– Gotowa?
Uniosłam głowę, spoglądając na
uśmiechniętego Jamesa, który nachylał się nade mną. Jego szata zsuwała się
lekko z ramion, a krawat łaskotał mnie w ramię, kołysząc się pod wpływem
nagłego ruchu.
– Tak – odpowiedziałam, zamykając
książkę i wsuwając ją do torby. Mary spojrzała na mnie przelotnie i uśmiechnęła
się pod nosem, prawie natychmiast wracając do nauki.
– Och, zazdroszczę wam – jęknęła Dorcas,
prostując się i wyciągnęła ręce do góry, rozciągając kręgosłup. – Mam już dość
nauki na dziś.
– Możemy się przejść – zaproponowała
Maryl znad swojego wypracowania.
– Nie, muszę to dzisiaj skończyć.
– Gdybyście szły wcześniej do
dormitorium, weźmiecie moją torbę? – spytałam, wstając i poprawiając szatę.
Ręce delikatnie drżały mi na myśl, o najbliższej godzinie, ale próbowałam nie
wzbudzać podejrzeń.
– Jasne.
James czekał na mnie, opierając się
wygodnie o fotel i uśmiechając się rozbrajająco. Może dlatego, że do tej pory
bałam się mu przyglądać zbyt długo, dopiero teraz zauważyłam, że kiedy robił to
w konkretny sposób, w jego policzkach pojawiały się urocze dołeczki.
– Chodźmy – powiedziałam, kierując
się w stronę portretu, a on ruszył za mną. Gdy przechodziliśmy przez przejście,
poczułam jego dłoń na dole moich pleców i ledwo powstrzymałam się od
westchnięcia.
– Wpisałem nas już na listę –
powiedział, kiedy stanęliśmy na korytarzu. – Dzisiaj czeka nas północne
skrzydło.
– Wspaniale – odpowiedziałam. – W
takim razie ruszajmy.
Ogarnęło mnie poczucie zażenowania,
kiedy dotarły do mnie moje własne słowa. Jakimś cudem wciąż potrafił sprawić,
że gubiłam przy nim język w buzi. Chłopak nie skomentował tego, uśmiechając się
jedynie pod nosem. Dopiero piętro niżej powoli zbliżył się i wsunął swoją dłoń
w moją. Kiedy zaskoczona spojrzałam w dół, przyjemne ciepło rozlało się po
mojej klatce piersiowej, a uśmiech niepostrzeżenie wypłynął na usta. James
poruszył lekko palcami a potem zacisnął je ciaśniej, sprawiając, że mój żołądek
wykonał obrót o trzysta sześćdziesiąt stopni.
– Do twarzy ci z rumieńcami.
– Och uwielbiasz to robić – jęknęłam,
chowając się za taflą włosów.
– Co robić? – zapytał, sięgają rękę
do mojej twarzy i odgarniając podskakujące kosmyki za ucho. W odpowiedzi
posłałam mu znaczące spojrzenie, a on roześmiał się łapiąc mnie za podbródek i
przyciągając do siebie. Wciąż nie przywykłam do sposobu w jaki na mnie działał.
Zastanawiałam się, czy kiedykolwiek będę w stanie do tego przywyknąć: do jego
dłoni na moim ciele, zapachu, który roztaczał się wokół niego, działając na
mnie jak narkotyk, tego, że nic sobie nie robił z moich protestów i całował
mnie na środku korytarza, gdzie każdy mógł nas nakryć. Kiedy jednak jego usta
spoczywały na moich, nie potrafiłam myśleć o ukrywaniu się i dbaniu o
dyskrecję, w głowie dudniło mi tylko jedno słowo.
Więcej.
Gdy odsunął się, z zadowoleniem
lustrując moją twarz, przewróciłam oczami.
– Nie mam co liczyć na to, że ci się
to znudzi?
– Chcesz, żeby to mi się
znudziło?
Wciąż był dostatecznie blisko mnie,
żebym mogła zaciągnąć się zapachem sosny i słodkiej czekolady. Mieszanka
sprawiała, że ledwo byłam w stanie trzeźwo myśleć. Kiedy nie odpowiedziałam, na
jego ustach pojawił się lekki uśmiech, a oczy błysnęły, jakby niesamowicie
dobrze się bawił.
Chciałam coś powiedzieć, ale jak
zwykle w takich sytuacjach, zanim zdążyłam otworzyć usta, znowu zbliżył się do
mnie i pocałował, wywracając całą moją siłę woli do góry nogami. Czułam, że się
powstrzymywał. Po moich urodzinach i nocnym wyjściu na szczyt Wieży
Astronomicznej, nie dotykał mnie już w ten sposób. Jakby bał się, że ucieknę,
chociaż sama lgnęłam do niego jak ćma do lampy.
Nie umniejszało to jednak sile
rażenia jego pocałunków. Każdy ruch jego ust sprawiał, że miałam ochotę wić się
pod jego ciałem, powstrzymywała mnie jedynie duma i resztki godności, które
chowały się gdzieś w kącie.
– Tak myślałem.
Wystawiłam mu język, a on
zachichotał, ciągnąc mnie dalej, jak gdyby nigdy nic.
– Mogę zadać ci pytanie? – odezwałam
się po dłuższej chwili.
– Oczywiście, że możesz.
– Czy… czy ty palisz?
Głowa Jamesa obróciła się w moim
kierunku w zatrważającej szybkości, a zmarszczka między jego oczami pogłębiła
się.
– Czy palę?
– Czasem, kiedy mnie całujesz… Mam
wrażenie, jakbym była w stanie poczuć od ciebie nikotynę.
– Nikotynę? – spytał, robiąc głupią
minę, jakby w życiu nie słyszał czegoś tak niedorzecznego.
– Mój tata czasem podpalał papierosy,
kiedy mama wychodziła spotkać się z koleżankami. Znam ten zapach, z resztą, u
osób które mało palą, jest dosyć przyjemny. Lekko słodki.
– Mówisz, że jestem słodki? –
wyszczerzył się James, a ja uderzyłam go w ramię.
– Mówię, że papieros wychodzi ci
porami skóry – odpowiedziałam z przekąsem.
– Tego jeszcze nie słyszałem.
– Więc?
– Czasem – przyznał, wzruszając
ramionami. – Rzadko.
– Skąd masz fajki w Hogwarcie?
Myślałam, że po tym jak przyłapali Ksenofiliusa
Lovegooda trzy lata temu w południowej Wieży
na sprzedawaniu skrętów, prawie niemożliwe stało się przemycenie tu
czegokolwiek.
– No wiesz – powiedział, udając
oburzonego. – Nie wierzysz w nasze zdolności?
– No tak, jakbym mogła zapomnieć –
rzuciłam, przewracając oczami.
– Syriusz ma tego chyba z pół kufra,
czasem biorę od niego paczkę, ale nie palę zbyt często. Nigdy nie lubiłem
uczucia, kiedy spalisz o jednego za dużo.
– Więc po co w ogóle palisz?
– To głupi nałóg. Naprawdę czujesz
ode mnie nikotynę? – spytał James, przyglądając się mi z ciekawością, kiedy
sięgnęłam po jego dłoń. Faktura jego skóry była tak przyjemna w dotyku, że
przez moment zapomniałam co miałam zrobić. Kiedy jednak przysunęłam jego rękę
do policzka i nabrałam głęboko powietrza, pozwalając jego palcom musnąć moje
usta, dotarł do mnie lekki zapach papierosa.
– Zapach utrzymuje się na ciele, sam
zobacz.
Obserwowałam, jak powąchał swoją
drugą dłoń, a potem śmiesznie zmarszczył brwi.
– Masz chyba jakiś super węch –
powiedział, a ja zachichotałam.
– Po prostu przyzwyczaiłeś się do
tego zapachu.
– Może.
– Dobrze się z tym ukrywacie.
– Tak jak mówiłem, nie robię tego
zbyt często.
Uśmiechnęłam się pod nosem, kiwając
głową w geście zrozumienia, pozwalając by dłoń Jamesa musnęła mój policzek.
Cieszyłam się, że nigdy nie udało mi się wciągnąć w ten nałóg, chociaż
wydarzenia z końca piątego roku na długo pozostawiły we mnie buntownicze
zamiary.
– Jak to się dzieje, że nigdy
wcześniej nie czułam od was papierosów?
– Chyba niezbyt często mogłem robić
to – szepnął, przesuwając palcami po moich ustach, a ja zachichotałam. – Z
resztą, Syriusz prawie do perfekcji opanował zaklęcie usuwające zapach. Mówił,
że panie tego nie lubią.
– Panie?
– Chyba się mylił.
– Tak mówisz?
– Tobie się chyba podoba.
Rumieniec wypłynął na moją twarz,
kiedy odepchnęłam go do tyłu, a on zaśmiał się lekko.
– Nie, gdybyś chciał mnie pocałować
zaraz po paleniu.
– Skąd wiesz?
– Jestem w stanie sobie wyobrazić, że
to jak całowanie się z popielniczką.
– Okej, będziesz coś chciała –
odpowiedział, łapiąc mnie za rękę i ruszając przed siebie.
Tym razem to ja roześmiałam się,
zaciskając mocniej palce wokół jego dłoni. Przez chwilę szliśmy w ciszy, zanim
James znowu się odezwał, zwracając na siebie moją uwagę.
– Jesteś tego pewna? Tego, co dzieje
się między nami?
– Dlaczego pytasz?
– Bo nie chciałbym, żebyś czuła się
tak, jakbym na ciebie naciskał, albo…
Stanęłam na palcach, nachylając się w
jego kierunku i całując go lekko, nie pozwalając mu dokończyć. Pocałunek
sprawił, że zatrzymał się, na sekundę zawieszając się, kiedy odsunęłam się,
zaciskając usta.
