nawet jeśli z tyłu głowy kotłowało mi się milion myśli. Kiedy udało mi się w końcu przekonać Jamesa do nauki ("bo ukradnę ci miotłę i schowam ją przed tobą każdym znanym mi zaklęciem!"), zaczęłam spisywać wszystkie krążące i obijające się o moją czaszkę zdania.

 

1. Czy to na pewno nie moja wina? Może to moja głupota jest przyczyną tych bijatyk? 

2. Jak mam przez najbliższe tygodnie spędzać każdą wolną chwilę z Jamesem?

 

Chwila. Wcale nie muszę spędzać z nim każdej wolnej chwili.

 

2. Jak mam przez najbliższe tygodnie spędzać każdą wolną chwilę z Jamesem?  mega dużo czasu z Jamesem (i nie oszaleć)?

3. Co z Maryl? Może powinniśmy znowu pójść porozmawiać z McGonagall?

4. Clarie, trzeba zająć się Clarie. Nie chcemy drugiej sytuacji z posążkiem flaminga.

 

W głowie przewinął mi się obraz jej palców, białych od siły z jaką zaciskała je na rzeźbie ogrodowej. Tylko Maryl była w stanie jej pomóc. Tylko ona była w stanie ją zrozumieć. Bez niej nikt nie potrafiłby temu wszystkiemu poradzić.

Wszystkie problemy uderzyły we mnie dopiero w tamtym momencie. Jakkolwiek bym się nie broniła, nie tylko mi był ciężko. Clarie została bez najlepszej przyjaciółki i swojej jedynej ostoi. Maryl od czerwca tułała się od łóżka szpitalnego do domu i z powrotem. Alicja została sama, po tym, jak Frank skończył szkołę. Mary...  Matko, przemknęło mi przez myśl, tak bardzo skupiłam się na sobie, że nawet nie wiedziałam, jak ona się czuje. 

Moje przemyślania przerwała zdyszana przyjaciółka, rzucająca się na trawę obok mnie, zupełnie jakbym przywołała ją myślami.

– Twój przyjaciel to idiota – zakomunikowała, patrząc na Jamesa.

– Co się stało? – zapytał Potter, podnosząc brwi.

– Idąc z Peterem i Remusem przez korytarz na drugim piętrze usłyszał, jak jakiś Ślizgon obraża Lily. Może nie konkretnie ciebie – dodała, zerkając na mnie – ale brudną krew. Rzucił się na niego, co nieciężko zgadnąć, ciągnąć za sobą Petera, który przywalił jego koledze tak mocno, że chyba złamał mu nos. 

– Peter? – zapytaliśmy oboje z Jamesem, prostując się.

– Tak, Peter – potwierdziła Mary. – Remus natomiast próbował odciągnąć Blacka od tego pierwszego i właśnie w tej pozycji znalazł ich Flitwick, który chyba w poważaniu miał kto się bił, a kto pomagał i wlepił im wszystkim szlaban. Krzyczał coś o hańbie i o tym, że Hogwart się stacza.

– No tak – mruknął Rogacz. – To ja się zbieram.

– Pójdziemy z tobą – powiedziałam, również wkładając swoje rzeczy do torby.

– Serio? – westchnęła Mary. – Dopiero przyszłam...

– Chodź – odpowiedziałam, wstając i podając jej rękę.

James wyglądał na spiętego. Musiał zaciskać zęby, bo linia jego żuchwy wydawała się być bardziej uwydatniona niż zazwyczaj. Kiedy w końcu odwróciłam od niego wzrok, bo potknęłam się o wystający korzeń, Mary spojrzała na mnie z zaciekawieniem wymalowanym na twarzy i tym swoim pytającym wzrokiem. Miałam wrażenie, że ostatnimi czasy stała się ekspertem od rzucania mi takich spojrzeń. Za każdym razem marszczyła te swoje urocze brwi i sztyletowała mnie wzrokiem, jakby zaraz miała zawołać "masz mi natychmiast powiedzieć co ci się czai pod tą rudą czupryną, bo widzę, że trybiki ci pracują!". W odpowiedzi na to jedynie pokręciłam głową. Mary zwęziła oczy i odpuściła, jednak wiedziałam, że jeszcze poruszy ten temat.

Szliśmy w ciszy. Zamek rósł przed nami, a kiedy w końcu wspięliśmy się po schodach i minęliśmy drzwi wejściowe, James odwrócił się i spojrzał na Mary, zupełnie jakby dopiero wtedy uświadomił sobie, że właściwie to nie wie, gdzie ma iść.

– Do skrzydła szpitalnego – wysapała dziewczyna, której krótka wspinaczka dała w kość, prawdopodobnie przez tępo, które narzucił Potter. – Syriusz chyba złamał sobie dłoń.

– Dłoń? – powtórzyłam, a James uśmiechnął się, chyba rozbawiony myślą o swoim przyjacielu łamiącym całą dłoń.

– No jakąś kość w dłoni, nie znam się na tym – mruknęła Mary, wywracając oczami.