– Nigdy nie byłam niczego bardziej
pewna.
Na jego twarz wypłynął uśmiech, wart
każdych pieniędzy.
– Po prostu nie chcę jeszcze
wszystkim o tym mówić. Chce jeszcze trochę spokoju, chcę nacieszyć się tym,
zanim inni zaczną rozkładać to na czynniki pierwsze.
– Rozumiem – powiedział James,
nachylając się nade mną i muskając ustami moje czoło.
– Powiem im, obiecuję, ale póki co
bardziej lubię sposób, w jaki na mnie patrzysz, kiedy nikt inny nie patrzy –
szepnęłam, prawie natychmiast się rumieniąc. – A te tajne spotkania i ukryte
pocałunki smakują dużo lepiej, kiedy są tajne i ukryte.
– Okej – powiedział cicho chłopak,
przykładając swoje czoło do mojego i uśmiechając się szeroko. – To mi
przypomniało o jednej sprawie.
– Jakiej?
Rogacz odsunął się ode mnie, a potem
odkaszlnął, jakby przygotowywał się do mowy.
– Lily Evans…
– Coś ty znowu wymyślił?
– …zbliżają się walentynki…
– O nie – jęknęłam, kręcąc głową,
zanim zdążył dokończyć. – Nie, James!
– Ale dlaczego?
– To takie durne święto – zaczęłam, a
on roześmiał się ciepło.
– Nie przyjmę odmowy. Zabieram cię na
walentynkową randkę.
– Ochhh
– wydusiłam z siebie, wywołując kolejną falę śmiechu Gryfona.
– Nie ma dyskusji.
– I niby jak planujesz to zrobić tak,
żeby się nie wydało, że…
– …że obmacujemy się po korytarzach?
– James!
– Zostaw to mnie – zachichotał,
całując mnie lekko wbrew moim oburzonym prychnięciom.
Luty przyniósł ze sobą roztopy. Tego
roku śnieg utrzymał się i tak wyjątkowo długo, a jednak ze smutkiem
obserwowałam, jak krajobraz za oknem zmienia się, zastanawiając się, czy to był
ostatni raz, kiedy widziałam Hogwart w śniegu.
Wraz z roztopami rozpoczęły się
również lekcje teleportacji. Czasem, kiedy byliśmy zbyt zmęczeni od nadmiaru
nauki, zaszywaliśmy się przy oknach zachodniego skrzydła, obserwując
przerażonych szóstoklasistów, próbujących zniknąć i pojawić się w drewnianych
okręgach.
– Zazdroszczę im – westchnął któregoś
popołudnia Syriusz, stukając w kamienną ścianę.
– Przecież już umiesz się
teleportować – mruknęła Maryl, unosząc obie brwi do góry.
Od kilku dni była wyjątkowo
zirytowana. James nie mógł wyrzucić z drużyny jednego ze ścigających, żeby móc
zwrócić jej miejsce, a Binner uważała, że to
nie fair. Kiedy Łapa próbował jej wytłumaczyć, że wszyscy przeszli przez nabór
i nie zrobili nic złego, żeby z dnia na dzień powiedzieć im, żeby wracali na
ławkę rezerwowych, Gryfonka rzuciła na niego
zaklęcie galaretowatych nóg, dając początek ich niezliczonym przytykom.
– Nie chodzi o efekt, a o drogę –
odburknął Black, nie patrząc nawet w jej kierunku. – Nauka teleportacji była
dużo lepszym zajęciem, od przygotowywania się do najcięższych egzaminów w moim
życiu.
Wszyscy powoli mieliśmy dość nauki, a
czekały nas jeszcze cztery długie miesiące. Huncwoci
przeżywali to dużo bardziej niż reszta – wszystkim zależało na tym, żeby
egzaminy poszły im dobrze, a to oznaczało, że przy i tak już mocno upakowanym
harmonogramie z treningami Quidditcha i
dyżurami Jamesa i Remusa, nie pozostawało im zbyt wiele czasu na kawały. W
drugim tygodniu lutego Syriusz na głos zaczął wyrażać swoją udrękę, układając
długie wiersze opowiadające o jego ciągnącym się w nieskończoność bólu.
Przestał dopiero, kiedy zirytowana Maryl użyła na nim zaklęcia poety,
powodując, że przez resztę dnia mówił rymami.
– Ja już z nią wytrzymać nie mogę,
zaraz rzucę czymś o podłogę! – jęknął, w akompaniamencie śmiechu Gryfonów.
Kiedy więc w środę zamek obudziły
czkające zbroje, wyśpiewujące mieszankę hymnu szkoły i nowo wydanej płyty
jednego z ulubionych piosenkarzy Syriusza, wszyscy odetchnęli z ulgą. Nawet
Profesor McGonagall nie wyglądała na zbyt oburzoną, gdy hełm na drugim piętrze
odśpiewał jej rymowankę co drugiej linijki hymnu oraz Sound and vision Davida
Bowiego.
Dziewczyny obstawiały, że planowali
coś większego z okazji zbliżających się walentynek, a ja z przerażeniem
musiałam przyznać im rację. James był wyjątkowo tajemniczy i obawiałam się, że
mogło mieć to związek z jego planem zabrania mnie na randkę, co próbowałam w
ciągu kolejnych dni wyperswadować mu z głowy, niestety z marnym rezultatem.
Sytuacji nie poprawiały również Dorcas
i Maryl, które wraz ze zbliżającym się świętem zakochanych odkopały w sobie
pragnienie zdobycia prawdziwej miłości. Ponieważ Clarie
i Alicja były szczęśliwie zakochane, ich oczy zwróciły się w kierunku mnie i
Mary.
– Obiecywałaś! W sylwestra obiecałaś,
że w tym semestrze będzie inaczej!
– Dorcas
– jęknęła Mary w czwartkowy poranek, pochylając się nad notatkami z
transmutacji. – Daj mi spokój, błagam cię.
– A co z obietnicą?!
– Mnie nikt nie zaprosił na randkę –
odpowiedziała Macdonald, przewracając oczami. Huncwoci
zaczarowali tego dnia stado pluszowych kupidynów do latania pod sufitem
korytarzy prowadzących do Wielkiej Sali, które co kilka minut przypuszczały
atak na niczego nie spodziewających się uczniów, wyśpiewując im miłosne
serenady. Jeden z Puchonów, który od dłuższego
czasu miał chrapkę na Dorcas wykorzystał
sytuację i po obłędnie wyrazistej pieśni zaprosił ją na weekendowe wyjście do
Hogsmeade.
– Może ty powinnaś kogoś zaprosić?
– Czepcie się Lily, co?
Alicja zachichotała, zamykając się w
łazience, kiedy Dorcas obróciła się w moim
kierunku.
– Nie – mruknęłam, kręcąc głową.
– Co “nie”, nawet nic nie
powiedziałam!
– Ale wiem co powiesz!
– To znak, że też powinnaś się z kimś
umówić! Gdyby Maryl tu była, przyznałaby mi rację!
Z jękiem spojrzałam na zegarek,
licząc na to, że uratuje mnie koniec przerwy.
– Dobra, dokończycie tą tyradę po
Zaklęciach – powiedziała Alicja, wychodząc z łazienki i schylając się po torbę.
– Idziesz, Lily?
– Dogonię was, muszę jeszcze odkopać
notatki dla Remusa.
– Okej, to widzimy się na Zaklęciach.
– Może umówisz się z kimś na randkę
po drodze – zawołała Dorcas, ruszając w stronę
drzwi.
– Ha, ha, ha.
Schyliłam się w poszukiwaniu teczki z
notatkami, kręcąc głową. Przyszło mi do głowy, że może łatwiej byłoby, gdybym
zmyśliła, że naprawdę się z kimś umówiłam, ale po chwili odrzuciłam ten pomysł
– Gryfonki na pewno chciałyby wiedzieć z kim.
I nie dałyby tak łatwo za wygraną.
Kiedy do moich uszu doszły kroki na
schodach prowadzących do dormitoriów, westchnęłam, szykując się na kolejną falę
zapewnień, że randkowanie jest przyjemne.
– Nie, nie zmieniłam zdania i wciąż
nie zamierzam zacząć obściskiwać się z pierwszym chłopakiem jakiego zobaczę –
rzuciłam, słysząc otwierające się drzwi.
– Szkoda, miałem nadzieję, że się
zgodzisz na buziaka czy dwa.
Natychmiast wyprostowałam się,
spoglądając za siebie, na uśmiechającego się zbójecko Jamesa.
– Co ty tu robisz?
– Chciałem cię zobaczyć.
– Widziałeś mnie pół godziny temu na
transmutacji – zauważyłam, podnosząc się. Ledwo udawało mi się powstrzymać
przed odwzajemnieniem uśmiechu i rzuceniem się na niego.
– Wiesz o co mi chodzi.
– W każdej chwili ktoś może…
– Dziewczyny już wyszły – przerwał
mi, przewracając oczami. – Dorcas jest
zawiedziona twoją postawą.
– Tak? – spytałam, obserwując, jak
postawił pierwszy krok w moim kierunku.
– Mhm, uważa, że w takim tempie nigdy
nie znajdziesz sobie chłopaka.
– No i masz – westchnęłam, teatralnie
przykładając wierzch dłoni do czoła. – I co teraz pocznę?
– Musisz chyba znaleźć sobie jakiegoś
kawalera. Dla dobra Dorcas i siebie oczywiście
– powiedział, powoli zbliżając się w moim kierunku. Jego oczy błyszczały,
sprawiając, że moje serce gubiło rytm.
– A gdzie ja znajdę takiego kawalera?
– spytałam, przytulając się policzkiem do kolumienki łóżka. James oparł łokieć
na drewnianej belce nad moją głową i prychnął cichym śmiechem, kiedy
przygryzłam wargę.