Rogacz nie odpowiedział, ruszając we wskazanym przez Macdonald kierunku. Kiedy szliśmy korytarzami, przed oczami stanęły mi obrazki, które Eloise Winfred pokazywała nam na spotkaniach zawodowych. Układ kostny, układ krwionośny człowieka, najskuteczniejsze metody udzielania pierwszej pomocy. Zaczęłam się zastanawiać, czy gdyby zaszła taka potrzeba, to czy byłabym w stanie pomóc? Czy byłabym w stanie być może uratować komuś życie, na przykład na polu bitwy?

Kiedy doszliśmy na miejsce, zastaliśmy uchylone drzwi. Ze środka dochodziły nas podniesione głosy. James spojrzał na mnie i wszedł do środka.

– To jest śmieszne, nic mi nie jest – zawołał Syriusz, próbując się podnieść, jednak Pomfrey była szybsza, skutecznie utrzymując go w łóżku.

– Pan naprawdę myśli, że to zabawa? Ma pan złamaną kość, ona musi się porządnie zrosnąć!

– Łapo, uspokój się – powiedział Lunatyk. Przy twarzy trzymał zakrwawioną chusteczkę. 

– Zostawiliśmy Was na pół godziny – rzucił Rogacz, idąc w ich kierunku. – Pół godziny! A wy zdążyliście wdać się w bójkę i jak zgadnę to zarobić szlaban?

– Sam byś zrobił to samo, gdybyś tam był – stwierdził Syriusz, wyglądając na naburmuszonego.

– Trochę pokory przydałoby się każdemu z was – zawyrokowała Pani Pomfrey, podając mu eliksir i szklankę soku z dyni. 

– Jak długo będzie musiał tu zostać? – spytała Alicja, która siedziała na łóżku obok. Zza niej wychylała się trochę wystraszona Clarie, przyglądając unieruchomionej dłoni Blacka.

– Przed wieczorem na pewno go nie wypuszczę.

– Ale jest już weekend! – zaprotestował Syriusz.

– Spokojnie, zdąży Pan na jutrzejszy szlaban – odpowiedziała Pomfrey, a potem spojrzała na nas. – A was jest tu zdecydowanie za dużo.

Podczas kiedy kobieta zajęta była sprawdzeniem stanu innego pacjenta, wspólnie uzgodniliśmy, że nie ma sensu, żebyśmy wszyscy siedzieli przy łóżku Syriusza, który zaczął opowiadać o tym, jak "rozkwasił temu drugiemu twarz". Ja, Clarie, Alicja i Peter ruszyliśmy w stronę wyjścia, pozostawiając chłopaków pod opieką oburzonego Jamesa ("co powiedział?!") i zdegustowanej Mary ("Merlinie...").

- Nie rozumiem tylko jednego - odparła Alicja, kiedy szliśmy korytarzem, wciąż słysząc za sobą okrzyki zbulwersowanego Jamesa. - Skąd taka afera? Czemu ten chłopak w ogóle to powiedział? I po co?

- Wiesz, teraz dużo osób rozmawia na temat mugoli... - zaczął Peter, zerkając w moim kierunku.

Przez myśl przemknęło mi, że chodziło mu o mugolaków, a nie mugoli, ale się nie odezwałam.

– Klub Szlam – powiedziała cicho Clarie, a reszta spojrzała na nią. – Kiedy jest się cicho, słyszy się zdecydowanie więcej – dodała. – Ludzie non stop o tym trąbią.

– Czy Ślizgoni myślą, że wszyscy mający w sobie kapkę mugolskiej krwi spotykają się co tydzień wymieniając się zdjęciami i wspomnieniami o tym jak przyjemnie mieszka się w wielkim mieście? – zapytała Alicja, kręcąc głową.

– To jakiś żart – skomentowałam. – Nie wiem kto takie rzeczy wymyśla.

– Poza Hogwartem źle się dzieje – zaczął Peter, wyglądając na trochę zmieszanego. – A każdy wie, jakie osoby mamy w Slytherinie.

– Nie zdziwiłabym się, gdyby za rok rzesza Śmierciożerców wzrosła o paręnaście osób – skomentowała Alicja.

– To tylko spekulacje – ucięłam temat, zerkając wymownie na dziewczynę. Jej podniesione brwi pokazywały, że nie do końca wiedziała, o co mi chodzi. Delikatnie przekrzywiłam głowę, podbródkiem wskazując na Clarie, która przycichła, mocno obejmując ramiona chudymi palcami.

– Masz rację – podłapała, uśmiechając się. – Nie ma co nad tym rozmyślać ani roztrząsać temat. 

– Ale... – zaczął skonfundowany Peter, jednak Alicja była szybsza.

– Peter! A pamiętasz co mi obiecałeś?

Korzystając z zamieszania, które powstało przez trajkoczącą w najlepsze Gryfonkę, przybliżyłam się powoli do Clarie i trąciłam ją ramieniem.

– Jak się trzymasz?

Patford wzruszyła ramionami, zerkając na mnie.

– Tęsknie za nią – mruknęła, na co pokiwałam głową.

– Wszyscy za nią tęsknimy.

Clarie nie odpowiedziała, jakby chciała rzucić, że ona tęskni najbardziej, ale w ostatniej chwili się powstrzymała.