– Ponoć miłość puka do drzwi.
– Po co przyszedłeś? – spytałam,
kręcąc głową z rezygnacją. – To irytujące, jak łatwo udaje ci się ominąć
zabezpieczenia przeciwko niechcianym gościom w damskich dormitoriach.
– Och, mam sobie wyjść? – spytał,
wskazując kciukiem na drzwi za jego plecami. W odpowiedzi jedynie przewróciłam
oczami. – A co to za mina?!
Zachichotałam, kiedy złapał mnie za
nogi i jednym sprawnym ruchem podniósł mnie, przyciągając moje uda do swojego
pasa.
– James!
– Chciałem ci tylko powiedzieć, żebyś
ubrała się wygodnie w sobotę. I niczym nie martwiła. Plan został już wdrożony.
– Czy z twoim planem mają coś
wspólnego te urocze amorki na pierwszym piętrze?
– Może – powiedział tajemniczo
chłopak, podrzucając mnie lekko, tym samym poprawiając chwyt. Przygryzłam
wargę, próbując skupić się na czymś innym niż fakcie, że jego dłonie zaciskały
się wokół moich ud, tuż pod materiałem mojej szkolnej spódnicy.
– James…
Nie zdążyłam wydusić z siebie więcej.
Poczułam, jak jego usta musnęły moje, a całe moje ciało zawyło, oddając
pocałunek w tej samej sekundzie. Nieświadomie wsunęłam dłonie w jego włosy,
przyciągając go bliżej, a on uśmiechnął się, przygryzając moją dolną wargę.
– Nie powinniśmy…
W odpowiedzi obrócił się i
przygwoździł mnie do szafy, a ja jęknęłam głośno, zaplatając nogi wokół jego
bioder. Jego dłonie zaciskały się wokół moich ud, wypalając na nich swój
odcisk, kiedy z każdym kolejnym pocałunkiem zatapiałam się w nim coraz bardziej
i bardziej. Cholera, przeszło mi przez myśl, gdy jego palce poruszyły
się, przesuwając się po mojej skórze, przyprawiając mnie o gęsią skórkę.
Gdy jego usta zjechały niżej,
wytyczając ścieżkę po mojej szyi, ledwo byłam w stanie zachować trzeźwość
umysłu. Później miałam godzinami dziękować za to Merlinowi.
– James – jęknęłam, uświadamiając
sobie, że słyszę odgłos kroków za drzwiami. – James! Ktoś tutaj idzie!
– Co… – zaczął chłopak, podczas kiedy
ja odepchnęłam go, wyszarpując się z jego objęć i zsuwając się na ziemie.
Poczułam, jak panika ogarnęła moje ciało, kiedy głośny stukot rozległ się tuż
za drzwiami. Myśl!
Zanim James zdążył wymówić chociaż
słowo, jedną ręką złapałam za drzwiczki od szafy, a drugą bezceremonialnie
wepchnęłam go do środka, zatrzaskując ją za sobą w tym samym momencie, w którym
do pokoju weszła zdyszana Dorcas.
– Zapomniałam podręcznika! –
zawołała, ruszając w kierunku swojego łóżka. Z szafy dobiegł mnie odgłos
przypominający parsknięcie, jednak na całe szczęście dziewczyna była zbyt
zajęta poszukiwaniami, żeby zwrócić na to uwagę. Kiedy w końcu odwróciła się z
książką w ręku, a jej wzrok spoczął na mnie, zmarszczyła brwi. – Wszystko okej?
– Tak! – zawołałam, kiwając głową i
schylając się po torbę. – Tak! Wszystko super! Możemy już iść.
– Jesteś pewna, że dobrze się
czujesz? Wyglądasz jakoś dziwnie.
– Nie, nic mi nie jest – zapewniłam
ją, ruszając szybkim krokiem w jej kierunku i łapiąc ją za ramię. – Chodźmy, bo
się spóźnimy.
Przez moment miałam wrażenie, jakby
dziewczyna opierała się, kiedy ciągnęłam ją w stronę wyjścia, ale chwilę
później poddała się mi, za co byłam jej więcej niż wdzięczna.
Gdy zamykałam za sobą drzwi, mogłabym
przysiąść, że szafa zatrzęsła się od cichego śmiechu.
W piątek Huncwoci
szczycili się udoskonaleniem swojego pomysłu z eliksirem na
porost włosów – tym razem długimi różowymi lokami mogła pochwalić się
połowa szkoły. I chociaż większość męskich głosów podniosła bunt, dziewczyny
wydawały się tym faktem zachwycone, chichocząc na korytarzach i chwaląc się
nowymi fryzurami.
Spodziewając się, jak można zdobyć
różową pożogę, jak lubił nazywać ją Syriusz, odmówiłam sobie spożywania
jakichkolwiek napojów przy śniadaniu. Dorcas,
Maryl i Clarie miały jednak całkowicie inne
zdanie i już wkrótce cała trójka podśmiechiwała
się, przerzucając przez ramiona długie różowe pukle.
Łapa wydawał się być tym faktem
zachwycony. Zawsze był pierwszy do flirtowania z każdym, kto odważył wdać się z
nim w dyskusję, ale tym razem przechodził samego siebie, zagadując dziewczyny
na korytarzach i wyczarowując ze zwiniętych papierowych kulek róże, które
rozdawał na prawo i lewo.
– Może sama się z kimś umówisz, na
przykład z Syriuszem – zaproponowała w końcu Mary, próbując odbić piłeczkę w
stronę Binner, która wypominała jej, jak w
listopadzie odmówiła jakiemuś Krukonowi.
– Z tym głąbem? Nie, dziękuję, nie
dotknęłabym go końcem długiego kija.
– Przecież z nim spałaś –
przypomniała Clarie, wywołując parsknięcie Dorcas,
która chyba zakrztusiła się owsianką.
– Ty… co? – wykrztusiła,
opluwając nas mlekiem.
– To co innego – zreflektowała się
Maryl, przewracając oczami. – Black jest przystojny i niesamowicie dobry w…
różnych takich. Nie jest natomiast materiałem na chłopaka.
– Czekaj, czekaj – zaczęła Macdonald,
kręcąc głową. – Spałaś z Syriuszem? Spałaś spałaś? W sensie…
– Nie róbcie takiej miny – zawołała
Maryl, zerkając na nas. – Myślicie, że te głąby z nikim nie spały?
– Z kim spali?
– Z kim jeszcze ty spałaś?
– Głąby jako liczba mnoga? –
spytałam, czując jak moje serce przyspiesza.
– Nie róbcie ze mnie jakiejś
puszczalskiej, spałam z kimś tylko wtedy, kiedy byłam pewna, że nie przekaże mi
nic w gratisie. Z resztą, Syriusz obleciał chyba pół zamku, chcecie mi
powiedzieć, że nigdy nie zwróciłyście uwagi na to, jak obściskiwał się z laskami
na imprezach?
– Nigdy nie zastanawiałam się nad
jego łóżkowymi poczynaniami – wytłumaczyła Mary, spoglądając w dal nieobecnym
wzrokiem. – I nie wiem, czy chciałam się zacząć zastanawiać.
– Więc wszyscy tu z kimś spali oprócz
mnie? – spytała Dorcas, unosząc brwi.
– A ja i Lily to co, studentki z
wymiany?
– Wszyscy Huncwoci
z kimś spali? – spytałam, czując się tak, jakbym połknęła kamień. Spodziewałam
się odpowiedzi, chociaż sama nie byłam pewna, czy chciałam ją usłyszeć.
– James i Syriusz na pewno –
skomentowała to Maryl, marszcząc brwi. – Peter miał przez moment dziewczynę,
ale nic mi więcej nie wiadomo. Remus bardzo wątpię, nigdy nie był typem
randkowicza, oprócz tej jednej akcji z Mary… Czekaj, może to z nim umówimy cię
na walentynkową randkę?
W odpowiedzi Mary spochmurniała,
odburkując coś pod nosem.
– Skąd wiesz, że z kimś spali? Jakoś
nie widzę ich zwierzających się z tego.
– Nie trzeba być mądrą, żeby to
zauważyć – wtrąciła się w końcu Alicja, która do tej pory zajęta była
przepisywaniem wypracowania na eliksiry. – Pamiętacie Grace Butler?
– Grace była lesbijką – wtrąciłam
natychmiast, czerwieniąc się. Czy ja naprawdę próbowałam udowodnić im, że mogły
się mylić?
– Grace była bi, na czwartym roku
umawiała się z Gregorym Smithem. Z resztą kręciła się wokół Jamesa dużo
wcześniej, a z tego co wiem z Elsie zeszły się
niewiele przed tym, jak James zaczął je kryć na szóstym roku. Może więc
rzeczywiście coś między nimi było…
– Żartujesz? Widziałaś Grace? Na sto
procent się migdalili.
Spochmurniałam, próbując nie myśleć o
łóżkowych podbojach Jamesa. Nie wiem czego oczekiwałam, przecież wzdychało do
niego pół szkoły, był kapitanem Quidditcha i
świetnym graczem, dobrze się uczył, był przystojny, ciągle łaził po korytarzach
pusząc się i czochrając sobie włosy… Nie powinnam spodziewać się niczego
innego.
– Chociaż mam wrażenie, że już od
dawna nikogo nie miał – rzuciła Binner,
uśmiechając się w moim kierunku. – Za bardzo był zapatrzony w Lily.
Przewróciłam oczami, próbując ukryć
targające mną emocje. Gryfonki wydawały się
rozbawione, chichocząc na wspomnienie Pottera uganiającego się za Evans. Tylko Dorcas
podzielała mój humor, bawiąc się łyżką i wpatrując ponuro w talerz, jakby
rozmowa niespecjalnie ją zadowalała.
Czy miałam prawo czuć się parszywie?