– Czy kiedyś będzie łatwiej? – spytała w końcu.

– Przecież Maryl wróci, zobaczysz – powiedziałam, kładąc jej rękę na ramieniu. Nie wyglądała, jakbym ją przekonała, więc szybko zaczęłam szukać innego sposobu na pocieszenie jej. – Co ty na to, żebyśmy w weekend zrobiły sobie babski wieczór? Albo dzień? Albo cały weekend?

– Babski weekend? – zapytała Clarie, podnosząc brwi.

– No jasne! Możemy się razem pouczyć, posiedzieć na błoniach, a wieczorem pograć w karty albo coś.

– Babski weekend! Wchodzę w to! – oznajmiła Alicja, zostawiając za sobą zdezorientowanego Petera.

– W takim razie... – mruknęłam, zerkając na Clarie. – No nie daj się prosić!

– No dobra – westchnęła blondynka, delikatnie się uśmiechając na rozradowany okrzyk Alicji.

– Tak jest! Babski weekend – zawyrokowała Alicja.

– Babski weekend – powtórzyła Clarie.

– Nie pożałujesz – obiecałam, przyciągając ją do siebie i zamykając w uścisku, którego obie potrzebowałyśmy, chociaż żadna z nas nie zdawała sobie z tego sprawy.

A już szczególnie ja.

 




*Stuk stuk*
*Ati powoli zagląda zza rogu i zawstydzona macha ręką*
Szmat czasu, co? Do głowy przychodzi mi tylko jedna myśl. Zawsze powtarzałam, że nie porzucę SD. Minęły wieki (półtorej roku...) od ostatniego rozdziału i nie będę się usprawiedliwiać - nie wszystko w moim życiu było idealnie w tym okresie, gdzieś po drodze moi rodzice się rozwiedli, przeprowadziłam się do nowego mieszkania, dostałam stypendium naukowe, całe wakacje pracowałam jako kelnerka (bo rzuciłam poprzednią pracę), a teraz właśnie skończyłam badania do pracy inżynierskiej i czeka mnie bardzo intensywne 4 miesiące pisania pracy, ostatniego semestru, ostatnie egzaminy, obrona! Ale tak bardzo tęskniłam i często o Was myślałam. I nie potrafiłam znieść myśli, że odeszłam. Bo przecież zawsze powtarzałam, że nie porzucę SD. I że skończę tą historię, chociażbym miała skończyć ją jako 40-latka. Przecież miałam ją zaplanowaną! Przecież miałam ją wydrukować i postawić w formie książki na swojej półce! I zrobię to. Plany wróciły. Mogę sobie życzyć jedynie wytrwałości i mądrego planowania czasu.
A teraz znikam. Pisać kolejny rozdział pomiędzy analizami wyników badań i robieniem statystyk do pracy. Życzcie mi szczęścia, bo kto wie, może wrócilibyśmy do starego systemu rozdziałów w ostatnie piątki miesiąca?
Kocham Was,
Na zawsze Wasza,
         Ati

PS. Ominęliśmy i 5 i 6 rocznicę, więc... wszystkiego najlepszego dla SD I guess! Świętowanie przynajmniej się odbyło, zostało nawet udokumentowane! Haha

sobota, 26 stycznia 2019

24. Za zamkniętymi drzwiami cz.I


Dla moich czytelników,
starych i nowych,
w podziękowaniu za to, że są.