Mądrzejsza i dojrzalsza część mnie mówiła, że nie. W końcu do tej pory nigdy
nie przeszkadzało mi, że James mógł umawiać się z innymi dziewczynami przede
mną, wręcz przeciwnie – jakaś część spodziewała się co na tych spotkaniach
musiało się dziać. Niestety po raz pierwszy stawiało mnie to w niewygodnej
pozycji. Moje doświadczenie romantyczne ograniczało się do niezgrabnych
pocałunków z Nathiasem i ostatnich kilku
tajemniczych wyjść z Jamesem. I chociaż starałam się o tym nie myśleć, niektóre
z pytań wciąż powracały do mnie w trakcie dnia, kiedy z oddali przyglądałam się
jego sylwetce, próbując nie wyglądać, jakbym połknęła polówkę cytryny. Z iloma
dziewczynami był? Z iloma to zrobił? Co, jeśli tamte dziewczyny były w tym
lepsze? Co, jeśli ja nigdy nie byłabym w stanie tego przebić? Czy chciałam
je przebić?
Sobota zastała mnie z parszywym
humorem. Próbowałam cieszyć się na wyjście do Hogsmeade, ale było to wyjątkowo
trudne. Nie pomagał mi również fakt, iż wciąż nie wiedziałam, co takiego
wymyślił James, sprawiając, że żołądek zaciskał mi się w supeł.
Kiedy po śniadaniu wszystkie udałyśmy
się do dormitorium, byłam nieobecna. Gryfonki
urządziły sobie w naszym pokoju rewię mody, przebierając się i dyskutując o
odpowiednich strojach. Maryl i Dorcas były
wyjątkowo wybredne – obie miały randki i obie chciały wyglądać jak najlepiej. Clarie,
Alicja i Mary służył im głównie za doping, chichocząc i chwaląc ich kolejne
przebrania.
Podświadomie czułam presję wybrania
odpowiednich ciuchów. Nie chciałam wyglądać na zbyt wystrojoną, żeby nie
wzbudzać podejrzeń, ale z drugiej strony chciałam się ubrać ładnie. Chciałam
wyglądać ładnie. Chciałam, żeby pewien czarnowłosy Gryfon spojrzał na mnie i
żeby jego szczęka opadła aż do samych stóp. Chciałam przebić wszystkie
poprzednie randki i schadzki.
Po dłuższej chwili postawiłam na
zieloną sukienkę z rozkloszowanymi rękawami i złotymi guziczkami na piersi oraz
najgrubszą parę rajstop jakie znalazłam. Dorcas
pochwaliła mój wybór – sama miała na sobie ładną granatową bluzkę podkreślająca
kolor jej oczu i obcisłą czarną spódnicę.
– Może ktoś na miejscu zaprosi cię na
randkę – zachichotała, puszczając mi oczko, kiedy powoli zbierałyśmy się do
wyjścia.
Puściłam tę uwagę mimo uszu, spinając
włosy po prawej stronie wsuwkami, które dostałam na urodziny. Ostatni raz
spojrzałam w lustro, upewniając się, że lekko barwiona pomadka jest tam, gdzie
powinna, a kolczyki ładnie łączą się z resztą stylizacji, a później złapałam
płaszcz i urodzinowy komplet, który dostałam od Huncwotów i skierowałam się w
stronę wyjścia.
W Pokoju Wspólnym panował typowy gwar
przepełniony podekscytowanymi rozmowami. Gdy pokonałam ostatnie stopnie,
dziewczyny już ze śmiechem przekomarzały się z Huncwotami. Wszyscy z
rozbawieniem przyglądali się długim włosom Maryl, które wciąż były lekko różowe.
Tylko jedna osoba wpatrywała się we mnie.
James stał oparty o sofę z rękami
schowanymi w kieszeniach. Jego wzrok lustrował mnie powoli, zatrzymując się na
dłużej na mojej sukience, a kiedy dotarł do mojej twarzy, jego oczy zamigotały,
a na lekko rozchylonych ustach pojawił się delikatny uśmiech. Moje serce
natychmiast przyspieszyło, a duma opanowała moje ciało, kiedy zrozumiałam,
dlaczego tak mi się przyglądał.
– Lily! – zawołał Syriusz, który
widząc reakcję swojego przyjaciela, natychmiast obrócił się w moim kierunku. –
Jak dobrze, że jesteś!
– Co tym razem – spytałam rozbawionym
tonem, starając się nie patrzeć na wciąż oniemiałego Jamesa.
– Musisz zostać moim wybawieniem! –
zawył chłopak, padając przede mną na kolana. – Czy zrobisz mi ten zaszczyt i
pójdziesz ze mną na randkę do Hogsmeade?
Kilka osób zachichotało a ja zrobiłam
głupią minę, spoglądając to na niego, to na resztę naszych przyjaciół. Dopiero,
kiedy Syriusz mrugnął do mnie porozumiewawczo, odchrząkując znacząco,
oprzytomniałam, przenosząc spojrzenie na szczerzącego się Jamesa.
– Błagam – dodał Black, naśladując
płaczliwy ton głosu. – Musisz to dla mnie zrobić.
– O-okej?
– Tak jest! – wykrzyknął, unosząc
pięść ku górze, wywołując salwę śmiechu. – Zgodziła się!
– Co ty wyprawiasz? – spytałam, gdy
przytulił mnie mocno.
– Jeszcze mi podziękujesz –
zachichotał, obejmując mnie ramieniem. – Och, masz szalik w pieski! Zobacz,
Remus, nosi nasz prezent.
– Pięknie wyglądasz – wyszeptał James
do mojego ucha, korzystając z zamieszania, jakie wywołał Syriusz, naśladując
wycie wilka, ku uciesze pozostałych Gryfonów i zgrozie biednego Lupina. Gdy
Rogacz odsunął się ode mnie, oblałam się rumieńcem, obrzucając go płomiennym
spojrzeniem, które miałam nadzieję, przekazało mu wszystko, czego nie mogłam
powiedzieć na głos.
– Chodźmy, Ruda, mam rezerwację na
stolik dla dwojga.
– Debil – zaśmiałam się, pozwalając
poprowadzić się ku wyjściu.
Tuż przed głównymi wrotami w końcu
rozdzieliliśmy się. Maryl i Dorcas udały się
do swoich partnerów, a Clarie, Alicja, Mary,
Remus, Peter i James grupą ruszyli w kierunku ścieżki, pozostawiając mnie i
Syriusza lekko z tyłu.
– Więc co to za genialny plan, co? –
spytałam, upewniając się, że nikt nas nie słyszy.
– Wyjątkowo dobry, muszę przyznać.
Nic dziwnego, w końcu to ja na niego wpadłem.
– Więc co, teraz zabierzesz mnie na
romantyczny spacer?
– Ja? Nie – powiedział natychmiast
Black, patrząc na mnie dziwnie. – Ja mam dużo ciekawsze plany na ten dzień i
własną randkę, do której muszę dotrzeć.
– Więc jak…
– Nic się nie martw, Ruda –
zachichotał chłopak, przerzucając sobie moją rękę przez swoje przedramię i
prowadząc mnie w stronę wioski. – Dostarczę cię twojemu kawalerowi w całości.
Zarumieniłam się, zastanawiając jak
dużo Syriusz wiedział o tym, co działo się pomiędzy mną i Jamesem. Jak gdyby
czytał mi w myślach, Łapa spojrzał na mnie, poruszając zabawnie brwiami.
– Jesteście jak papużki nierozłączki,
ty i Potter – mruknęłam, przewracając oczami. – Wszystko sobie mówicie, co?
– Proszę cię, moglibyście próbować w
nieskończoność ukryć to przed światem, a ja i tak domyślił bym się za każdym
razem. Bez obrazy, Lily, ale zachowujesz się jak kotka w rui.
– Nieprawda! – zawołałam, okładając
go po ramieniu. Moje policzki zrobiły się gorące od rumieńców, a w piersi
zabrakło mi tchu, kiedy pochłonęła mnie fala zażenowania.
– Prawda, wystarczy, że na ciebie
spojrzy, a cała się trzęsiesz, jak…
Nie dał rady dokończyć, bo oberwał
moją czapką w twarz, złowieszczo chichocząc.
Wciąż było dosyć zimno i stosunkowo
szybko musiałam wcisnąć moje narzędzie tortur na głowę, w obawie, że odmrożę
sobie uszy. Syriuszowi nie przeszkodziło to w zamęczaniu mnie przez całą podróż
do wioski.
– Nie tylko po tobie widać, James
dosłownie podskakiwał wracając z każdego spotkania z tobą.
– Ochhh
– jęknęłam, czując, że jak tak dalej pójdzie, na spotkaniu z Jamesem pojawię
się cała czerwona.
– To całkiem urocze. Zadziwiające
jest jednak, że nikt inny się tym nie zachwyca. Czyżby nasza naczelna pani
prefekt nikomu nie powiedziała?
– Syriusz, proszę cię, skończmy ten
temat.
– Cieszę się – powiedział, klepiąc
mnie po dłoni, a kiedy spojrzałam na niego zdziwiona, zaśmiał się. – Jak
powiedział nam na piątym roku, że się z tobą ożeni, za nic w świecie nie
chciałem mu uwierzyć.
W odpowiedzi jedynie wymamrotałam coś
nieskładnego, czując, że moja twarz musiała przypominać teraz dorodnego
pomidora.
– Przestań – wydusiłam z siebie w
końcu. – Nawet nie jesteśmy oficjalnie razem.
Dopiero po chwili uświadomiłam sobie,
że to prawda. Chociaż, czy byłam ze sobą w zupełności szczera mówiąc, że nie
można było w żaden sposób nazwać tego, co się działo między nami?
– Jasne.
Musieliśmy zakończyć rozmowę, bo
zbliżaliśmy się do czarnego tłumu uczniów okupujących główną ulicę.
Uświadomiłam sobie, jak brakowało mi tego – dnia, w którym nie musiałam skupić
się na nauce, w którym mogłam chociaż na chwilę oderwać się od rzeczywistości.
Syriusz poprowadził mnie wzdłuż niezliczonych sklepików, a ja zorientowałam
się, że dawno już zgubiliśmy z oczu znajomych nam Gryfonów. Zanim jednak
zdążyłam to skomentować, Black pociągnął mnie w jedną z bocznych uliczek, a
potem bezceremonialnie wepchnął za jeden z wolno stojących domków.
– Hej! – zawołałam, wyrzucając ręce w
powietrze.
– Miłej zabawy – zachichotał,
spoglądając na coś za mną. – A tak w ogóle, powiedziała, że nie jesteście
oficjalnie parą.
Natychmiast odwróciłam się,
dostrzegając przyglądającego mi się w rozbawieniu Jamesa. Jego płaszcz był
rozpięty, ukazując gruby brązowy sweter w białe i złote zygzaki, a na ustach
błąkał się mu lekki uśmiech, kiedy przerzucał między dłońmi mały bukiecik kwiatów.
– Doprawdy? – spytał, obrzucając mnie
pytającym spojrzeniem.
– Nie o to mi chodziło – wydusiłam,
czując, że robi mi się gorąco.
– Tak? A o co?
– No… – zaczęłam, przełykając głośno
ślinę. W końcu sięgnęłam do góry i ściągnęłam z głowy czapkę, czując się nagle
głupio, stojąc przed nim jak zagubiony pięciolatek.
– No? – zapytał, w końcu odsuwając
się od ściany i powoli podchodząc w moim kierunku.
– A jesteśmy? – odbiłam pałeczkę,
mnąc w dłoniach wielki pompon.
– Nie wiem, jesteśmy? – wyszeptał,
nachylając się nade mną i muskając lekko moje usta, powodując, że stado motyli
w moim brzuchu poderwało się do lotu. – Teraz sam jestem ciekawy.
– James – wydusiłam z siebie, czując,
jak się rumienię.
– Mam cię oficjalnie poprosić o
chodzenie?
Moje wnętrzności zatańczyły kankana,
kiedy jego usta ponownie musnęły moje. Poczułam, jak jego dłoń wsunęła się w
moją, gdy bardzo powoli pogłębił pocałunek, pozbawiając mnie tchu.
– Lily Evans – wyszeptał w moje usta
pomiędzy pocałunkami. – Będziesz ze mną chodzić?
Stanęłam na palcach, zatapiając wolną
rękę w jego włosach i całując go mocniej. Gdy jego język wślizgnął się do mojej
buzi, nie byłam w stanie powstrzymać westchnięcia.
– Mam rozumieć, że to oznacza tak?
– Cholernie tak – powiedziałam na
wydechu, przyprawiając go o chichot.
Kiedy w końcu odsunął się ode mnie,
jego oczy błyszczały. Powoli podał mi wiązankę kwiatów, a ja uśmiechnęłam się,
przyglądając drobnym płatkom. Mogłam domyślić się, że tylko dlatego, że miał
zajętą rękę, nie obściskiwaliśmy się jeszcze dociśnięci do ściany.
– Dziękuję – powiedziałam,
przygryzając wargę.
– Lily – zganił mnie James. – Jeśli
nie chcesz, żebyśmy zostali tu przez resztę dnia, radzę ci przestać zagryzać te
usta.
Zaczerwieniłam się, natychmiast
zaciskając wargi, a chłopak zachichotał, ciągnąc mnie za rękę.
– Chodź, pomidorze.
– Gdzie idziemy?
– Na mały spacer.
James poprowadził mnie dookoła
wioski, starając się unikać uczniów. Przyjemne uczucie ekscytacji wypełniało
moją pierś, kiedy kciukiem zataczał kręgi na mojej dłoni, przyprawiając moje
serce o zawał. Uwielbiałam sposób, w jaki czułam się przy nim. Sprawiał, że
nawet cisza przestawała mi ciążyć. Gdy powolnym krokiem wspięliśmy się na
wzgórze za wioską, lustrował mnie wzrokiem, a na jego ustach czaił się uśmiech.
– Co? – spytałam, czując, że się
rumienię.
– Nic – odpowiedział, przystając w
końcu przy drewnianym ogrodzeniu. Kiedy oparłam się obok niego, wyciągnął z
kieszeni czarny termos i podał mi go. – Masz, pomoże trochę na zimno.
Z zaskoczeniem odkręciłam pojemnik,
czując przyjemny aromat herbaty.
– Łał
– mruknęłam, zerkając na niego z podziwem. – Więc to tak randkuje James Potter?
– Proszę? – spytał, w rozbawieniu
unosząc jedną brew.
– Maryl dzisiaj opowiadała o swoich
miłosnych podbojach – zaczęłam, nie do końca wiedząc do czego zmierzam. –
Przyznała nam się, że spała z Syriuszem.
– Kilka razy – potwierdził James, a
ja otworzyłam usta w zdziwieniu.
– Wiedziałeś?!
– Lily… Maryl to moja przyjaciółka –
powiedział rozbawiony chłopak.
– Wiem, po prostu nie sądziłam, że…
chociaż, znając was…
– A co to ma znaczyć? – zapytał,
ponownie unosząc brew.
– Syriusz dosyć chętnie wypowiadał
się o naszym… związku – mruknęłam po chwili zastanowienia. – Mogłam
spodziewać się, że skoro ty mu wszystko mówisz, on tobie też.
– Nie mówię mu wszystkiego –
zaprzeczył James. Coś w jego twarzy zdradzało, że ledwo powstrzymywał się od
uśmiechu. – Chociaż czasem bardzo mi to utrudniasz.
Puściłam tę uwagę mimo uszu,
przewracając oczami.
– Czemu mi nie wierzysz?
– Bo przez całą drogę nasłuchałam się
o tym, jak to chcesz się ze mną ożenić.
– Lily, nigdy nie ukrywałem, że mi
się podobasz – powiedział, a jego ton sprawił, że przeszły mnie ciarki. –
Jestem całkiem pewien, że wiedział o tym cały zamek.
– A inne dziewczyny? – spytałam
cicho, zanim zdążyłam się powstrzymać.
Widziałam, jak uśmiechnął się,
rolując język między zębami.
– Co z nimi?
– Nic – mruknęłam, wzruszając
ramionami.
– Hej – powiedział, łapiąc mnie za
podbródek i zmuszając do spojrzenia na siebie. W jego oczach iskrzyły się
wesołe ogniki, jakby niesamowicie rozbawiła go moja reakcja. – Czy ty jesteś
zazdrosna? – zapytał po chwili podejrzliwie.
– Nie – odpowiedziałam natychmiast,
trochę bardziej naburmuszona niż powinnam być.
James zaśmiał się, kręcąc głową. Na
jego ustach znów pojawił się ten rozbrajający uśmiech, który zwiastował
kłopoty.
– Chciałbym ci przypomnieć, że to ty
umawiałaś się z moim kolegą.
– Ty umawiałeś się z Grace! –
odparowałam, nie mogąc ukryć przypływu irytacji.
– To nie fair, odkąd pamiętam
odprawiałaś mnie z kwitkiem – przypomniał mi chłopak, wciąż lekko rozbawiony. –
Czekałem na ciebie, Lily, ale milion razy mówiłaś mi, że nic z tego nie będzie.
Zazwyczaj przy świadkach. I zazwyczaj bardzo dosadnie.
Miał rację i nie znosiłam tego, że ją
miał. Spochmurniałam, nie wiedząc, co na to odpowiedzieć, bo co właściwie
mogłam powiedzieć? Nie miałam prawa być zła o nic, co działo się do tej pory.
Zawsze był fair w stosunku do mnie.
– Żeby to zadziałało – powiedział,
wskazując na naszą dwójkę – musisz ze mną rozmawiać. I mówić mi, co się dzieje.
Inaczej nie będę wiedział, co mogę z tym zrobić.
Zebranie się do wypowiedzenia
kolejnych zdań kosztowało mnie całą siłę woli.
– Po prostu dziewczyny zaczęły
rozmawiać o tym wczoraj przy śniadaniu, a ja… nie mam zbyt wiele doświadczenia
– wyjąkałam, rumieniąc się. – Maryl zaczęła rozwodzić się nad waszymi podbojami
miłosnymi i z iloma dziewczynami spał Syriusz, wdając się w szczegóły tego, ile
to panien nie wyobracał na imprezach, a potem… potem wszystkie zaczęły mówić o
tym, że ty też to robiłeś, nie raz. A ja… ja jeszcze nie…
Zamilkłam, próbując nie spalić się ze
wstydu, kiedy James pokręcił głową, łapiąc mnie w talii.
– Maryl powinna pilnować swojego nosa
i spowiadać się z własnych przygód – westchnął, przyglądając mi się badawczo. –
Ale tak, miała rację.
Na moment zamilkł, jakby się nad
czymś zastanawiał.
– Byłem z kilkoma dziewczynami, ale
to, że za każdym razem wracałem do ciebie, chyba coś znaczy, prawda?
Nie odezwałam się, starając nie
patrzeć mu w oczy. Już i tak dostatecznie ciężko było mi o tym rozmawiać.