W ciszy wróciliśmy do zamku. Idąc pustymi korytarzami wydawało mi się, że James chciał coś powiedzieć, ale raz po raz gryzł się w język. Dopiero kiedy byliśmy na siódmym piętrze, w końcu westchnął.
– Wiesz, cieszę się.
– Czemu? – spytałam, patrząc na niego.
– Mogłem trafić na dużo gorszą udawaną dziewczynę – powiedział, zerkając w moją stronę.
– Dzięki.
Nie odpowiedział. Wydawało mi się, że to nie o tym myślał, nie to miało wypłynąć z jego ust, ale zanim zdążyłam się nad tym głębiej zastanowić, dotarliśmy do portretu Grubej Damy, która przeglądała się właśnie w lusterku. Chwilę później pochylił się i zniknął w przejściu, a ja zrozumiałam, że ta chwila bezpowrotnie minęła.
– Gdzie byłaś? – spytała Mary, kiedy weszłam do Pokoju Wspólnego.
– Odrobiłam większość pracy domowej – mruknęłam, dosiadając się do okupowanej przez Gryfonów sofy. – Tutaj nie mogłam się skupić – dodałam.
– Wiem – westchnęła Dorcas, wynurzając się zza muzycznego magazynu. – Przez cały dzień nie zamyka się im jadaczka.
– Jakie plotki tym razem? – spytał James, rozsiadając się wygodnie na oparciu fotela, na którym wylegiwał się Syriusz.
– Brak Maryl, Clarie w skrzydle szpitalnym i nowy hit, który zaczyna brać górę w statystykach: chyba w końcu zauważyli, że nie mamy nauczyciela od obrony przed czarną magią.
– Ciekawe, co z tym zrobią.
– Coś muszą – powiedział Remus. – Będą musieli kogoś znaleźć.
Powoli oparłam głowę na ramieniu Mary i przymknęłam oczy, słuchając przekomarzań Huncwotów. Macdonald jedynie położyła swoją dłoń na mojej, pozwalając mi się na niej opierać. Wkrótce odpłynęłam, a potem jak przez mgłę poczułam, że ktoś przenosi mnie i układa w łóżku. Ostatnie co pamiętałam to zapach świerku i mięty. 
– Dzień dobry księżniczko.
Mary uśmiechała się do mnie, siedząc na swoim łóżku i pochylając się nad książką.
– Jak...? – zaczęłam, rozglądając się.
– Nie wiem. Jak szłyśmy na górę, kimałaś w najlepsze na sofie.
– Zapytaj swojego chłopaka – rzuciła Dorcas, wciąż przykryta kołdrą po samą szyję.
– Ha, ha – mruknęłam. – Ale serio, jak oni tu wchodzą? – dodałam, a dziewczyny jedynie zachichotały.
Niedzielny poranek był tak leniwy, jak tylko mógł być. Właściwie cały dzień był leniwy, wliczając w to siedzenie w łóżku do południa, obiad, leżenie na błoniach i słuchanie Alicji i Mary gawędzących o kałamarnicy, powrót do zamku oraz naśmiewanie się z Huncwotów, którzy zabrali się za wypracowania najpóźniej jak tylko mogli. Wieczorem pozwolono udać się nam do Clarie, która leżała w Skrzydle Szpitalnym i była tak przygnębiona, że wyglądała, jakby była krok od śmierci. Albo przynajmniej poważnej choroby. Syriusz próbował ją rozśmieszyć, czytając jej sprośne kawały z jakiejś dziwnej książki w stylu "poradnika dowcipnisia", aż w końcu Pani Pomfrey była zmuszona nas wyrzucić, określając jego zachowanie jako co najmniej naganne.
Wracaliśmy więc w ciszy, a przynajmniej ja. Reszta trzymała się z przodu, gawędząc i śmiejąc się pod nosem. Była to zasługa Syriusza, który rozśmieszał wszystkich, jakby chciał odgonić od nas złe myśli. Tylko James nie był w nastroju, za co zupełnie go nie winiłam.
Końcem końców, dosyć szybko zmyłam się do łóżka, tłumacząc bólem głowy. Jakoś nie miałam ochoty na przesiadywanie w Pokoju Wspólnym, żarty Łapy, jego dogryzanie i szepty Gryfonów. Sam James też wcale nie ułatwiał mi sprawy, więc po prostu zniknęłam w dormitorium i poszłam spać, udając, że kolejnego dnia będzie całkowicie nowy dzień który zacznę z czystą kartą.
To był nasz ostatni rok w Hogwarcie. 
Musiałam udawać, żeby nie ześwirować przez tą myśl.

– Nie wykiwasz się.
– Hę? – spytałam, siadając przy stole Gryfonów. Był poniedziałkowy ranek, a słońce zaglądało przez wąskie okna w Wielkiej Sali, rzucając wesołe ogniki na twarze siódmoklasistów. – Zaspałam, ale wstałam na zajęcia, okej? 
– Nie o to mi chodzi. Pragnę przypomnieć ci o pewnym Z-A-K-Ł-A-D-Z-I-E, który ze mną zrobiłaś – powiedział konspiracyjnie, literując słowo zakład. – To twoja ostatnia szansa, Ruda, bo uznam, że odpuszczasz walkowerem.
Dorcas i Mary roześmiały się, patrząc na moją twarz, która wyrażała mniej więcej zażenowanie. 
– Nawet tego nie skomentuję – powiedziałam, nalewając sobie soku do szklanki. – Zamknij się i daj mi żyć.
– Czyli walkower? – zapytał, pocierając dłonie. – Jednak zrozumiałaś, jak zły to był pomysł?
– Och nie, po prostu przeszkadzasz mi w wymyślaniu co zrobię przez miesiąc posiadania swojego prywatnego niewolnika. Ach! – zawołałam, a James parsknął śmiechem.
– A ty się nie wypowiesz? – zapytał go Black.
– Ja tu jestem tylko obserwatorem – stwierdził Rogacz, podnosząc do ust kubek z parującą kawą. – I sam jestem ciekaw co też za pomysły kryją się pod tą rudą czupryną.
– Zobaczysz – mruknęłam, wzruszając ramionami i skupiając się na jedzeniu.
– Wybaczcie, że wam przerwę, ale McGonagall tu idzie – powiedział Remus, kręcąc głową.
Wicedyrektorka rzeczywiście szła w naszym kierunku, przy okazji jednak rozdając uczniom kartki.
– Nowe plany zajęć? – zapytał James, kiedy podeszła do nas.
– Tak, panie Potter. 
– Mamy obronę przed czarną magią! Z kim? – zapytała Mary, przyglądając się swojemu.
McGonagall uśmiechnęła się, odsłaniając stół nauczycielski. Dotychczas wolne miejsce było zajęte przez pogrążonego w rozmowie czarodzieja w butelkowozielonej szacie.
– Czyli jednak – powiedziałam, przekrzywiając głowę – udało się go przekonać.
– To może być nasz najlepszy nauczyciel – dodała Mary, a McGonagall delikatnie się uśmiechnęła, przechodząc dalej. Gryfoni pogrążyli się w rozmowie, podczas kiedy James obrócił się i wpatrywał w opiekunkę naszego domu. A potem wstał i ruszył za nią.
Dopiero po pierwszej lekcji udało mi się dowiedzieć o co chodziło. Pytał się o Maryl, ale McGonagall nie wiedziała nic nowego. Obiecała informować nas na bieżąco, potwierdziła też powrót dziewczyny do zamku, jednak wciąż nie wiedziała kiedy to nastąpi.
– Mówiła, że robią jej jeszcze jakieś badania i coś o tym, że wciąż jest bardzo słaba, ale to głównie kwestia pozostania na obserwacji – powiedział szeptem, kiedy pochylaliśmy się ku sobie, pracując nad grupowym projektem z zaklęć. Mieliśmy wymyślić jak za jednym zaklęciem zamienić garść bezużytecznych drobiazgów typu zniszczona spinka do włosów, czy stępione igły w zestaw guzików do garsonki.
– A Clarie?
– Mają wypuścić ją dzisiaj wieczorem.
To nie było jednak jedynym powodem do rozmów. Po Hogwarcie rozniosły się plotki o bójce ze Ślizgonami i, jak to nazwali, Klubie Szlam. Przed obiadem do skrzydła szpitalnego trafił czwartoklasista ze złamanym nosem, a po południu Mona Hopkins upierała się, że poszło o jego dziewczynę, która pochodziła z rodziny mugoli. Do wieczora korytarze huczały od rozmów.
– Ponoć się uwzięli.
– Tak, łażą w grupach i rzucają się na każdego kto chociaż ma kapkę brudnej krwii w rodzinie.
– I ten biedny chłopak...
– Nikt już nie jest bezpieczny.
– To jest chore – podsumowała Dorcas, kiedy siedziałyśmy wieczorem w dormitorium. Powoli zbliżała się godzina pierwszego patrolu z Jamesem, a ja wierciłam się w łóżku, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Dawno już odrobiłam zadane prace, ale jakoś nie mogłam się skupić na nauce, wiec tylko udawałam, że patrzę się w notatki.
– Wyżywają się na słabszych – dodała Alicja, skrobiąc coś w grubym zeszycie. 
– I wszyscy wiemy, kto napędza to koło – mruknęła Mary, zerkając na mnie. W odpowiedzi westchnęłam i przetarłam oczy.
– Jak tak dalej pójdzie to żaden mugolak nie będzie bezpieczny.
– Dzięki za słowa otuchy – powiedziałam, a dziewczyny zachichotały. – O której idziecie po Clarie?
– O dwudziestej trzydzieści. Uparta ta Pomfrey, w ogóle nie chciała jej wypuścić.
– Nic dziwnego, sama bym się wahała, ona wciąż wygląda jak czy ćwierci od śmierci – mruknęła Meadowes.
– Ale dobrze, że już wychodzi. Towarzystwo ludzi dobrze jej zrobi – stwierdziłam, a Mary pokiwała głową.
– Czy ty nie musisz przypadkiem się zbierać? – spytała Alicja, przerywając naszą rozmowę. 
Spojrzałam na zegarek, dochodziła dwudziesta. Westchnęłam, zbierając notatki i odkładając je na nocny stolik.
– Masz już jakiś plan?
– Plan? – spytałam, ubierając szatę.
– No wiesz, jakieś trzymanie za rączki, puszczanie oczek – zaczęła wymieniać Dorcas, a ja pokręciłam głową. – No co, sama się w to wpakowałaś, a pierwsza randka powinna być wyjątkowa.
– To nie randka – odpowiedziałam, kładąc ręce na biodrach.
– A ja jestem primabaleriną.
– Nie stresuj jej, bo jeszcze zapomni języka w gębie i w ogóle się nie odezwie – powiedziała teatralnym szeptem Mary.
– Jesteście niemożliwe.
– To ty jesteś niemożliwa.
– Wychodzę – mruknęłam, odwracając się.
– Miłej randki! – zawołały dziewczyny, a ja pokręciłam głową i zamknęłam po sobie drzwi. Szybkim krokiem ruszyłam w kierunku Pokoju Wspólnego, odszukując wzrokiem Huncwotów. Siedzieli przy jednym z okien, zaśmiewając się z czegoś.
– Gotowy? – spytałam, podchodząc do Jamesa, który odchylił się na krześle i spojrzał na mnie.