– Lily – powiedział, zmuszając mnie,
żebym na niego spojrzała. – Od dawna już z nikim nie byłem. Od miesięcy nie
pomyślałem nawet o nikim innym. Odkąd uświadomiłem sobie, że nie chcę nikogo
innego, masz mnie owiniętego wokół małego paluszka. A nawet jeszcze dłużej. –
Przerwał na moment, zastanawiając się nad czymś, a potem dotknął czule mojego
policzka, przyprawiając mnie o zawał. – Byłem z innymi, bo nie mogłem być z
tobą. To był jedyny sposób, żeby chociaż próbować sobie ciebie odpuścić. I jak
widzisz nie wyszło mi to zbyt dobrze. Jedno twoje słowo i byłbym u twoich stóp,
nie ważne, z kim się wtedy spotykałem. – Uśmiechnął się, kiedy mruknęłam coś
niezrozumiałego pod nosem, a potem kontynuował. – A ty nie powinnaś się
wstydzić tego, że nigdy z nikim nie byłaś w ten sposób.
Jego ostatnie słowa sprawiły, że
chciałam wyrwać się z jego objęć, próbując ukryć się przed jego spojrzeniem,
chłopak jednak nie pozwolił mi się odsunąć, śmiejąc się lekko w odpowiedzi na
moją reakcję.
– Hej, spójrz na mnie – wyszeptał,
przyciągając mnie mocno do siebie. – No już, nic się nie dzieje. Bycie z kimś w
ten sposób to coś zupełnie nowego i innego. Intymnego. Nie ma się czego
wstydzić.
– To ty mnie zawstydzasz – wydusiłam,
chowając twarz w jego swetrze. Jego klatka piersiowa zatrzęsła się, kiedy
zaśmiał się cicho.
– Po tym co działo się w ostatnich
tygodniach dobrze wiesz, że chcę tylko ciebie – wyszeptał do mojego ucha. – I
będę dalej na ciebie czekać, choćbyś miała nie być gotowa przez kolejny rok.
Nie ma w tym nic złego.
– Syriusz nazwał mnie dzisiaj kotką w
rui – przypomniało mi się, choć natychmiast pożałowałam tych słów, płonąc
rumieńcem. James oblizał usta, oddychając ciężko, jakby trudno mu było się
powstrzymać od komentarza.
– Lily – zaczął, a jego głos wydał mi
się dziwnie zachrypnięty.
– A jeśli będę gotowa?
Poczułam jak jego dłoń wsunęła się
pod mój podbródek, przyciągając mnie bliżej jego twarzy, aż w końcu jego usta
spoczęły na moich. Tym razem pocałunek był inny, bardziej intymny. Przypominał
mi noc po moich urodzinach, kiedy chłopak zabrał mnie na Wieżę Astronomiczną.
Poczułam, jak jego ręce znalazły drogę do zapięcia mojego płaszcza, a później
wślizgnęły się pod jego materiał, powoli przesuwając się po mojej talii i
plecach. Sposób, w jaki mnie całował, wyduszał ze mnie cały oddech, a gdy
przycisnął mnie do ogrodzenia, jęknęłam, ponownie czując to przyjemne ciepło
rozchodzące się po moim podbrzuszu.
– Wtedy będziemy to kontynuować –
wydyszał, opierając czoło na moim, a mi zakręciło się w głowie od braku tchu.
Gdy wróciliśmy do miasteczka, jego
dłoń ocierała się o moją, przypominając mi o tym, w jaki sposób trzymał mnie
jeszcze kilkanaście minut wcześniej. Korzystając z wolnego czasu zaglądnęliśmy
do Miodowego Królestwa, napychając kieszenie słodyczami, aż w końcu nie mając
większego wyboru ruszyliśmy w kierunku Trzech Mioteł.
– Lily! Gdzie zgubiłaś swoją randkę?
– zaśmiała się Alicja, machając w naszym kierunku. Pozostali Gryfoni
siedzieli przy stoliku w rogu, brakowało jedynie Syriusza i Dorcas.
– Nasz lowelas wystawił mnie, jak
tylko udało mu się wzbudzić zazdrość w jakiejś zarumienionej szóstoklasistce –
wyjaśniłam, powodując kilka wybuchów śmiechu. – Dobrze, że natknęłam się na
Jamesa, inaczej byłaby to naprawdę kiepska randka.
– Do usług – zachichotał Rogacz,
puszczając mi oczko, a ja uśmiechnęłam się do niego szeroko, starając się nie
myśleć o tym, co robiliśmy jeszcze pół godziny wcześniej.
Zima powoli ustępowała miejsca
wiośnie, chociaż temperatury wciąż były zatrważająco niskie. W kolejny weekend Ravenclaw
zmiażdżył Slytherin w trzecim w tym sezonie meczu, poprawiając humory
wszystkich zainteresowanych Quidditchem.
Syriusz szczycił się tym wyjątkowo mocno, głośno chwaląc na korytarzach
poczynania Krukonów i szlajając się po zamku z
Nathiasem, jakby to sam Łapa odpowiadał za
jego świetne manewry podczas łapania znicza. W któryś wieczór, kiedy
siedzieliśmy pochyleni nad książkami w bibliotece, James przyznał mi się, że
atmosfera w dormitorium była dosyć napięta.
– Syriusz natknął się na Regulusa
w trakcie wypadu do Hogsmeade. Nie poszło zbyt dobrze.
– Kiedy spędzaliśmy więcej czasu ze
sobą w październiku, opowiadał mi o swojej rodzinie – przypomniałam sobie,
spoglądając na zamyślonego chłopaka. – To okropne, że tak wyglądają ich
relacje.
– Jest jeszcze gorzej niż było.
Syriusz nakrył go z Evanem Rosierem,
jak dręczyli Dorcas.
– Co?!
– Ponoć pokłóciła się z tym Puchonem,
z którym miała się spotkać, a kiedy wracała dorwali ją Ślizgoni.
Dorcas nic wam nie mówiła?
– Nic a nic, nie przyznała się ani
słowem – szepnęłam, marszcząc brwi. Od kilku dni dziewczyna zachowywała się
dziwnie, ale zganiała to na stres związany z nauką. – Myślisz, że… Syriusz
mówił ci o co poszło?
– Ponoć poszło o to co zwykle, zdrada
czystej krwi, wypełnianie obowiązków rodowych, stara bajka. Dorcas
jest jego bardzo odległą kuzynką, więc chociaż w tym znaleźli wspólny temat.
– Dlaczego nic nam nie powiedziała… –
zastanawiałam się, wpatrując w dygoczący przed nami płomień świecy.
– Ponoć bardzo to przeżyła. Syriusz
nie chciał wchodzić za bardzo w szczegóły, ale powiedział, że spędził z nią
dłuższą chwilę zanim się uspokoiła.
– To by wyjaśniało, dlaczego wrócili
do zamku jako jedni z ostatnich – zauważyłam. – Zapytam ją o to.
– Może lepiej nie mów jej, że wiesz
co się stało. Wydaje mi się, że dużo z tych rzeczy powiedziała Syriuszowi
licząc na to, że zostanie to między nimi.
– Dorcas
jest moją przyjaciółką, nie mogę nic nie zrobić! – syknęłam, starając się nie
zabrzmieć zbyt wścibsko.
– Pomyśl jak ty byś się czuła, gdyby
ktoś wypytywał cię o rzeczy, o których nie jesteś jeszcze gotowa mówić.
Niechętnie przyznałam mu rację,
obiecując sobie, że postaram się być przy niej, gdyby jednak zechciała się
komuś wygadać.
Dorcas jednak nie wyglądała,
jakby zamierzała o tym dyskutować. Kilkukrotnie nadarzyła się okazja do rozmowy
na ten temat, ale zawsze zbywała mnie, mówiąc, że jest po prostu zmęczona, ma
dużo na głowie, albo że gdzieś się właśnie spieszy. Nie umknęło mi również, że
spędzała więcej czasu z Syriuszem, który stał się wobec niej bardzo opiekuńczy.
Gdy obserwowałam, jak dosiadał się do niej podczas obiadów, próbując ją
rozweselić, przypomniały mi się słowa Maryl o tym, że Łapa obracał w wolnej
chwili pół Hogwartu i zrozumiałam, że to była
mało istotna cecha Blacka. Jakby nie patrzeć, gdybym miała go komuś opisać,
zawsze na pierwszym miejscu stawiałabym opiekuńczość. Pomimo tego, że nigdy nie
myślałam, że ktoś taki jak on mógłby okazać tyle serca, to Syriusz był przy
mnie w najgorszych momentach. Zawsze odkładał na bok swoje potrzeby, dbając o
to, by być w stanie stać się oporą dla innych. Uśmiechnęłam się lekko, na
wspomnienie jego bezradnej miny, kiedy rozkleiłam się na dobre na szczycie
Wieży Astronomicznej po kłótni z Jamesem. Choć jako jego najlepszy przyjaciel
powinien stać po jego stronie, był wtedy przy mnie, upewniając się, że jakoś
się trzymam.
Syriusz Black miał mieć jeszcze wiele
momentów, w których mógł wykazać się heroizmem i prawdziwym duchem przyjaźni, a
jeden z takich momentów nadszedł dzień po pełni w lutym tamtego roku.
Kiedy zaspane udałyśmy się na
śniadanie, ze zdumieniem odkryłyśmy brak Huncwotów. Zazwyczaj w dni takie jak
tamten spóźniali się na pierwsze lekcje, wyglądając na niesamowicie zmęczonych
i zaspanych, ale gdy tego dnia ominęli poranne zajęcia, coś nie dawało mi
spokoju. Mary zgodziła się zaglądnąć ze mną do Skrzydła Szpitalnego w przerwie
na obiad, za co byłam jej bardzo wdzięczna. Już w drzwiach zrozumiałam, że moje
przeczucie mnie nie myliło.
Remus był bardzo blady. Spał z
półotwartymi ustami, a jego prawy bark obwinięty był bandażami od obojczyka aż
po łokieć. Trzech Gryfonów siedziało ze zwieszonymi głowami wokół jego łóżka w
grobowej ciszy.