– Zawsze.
– Prawdziwy gentleman zawsze nosi ze sobą ubranko – powiedział Syriusz, kiwając z powagą głową.
– Jesteś absolutnie obrzydliwy – zawyrokowałam, wstrząsając się z udawanego obrzydzenia. James popchnął Łapę, samemu prawie spadając z krzesła, a ja westchnęłam rozbawiona i obróciłam się. – Chodź, Potter.
Dogonił mnie dopiero, gdy przekroczyłam próg Pokoju Wspólnego. Ludzie przyglądali nam się zaciekawieni, co było całkiem zabawne. James pokręcił głową, ale nic nie powiedział, w ciszy dołączając do mojego boku. Odezwał się dopiero piętro niżej, kiedy skręciłam w lewo.
– Więc jaki jest plan na dzisiaj?
– Przejść piętrami na sam dół i zahaczyć o lochy, później wejście do wieży północnej i można wracać. Wpisałeś się wcześniej u Filtcha?
– Tak, był niesamowicie niezadowolony z tego, że to właśnie ja będę patrolował szkołę. Uznał to chyba za kiepski żart.
– Nie tylko on – mruknęłam, za co James uderzył mnie w ramię. – Ała!
– Masz za co – odpowiedział, udając obrażonego.
– Czekaj, czekaj, jak to było? "Potter naszym bohaterem, tylko on nas uratuje"? 
– Hej, to była piosenka Syriusza. 
– Ehe – zachichotałam.
Między nami zapanowała całkiem przyjemna cisza. Powoli zeszliśmy na dół i zaczęliśmy przechadzać się po lochach. James nie mówił zbyt dużo, jeśli już, to zadawał pytania, powodując, że to ja musiałam częściej się odzywać. Co zrobiłabyś, gdyby zamek się zawalił, jakie zjadłabyś lody gdyby ktoś teraz mógł przygotować ci każdy możliwy smak świata (roześmiał się, kiedy powiedziałam, że kokosowe – "mogłaś wybrać każdy smak świata, a wybrałaś jakieś tam kokosowe?!"), co chciałabyś robić po szkole. Na to ostatnie chwilę nie byłam w stanie odpowiedzieć, jakbym się zacięła. James pokiwał głową i spojrzał na mnie w ciszy. 
– Nie wiem – odpowiedziałam w końcu, zakładając ręce na piersiach.
– Ten temat jest dla ciebie nieprzyjemny?
– Czemu? – spytałam, a on uśmiechnął się.
– To pozycja zamknięta. Nie czujesz się pewnie – stwierdził, wskazując na moją postawę.
– Od kiedy z ciebie taki znawca?
– Lubię obserwować ludzi.
– Od razu poczułam się bezpiecznie – mruknęłam, a James roześmiał się. Przez chwilę szliśmy w ciszy, a potem znowu się odezwał.
– Lubię to. Lubię nas – powiedział kiwając głową, jakby sobie przytakiwał.
– Nas? – zapytałam.
– Nas. Lubię to, co mamy. 
– A co to takiego, mądralo? 
– Żarty, przekomarzanie, zabawa. Ten kawał, lubię to wszystko. Lubię tu z tobą być.
Zapanowała cisza, a ja uśmiechnęłam się pod nosem.
– To jaki masz plan? – rzucił, kiedy minęliśmy kolejny róg
– Plan?
– No nie mów, że nie myślałaś jeszcze o tym, jak ma wyglądać najbliższy miesiąc – westchnął, wywracając oczami.
– Trochę.
– I?
– Sama nie wiem – odpowiedziałam, wzruszając ramionami.
– Musisz być bardziej precyzyjna – stwierdził. Zaśmiałam się, a echo odbiło się od pustego korytarza.
– Szczerze mówiąc, to będę potrzebowała twojej pomocy.
– Mojej? Naprawdę? Och, Lily, schlebiasz mi, ja...
– Przestań się wygłupiać – zawołałam, popychając go. – Po prostu nie znam się na tych rzeczach.
– Na tych rzeczach? – zapytał, poważniejąc, a parę portretów, które mijaliśmy spoglądnęło na nas zaciekawionym wzrokiem.
– No na umawianiu się. Jakbyś nie wiedział, to nie miałam zbyt wielu okazji.
– Och miałaś, a to że odmawiałaś...
– Ty się nie liczysz – przerwałam mu, wystawiając język, a on pokręcił głową.
– Skoro mamy się zejść – zaczął – to trzeba będzie odwalać szopkę, no wiesz, ukryte spojrzenia, liściki, łapanie za rękę.
– Liściki są spoko, widziałam to w jednej książce – powiedziałam, przypominając sobie lato spędzone nad romansidłami, ale Potter nie wyglądał na zadowolonego.
– Widziałaś to w... okej, musisz się dużo nauczyć.
– Wiec masz pole do popisu, armando.
– Oj już się tym zajmę, spokojna twoja rozczochrana. Jestem w tym mistrzem – powiedział, wypinając dumnie pierś i czochrając sobie włosy.
– I to całkiem nie-próżnym – dodałam, a Rogacz się zaśmiał. Przez chwilę nic nie odpowiadał, jakby nad czymś poważnie myślał.
– Tydzień wystarczy?
– Na co? – spytałam. 
– No czy polecisz na mnie w tydzień, czy potrzebujesz więcej czasu.
– Mamy bawić się przez tydzień, a potem udawać mizianie przez trzy? Nie będę w stanie tyle wymyślać, nikt nie uwierzyłby w związek, w którym ani razu nie zobaczyłby nas obściskujących się na korytarzu – jęknęłam.
– Mogę cię poobściskiwać, jeśli to problem. I miziać? Ile ty masz lat, dwanaście?
– Nie, dziękuję – odpowiedziałam, kręcąc głową i puszczając mimo uszu jego uwagę. – I będą potrzebne przynajmniej dwa tygodnie. A potem możemy trzymać się za ręce i siedzieć w jednej ławce.
– Zdobywanie ciebie będzie torturą – westchnął teatralnie, pocierając twarz.
– Powinieneś się już przyzwyczaić – zawyrokowałam, a James ponownie się zaśmiał. – Tylko błagam, bez głupot, nikt nie uwierzy, że poleciałam na kretyna-kawalarza.
– Ranisz mnie. I zmieniłem się.
– O tak – powiedziałam. – Na pewno.
– No dobra, nie aż tak – potwierdził.
Obejście całego zamku nie było w cale takie nieprzyjemne, a już zdecydowanie mi się nie dłużyło. Nikogo nie napotkaliśmy na swojej drodze, więc przez większość czasu nikt nie przerywał naszej rozmowy i oboje zaśmiewaliśmy się z głupich pomysłów na związek. Był jednak jeden punkt programu, który zbliżał się nieubłaganie, a ja nie mogłam za bardzo ukryć podekscytowania, więc bardzo szybko James zaczął mnie ponaglać.