– Merlinie… – wyszeptała Mary,
powodując, że głowy Syriusza i Jamesa podskoczyły, obracając się w naszym
kierunku. Kiedy Rogacz podniósł się ze swojego krzesła, głowa Petera zakołysała
się, jakby przysypiał opierając się o ramę łóżka. – Co się stało?!
– To była… ciężka pełnia – wyjaśnił
Syriusz, zerkając na śpiącego przyjaciela. Coś w jego głosie zadrżało
niebezpiecznie, jakby miał się zaraz rozpłakać.
– Chodźmy, powinien teraz odpoczywać
– powiedział cicho James, szturchając Petera, który przebudził się, mrugając
kilkukrotnie, jakby nie wiedział, gdzie się znajduje. – Syriuszu…
– Zostanę z nim – przytaknął chłopak,
kiwając głową. – Dam wam znać, jak się obudzi.
James wyprowadził nas ze Skrzydła
Szpitalnego, wyglądając na całkiem spiętego. Gdy znaleźliśmy się już na
korytarzu, w końcu odważyłam zapytać się o to, co obie chciałyśmy się
dowiedzieć.
– Co się stało?
– Wyglądał gorzej – zapewnił nas
James, uśmiechając się pokrzepiająco w stronę Macdonald. Dopiero teraz
dostrzegłam, że była lekko zielonkawa. – Peter, może zaprowadzisz Mary do
Wielkiej Sali, zaraz do was dołączymy.
Dziewczyna nie wyglądała na
zachwyconą, ale po krótkich przekonywaniach odeszła z Glizdogonem,
oglądając się na nas z obawą. James musiał zapewniać ją cztery razy, że Pani
Pomfrey poskładała Remusa jednym machnięciem różdżki i że po odespaniu tego
będzie jak nowy.
– Powiesz mi prawdę, co tak naprawdę
się stało? – spytałam półszeptem, kiedy ruszyliśmy pustym korytarzem.
– Nie mam pojęcia, nigdy czegoś
takiego nie widziałem. Syriusz uważa, że to jego wina, co jest totalną głupotą.
– Dlaczego tak myśli?
– Pokłócili się o coś z Remusem,
podejrzewam, że chodziło o Regulusa, chociaż
ten głupek nie chce mi nic powiedzieć.
James westchnął, przystając przy
oknie i spoglądając w przestrzeń. Po chwili zerknął na mnie i uśmiechnął się
krzywo, wyciągając z kieszeni zgniecioną paczkę fajek.
– Będziesz miała coś przeciwko?
– Nie – szepnęłam, odwzajemniając
uśmiech. Obserwowałam, jak zgrabnie wyciągnął jednego z dwóch papierosów, a
później wsunął do ust, odpalając koniec różdżką. Gdy jednym zwinnym ruchem
otworzył okno, do środka wdarł się zimny podmuch wiatru, na moment zabierając
mi oddech.
Przez kilka pierwszych sekund James
wpatrywał się w dal, zaciągając się dymem w dudniącej ciszy. Dopiero kiedy
wypuścił powietrze z płuc kontynuował.
– Wydaje mi się, że Lupin chyba
musiał być podświadomie na niego zły. Kiedy się przemienił… nie chciał się nas
do końca słuchać. Syriusz zazwyczaj jest w stanie go kontrolować, ale tej nocy
zachowywał się, jakby coś w niego wstąpiło.
– Dlatego Black myśli, że to jego
wina. Że… wilk był na niego zły?
– Jak dużo opowiadał ci Remus o
naszych… nocnych wyprawach? – zapytał James, przypatrując mi się uważnie. Gdy
ponownie zbliżył filtr do ust, zaciągnięciu się towarzyszył cichy szmer żaru.
– Mniej więcej tyle, żebym wiedziała,
co wyprawiacie – mruknęłam, odwzajemniając jego badawcze spojrzenie. – Myślisz,
że to prawda? Że to przez kłótnię?
– Nie wiem – przyznał po chwili
James, odwracając wzrok. Widziałam, jak ciężko było mu wymówić te słowa, na
głos przyznać coś, czego nie przyznałby przed swoimi przyjaciółmi.
– Ale Pomfrey go poskładała?
– Narobił nam więcej strachu niż
zagrożenie by wymagało – zapewnił mnie chłopak, wypalając ostatki papierosa.
Obserwowałam, jak zgasił go o zewnętrzny parapet, a potem wyrzucił przez okno,
zamykając je za sobą.
– To naprawdę pomaga? – spytałam,
uśmiechając się lekko, jakbym chciała go pocieszyć.
– Trochę – odpowiedział
odwzajemniając uśmiech.
– Nie licz, że teraz cię przytulę –
ostrzegłam, w końcu sprawiając, że się cicho zaśmiał.
– Będę musiał jakoś to przeżyć.
Gdy dotarliśmy do Wielkiej Sali, Mary
wpatrywała się w nas wyczekująco, ale pokręciłam głową, nie chcąc rozmawiać o
tym przy reszcie.
– A gdzie Lupin i Black? Znowu gdzieś
zniknęli? – spytała Dorcas, rozglądając się po
miejscach wzdłuż stołu Gryffindoru.
– Remus gorzej się poczuł, Black
poszedł z nim do Skrzydła Szpitalnego – powiedział James, serwując Gryfonkom
swój uroczy uśmiech numer pięć.
– Przyznaj się, że znowu robiliście
coś głupiego i pewnie nie skończyło się tak jak w planie – powiedziała Alicja,
chichocząc.
– Kawał wypalił rykoszetem i mogło
skończyć się na wybitym barku – odrzekłam, a James uśmiechnął się wdzięcznie w
moim kierunku.
– Przestań zdradzać wszystkie nasze
sekrety.
– Bez obrazy, ale wasze sekrety są
mniej ciekawe niż chcielibyście wierzyć – zachichotała Maryl, sprzedając mu
kuksańca w bok. James skrzywił się, odsuwając się od niej, jednak prawie
natychmiast przybrał na twarz fałszywy uśmiech.
– Ranisz moje serce – powiedział,
zabierając się do jedzenia.
Nikt inny nie zwrócił na to uwagi, a
ja nie mogłam oprzeć się paskudnemu wrażeniu, że James nie powiedział mi
wszystkiego o minionej nocy. Obserwowałam go bacznie, aż do momentu, kiedy Gryfoni
zaczęli zbierać się ze swoich miejsc i wtedy dostrzegłam to ponownie – lekki
grymas na jego twarzy, kiedy schylił się, sięgając po torbę, która upadła
Maryl.
Gdy wszyscy ruszyli w stronę sali
zaklęć, a James udał się w kierunku Wieży Gryffindoru
po swój podręcznik, ruszyłam za nim, nie mogąc powstrzymać nieprzyjemnego
uczucia w żołądku.
– James! – zawołałam, sprawiając, że
przystanął, oglądając się za siebie.
– Coś się stało?
– To ja cię powinnam o to zapytać –
mruknęłam, wskazując na jego korpus. – Wszystko okej?
– Tak, a czemu miałoby nie być okej?
– odpowiedział pytaniem, chociaż ukrywanie emocji nie szło mu zbyt dobrze.
– Mhm – mruknęłam. – Jesteś pewien,
że o niczym nie zapomniałeś mi powiedzieć?
– Nie wiem o co ci… – zaczął, ale
przerwał z cichym syknięciem bólu, gdy klepnęłam go lekko w bok.
– Nie wiesz?
– Nic mi nie jest.
– Ty idioto! Pokaż – zażądałam, na co
chłopak odsunął się ode mnie, kręcąc głową.
– Naprawdę, Lily, nie ma potrzeby…
– Nie… nie ugryzł cię, prawda?
Powiedz, że to nie to, o czym myślę – szepnęłam, czując, jak drżą mi ręce.
– Nie – zapewnił mnie James, kręcąc
głową wręcz maniakalnie. – Nie, nic z tych rzeczy. Po prostu dosyć mocno mnie
poturbował, kiedy odrzucił mnie na głazy. Ale nic mi nie jest – powtórzył,
łapiąc mnie za ręce. – Lily, wszytko okej.
– Pokaż – mruknęłam, sięgając do jego
koszuli, ale pokręcił głową, odsuwając się.
– Jest okej, poradziliśmy sobie z tym
sami – zapewnił mnie. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że nie powiedział o tym
Madame Pomfrey. W końcu jak miałby wyjaśnić, skąd miał takie obrażenia? –
Zaufaj mi, naprawdę jest okej.
Pomimo jego zapewnień, nie potrafiłam
przestać myśleć o jego grymasie, kiedy Maryl uderzyła go w bok, więc kiedy po
zajęciach wszyscy z wyjątkiem Rogacza udali się do Skrzydła Szpitalnego w
odwiedziny całkiem już zdrowego i tylko lekko zmęczonego Remusa, upewniłam się,
że nikt nie widział, jak podwędziłam kilka gaz i eliksirów z szafki z
opatrunkami. Wszechświat wysłuchał moich modlitw i podczas kiedy Gryfoni
rozsiedli się wygodnie, zamierzając spędzić z Lunatykiem luźne popołudnie,
wymknęłam się, obstawiając, że znajdę Jamesa w dormitorium. Nie myliłam się –
gdy uważając, by nikt mnie nie zauważył wspięłam się do pokoju siódmoklasistów
i uchyliłam drzwi, z łazienki dobiegał mnie odgłos lejącej się wody. Powoli
weszłam do środka, rozglądając się po pomieszczeniu. Nie byłam tam od zeszłego
roku, a pokój niewiele się zmienił – wciąż oblepiony był plakatami graczy Quidditcha,
a po ziemi walała się sterta ubrań. Gdy powoli podeszłam do łóżka na przeciwko,
nie mogłam powstrzymać uśmiechu, na widok złotego znicza leżącego na szafce
nocnej.
– Co ty tu robisz?