– Wiesz, że podoba mi się to spacerowanie, ale...
– Cicho.
– No weź...
– Cicho! 
– Bo zacznę śpiewać ballady. Serio, jestem świetnym śpiewakiem, wręcz operowym...
– Skoro lubisz spacery, to to też ci się spodoba – przerwałam mu, chcąc żeby się uciszył.  Chodź.
Złapałam go za rękę i pociągnęłam w bok, tuż za róg kolejnego korytarza, a następnie wcisnęłam w szparę pomiędzy ścianą a posągiem jakiegoś grubego czarodzieja. James spojrzał na mnie zaciekawiony, a ja przystawiłam palec do ust. Staliśmy tak, straszliwie blisko siebie, a ogniki w jego oczach iskrzyły tak mocno, że mały potwór w moim podbrzuszu zakręcił się wesoło. A potem usłyszeliśmy kroki. Ktoś zachichotał, a potem rozległo się ciche "Rosier!", ale nie na tyle, żebyśmy go nie usłyszeli. A potem, po paru głośniejszych uderzeniach butów o posadzkę, drzwi obok nas zatrzasnęły się.
Wyraz twarzy Jamesa zmienił się z zaskoczenia, na zadowolenie. 
– Ty spryciulo! – wyszeptał praktycznie bezgłośnie, ledwo ruszając ustami, na co wzruszyłam ramionami.
– Chodził tu pod koniec zeszłego roku, ale nie mogłam na niego trafić na swoich dyżurach – odpowiedziałam, nachylając się nad uchem Rogacza. – Przyprowadza tu swoje dziewczyny.
– Więc jak to wykombinowałaś tym razem? – zapytał.
– To zawsze były poniedziałki – mruknęłam, puszczając mu oczko, jednak kiedy odwróciłam się do niego tyłem i ruszyłam w kierunku korytarza i zamkniętych już drzwi, James złapał mnie za ramię.
– Poczekaj, mam lepszy pomysł – szepnął. Jego ręka powędrowała do kieszeni, skąd wyciągnął...
– No nie – powiedziałam, kręcąc głową. – Łajnobomba?
– Już zapomniałaś, co mówił chociażby w piątek? To typowy Ślizgon, Lily, ty mu odejmiesz co najwyżej parę punktów, ale za to taki Filtch... hm, to byłby pewnie szlaban u któregoś z opiekunów.
Patrzył na mnie z wyczekiwaniem, ale nie namową. I wtedy zrozumiałam, że miał rację. Uśmiechnęłam się i kiwnęłam głową, wyciągając różdżkę.
– Niech się niczego nie spodziewają – powiedziałam, machając w kierunku drzwi, które zafalowały, a cichy chichot ze środka całkiem ucichł.
– Wyciszyłaś ich? – zapytał z podziwem James.
– Rób swoje – powiedziałam, puszczając mu oczko. – Filtch już znajdzie to miejsce.
– Oj złotko, dwa razy prosić nie musisz – odrzekł, uśmiechając się wesoło. – Tylko może lepiej zakryj uszy. I oczy.
Nawet pomimo spełnienia jego prośby, huk był dość mocno słyszalny. Sekundę później Rogacz złapał mnie za rękę i pociągnął w korytarz, a z mojego gardła wydarł się śmiech.
– Przestań, wariatko, bo nas złapią! – zachichotał James.
– Przepraszam, to moja pierwsza dywersja – wydyszałam, nie mogąc powstrzymać uśmiechu.
– Widzę, skoro nawet nie wiesz, co to znaczy. Tutaj – zawołał, ciągnąć mnie w ukryte przejście. W końcu zatrzymaliśmy się, czerwoni od biegu, z szerokimi uśmiechami na twarzach. – Masz – powiedział, wyciągając chusteczkę z kieszeni. – Trzeba wytrzeć ślady.
Spojrzałam na swoją rękę, całą w brązowej mazi. 
– Musiałeś mnie ubrudzić?
– No sory, nie było czasu na namysł.
Wycierając dłoń, coś przyszło mi do głowy.
– Jak to było, zmieniłem się? Już taki nie jestem? A łajnobomby w kieszeni to nosisz przez przypadek?
– Nie wiem o co ci chodzi, ktoś musiał ją podłożyć – stwierdził chłopak, wzruszając ramieniami i robiąc głupią minę.
– Tak, jasne – mruknęłam, a James dał mi kuksańca w bok. 
– Powinniśmy wracać – powiedział w końcu, kiedy oboje odzyskaliśmy oddech. – Zrobiło się późno.
– Racja – odpowiedziałam.
– Chodź.
Rogacz wyprowadził nas po drugiej stronie zamku, a potem znalazł najszybszą drogę na siódme piętro. Przez cały ten czas po mojej twarzy błąkał się uśmiech.
– Dam ci knuta za twoje myśli – rzekł w końcu, jakby kontynuował rozmowę.
– Są warte przynajmniej galeona.
– Cenisz się – westchnął, a ja uśmiechnęłam się. To brzmiało tak znajomo, tak ciepło i dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że już kiedyś wypowiedzieliśmy te kwestie, a potem cały świat zawirował. James musiał zauważyć moją minę, bo bardzo szybko na jego twarzy pojawiło się zrozumienie. – Nie chciałem...
– To nic takiego.
– Nie lubisz tematu czerwca.
– Nie lubię tematu wykolejonego pociągu – poprawiłam, a on pokręcił głową.
– Niech więc to zostanie naszym sekretem. Ale możesz mi powiedzieć, o czym myślałaś – dodał, a ja uśmiechnęłam się delikatnie.
– O niczym. Miło spędza się z tobą czas.
– A no widzisz, nie taki diabeł zły, jak go malują.
– No bo przecież taki z ciebie diabeł – stwierdziłam, a on jedynie parsknął pod nosem.
– A żebyś wiedziała, diablico.
Wspięliśmy się po ostatnich schodach i stanęliśmy przed portretem Grubej Damy, która odsłoniła nam przejście do Pokoju Wspólnego. W środku wciąż panował rozgardiasz, a trójka Huncwotów siedziała na sofie, pochylając się ku sobie nad pergaminem.
– Idę do łóżka – powiedziałam, powoli ruszając w stronę schodów. – Jestem padnięta.
– Aż tak cię wymęczyłem? – spytał James, poruszając zabawnie brwiami, a ja pokręciłam głową ze śmiechem.
– Dobranoc – powiedziałam, idąc tyłem i wysyłając mu całusa, którego złapał w powietrzu z udawaną euforią.
– Jutro powtórka? – zawołał za mną, zwracając uwagę wszystkich w pomieszczeniu.
– Chciałbyś, Potter – odpowiedziałam, a potem zniknęłam za drzwiami, słysząc za sobą głośny śmiech.
Dobrze, że nikt nie wiedział, co tak naprawdę działo się za zamkniętymi drzwiami.




Wróciłam z pracy o dwudziestej trzydzieści, zabrałam psy na spacer, usiadłam przed laptopem i powiedziałam sobie "dzisiaj jest ten dzień, dzisiaj w końcu coś napiszesz".
Zapomniałam już, jakim kojącym dźwiękiem jest stukot klawiatury. Nawet jeśli dopisałam tylko sześć stron, nawet jeśli to najkrótszy rozdział na SD, nawet jeśli to tylko dwie godziny w morzu miesięcy odwyku. Ale wiedziałam, że dłuższy rozdział to kolejny wątek, a kolejny wątek to niezliczone godziny w przyszłość, bo kto wie, kiedy usiądę nad tym znowu. Uznajmy, że to nagroda za zdany semestr, termin zerowy z jednego egzaminu (4.0!) i zdany drugi egzamin (też 4.0!). Przede mną jeszcze jeden, w czwartek, najbardziej przerażający, więc od jutra mocno zakuwam (nie licząc 8h w pracy), a potem może choć trochę wolności.
Dziękuję wszystkim, którzy czekali, to wy napędziliście ten rozdział (i może trochę dzisiejsze słuchanie muzyki w drodze do pracy, przez słuchawki pożyczone od siostry). Ostatnie ogłoszenie wciąż jest aktualne i wciąż nie wiem, kiedy znowu się do Was odezwę, ale ta namiastka rozdziału miała udowodnić, że wciąż myślę o SD i nie zamierzam się poddawać.
Ten rozdział jest dla Was.
A ja wracam do rozmyślań nad Jamesem piszącym do Lily miłosne liściki i zostawiającym je w najdziwniejszych miejscach, co zdecydowanie będzie doprowadzało ją do śmiechu.
Wasza,
Ati

PS. Jeśli są błędy, to poprawię. Nie starczyło mi już czasu na czytanie rozdziału drugi raz, wiec macie go na świeżo. Tak bardzo na świeżo. Jest cieplutki, jak bułeczki w piekarni. Gorący, jak klata Jamesa. Palący, jak... no złapaliście aluzję.