Obróciłam się, w zaskoczeniu
odkrywając, że nie usłyszałam, kiedy drzwi od łazienki otworzyły się. James
stał na bosaka w przejściu z uniesioną lewą brwią, przyglądając mi się z
ciekawością. Miał na sobie luźne dresy i szary podkoszulek, a z włosów wciąż
kapały mu kropelki wody, mocząc materiał na jego ramionach.
– Nie tylko ty potrafisz się zakradać
do dormitoriów przeciwnej płci – powiedziałam, kładąc torbę na ziemi, a wolną
rękę lokując na biodrze. – Przyszłam obejrzeć twój bok.
– Już ci mówiłem, że nic mi nie jest
– powiedział, podchodząc bliżej i kładąc wilgotny ręcznik na grzejniku na
środku pokoju.
– A ja, że mnie to nie obchodzi –
mruknęłam, stawiając kilka kroków w jego kierunku. – No już, pokaż.
– Lily… – zaczął, ale przerwałam mu,
kładąc dłoń na jego brzuchu, a później powoli zgarniając materiał koszulki ku
górze. Przez moment przyglądał mi się w napięciu, kiedy uniosłam ją, a później
pokręcił głową, gdy z pomiędzy moich ust wyrwało się syknięcie na widok
fioletowych pręgów na jego żebrach,
zbiegających się ku prowizorycznemu opatrunkowi.
– Muszę na to spojrzeć – mruknęłam,
spoglądając na jego twarz, jakbym szukała pozwolenia. – Mogę?
Chłopak pokiwał głową, a ja starając
się zrobić to najdelikatniej jak mogłam, odkleiłam opatrunek, a moim oczom
ukazała się głęboka poszarpana szrama.
– James – szepnęłam, otwierając
szeroko oczy na widok wciąż lekko sączącej się krwi osiadłej na opatrunku. –
Jak to się stało?
– Gałąź – odpowiedział cicho chłopak,
poruszając się delikatnie.
– Widzę, że próbowałeś to odkazić,
ale obawiam się, że to zbyt głęboka rana, żeby sama się zasklepiła – mruknęłam,
oblizując usta. W głowie natychmiast przeleciały mi obrazy z zeszłorocznych
zajęć zawodowych i instrukcje zaklęć leczniczych, które pomagała nam zapamiętać
Eloise Winfred.
– Okej, jakoś damy radę. Ściągnij koszulkę.
– Yhm, Lily…
– No już, nie bądź dzieckiem –
mruknęłam, pomagając mu zsunąć materiał. Gdy po raz pierwszy dostrzegłam zarys
mięśni jego brzucha i klatki piersiowej, przełknęłam ślinę, czując, jak
rumieniec wypływa na moją twarz. Lata treningów dawały efekty i jego ciało
wyglądało dokładnie tak, jak powinno wyglądać ciało należące do kogoś
wysportowanego i dbającego o siebie. Lekko opalona, oliwkowa skóra
promieniowała ciepłem, kiedy przesunęłam delikatnie opuszkami palców wzdłuż
fioletowych pręgów, starając się nakierować
myśli na odpowiedni tor.
– Co teraz, pani doktor? – zapytał
James, a kiedy uniosłam wzrok dostrzegłam cień rozbawienia na jego twarzy.
Wiedział o czym myślałam. I niesamowicie dobrze się bawił.
– Usiądź na łóżku – poleciłam,
starając się zignorować uderzenia gorąca na myśl, że stał przede mną jedynie w
dresach, w dodatku osadzonych wyjątkowo nisko na jego biodrach. Gdy posłuchał
mnie i oparł się lekko na wyciągniętej do tyłu ręce, przyklęknęłam między jego
nogami przysuwając torbę bliżej siebie i wyjmując z niej różdżkę. James
przyglądał mi się badawczo, kiedy przymknęłam oczy, próbując przywołać obraz
schematów przedstawiających rany szarpane i nie zwracać uwagi na jego
spojrzenie.
Starając się nie dopuszczać do siebie
głupich myśli przysunęłam się bliżej, opierając się na jego udach i powoli
przesunęłam różdżką nad raną, szeptając
odpowiednie zaklęcia. Chociaż brakowało mi wprawy, wystarczyło kilka minut,
żeby z rany w końcu przestała sączyć się krew, a brzegi zbliżyły się do siebie.
Następnym krokiem było zajęcie się potężnym krwiakiem i chociaż zaklęcia
wywabiające nigdy nie były moją mocną stroną, widziałam ulgę pojawiającą się na
twarzy chłopaka, kiedy fiolet przyblakł lekko, w niektórych miejscach ustępując
miejsca żółci i zieleni.
– Nie jestem ekspertem i nie uda mi
się całkiem zamknąć tej rany, ale przy odpowiednim dbaniu o nią, powinna szybko
się zagoić.
– Żartujesz? Wygląda o niebo lepiej –
powiedział James, spoglądając na mnie z podziwem.
– Połóż się, spróbujemy jeszcze
sztuczki z wyciągiem ze szczuroszczeta.
– Czego?
– Połóż się – powtórzyłam,
uśmiechając się pod nosem. Gdy chłopak ułożył się wygodnie na łóżku,
przysiadłam obok niego, wyciągając z torby dwie buteleczki i kilka czystych
gaz.
– Skąd wytrzasnęłaś to wszystko?
– Ze Skrzydła Szpitalnego –
mruknęłam, nakrapiając kilka kropel dyptamu na ranę, która zasyczała lekko, a
James, zacisnął oczy, sztywniejąc na sekundę. – Przepraszam, powinnam cię
uprzedzić…
Przerwałam, kiedy jego dłoń zacisnęła
się na mojej. Przez kilka sekund Rogacz leżał z zamkniętymi oczami, a potem
zerknął na mnie, uśmiechając się lekko.
– Jest okej.
Przyglądał się moim ruchom, kiedy
opatrywałam jego tors świeżą gazą i skradzionym bandażem. Gdy skończyłam,
schyliłam się po ostatnie pudełeczko, odkręcając pachnącą żywicą maść.
– To pomoże na siniaki – szepnęłam,
przez moment zastanawiając się, jak najwygodniej będzie mi się ulokować.
Największe pręgi rozciągały się od żeber po lewej stronie aż po prawą,
przemykając po torsie, jakby upadł nie raz. W końcu westchnęłam cicho, przyklękając
na brzegu łóżka, a później przerzuciłam jedną nogę na drugą stronę, siadając na
jego biodrach. James nie skomentował tego, przyglądając mi się jedynie uważnie,
gdy nabierałam na palce gęstą maź. Z jego ust wyrwało się ciche westchnięcie,
kiedy powoli przyłożyłam dłonie do jego torsu, okrężnymi ruchami wmasowując
maść w rozgrzaną skórę. – Podnieś się lekko – powiedziałam, sięgając do jego
boku, a on posłusznie przeniósł ciężar ciała na łokcie, zbliżając się do mnie.
– Lily, ja… – wyszeptał, przyglądając
mi się uważnie, kiedy skończyłam nakładać lek. – Dziękuję.
– Nie ma za co – odszeptałam, nie
zabierając dłoni z jego torsu. Im dłużej jednak wpatrywał się w moją twarz, tym
bardziej gorąco robiło się w pokoju. Gdy mój wzrok zjechał na jego klatkę
piersiową, przełknęłam głośno ślinę, przesuwając powoli palce po jego gładkiej
skórze. W uszach szumiało mi od pulsującej krwi, a w ustach zaschło, jakbym
przebiegła przed chwilą maraton. Po chwili poruszyłam się niespokojnie,
poprawiając ułożenie na jego biodrach, a on złapał mnie za nadgarstek, tężejąc,
jakby poraził go prąd.
– Lily – ostrzegł mnie, a jego głos
wydawał się być dziwnie niski. Dopiero wtedy dotarło do mnie, dlaczego patrzył
na mnie w ten sposób. Nagle zrozumiałam, w jakiej pozycji się znajdowaliśmy i
co tak naprawdę zrobiłam, poruszając biodrami.
Zamrugałam, przyglądając się jego
rozchylonym ustom, analizując sytuację. Moje serce waliło mocno, gdy powoli
nachyliłam się nad nim, widząc, jak wodził za mną wzrokiem. Znajome uczucie
gorąca w podbrzuszu przemknęło po mojej skórze, gdy przełknęłam ślinę, próbując
zadecydować, czy to, co chciałam zrobić było mądre. A później ponownie
poruszyłam biodrami.
Jego usta wpiły się w moje, gdy
przyciągnął mnie bliżej, kładąc jedną dłoń na moim boku. Jęknęłam, czując jak
ekscytacja i nieznana mi dotąd przyjemność wybuchły pod naporem jego rąk, kiedy
przycisnął mnie mocno do siebie.
To było jak narkotyk. Posmak nikotyny
wciąż utrzymywał się na jego skórze, kiedy wbiłam paznokcie w jego ramiona,
walcząc z falami pożądania. Każdy jego ruch pod moim ciałem skutkował cichymi
wzdychnięciami, a gdy jego dłonie powędrowały wzdłuż moich ud, wsuwając się pod
materiał spódnicy, czułam się tak, jakbym miała zaraz oszaleć. A sądząc po
sile, z jaką docisnął mnie do siebie, przesuwając moje biodra wzdłuż swojego
krocza, nie tylko ja.
– Lily – wychrypiał, zaciskając palce
na moich udach, gdy jedna z jego rąk zatrzymała się tuż pod moim pośladkiem. –
Jeśli mam przestać, musisz mi to powiedzieć teraz.
– Powinniśmy przestać – wydusiłam,
drżąc pod naporem jego ust. Miałam wrażenie, jakby mgła przysłoniła mój mózg,
całkowicie mnie omamiając.
– Więc przestań – jęknął cicho, gdy
mimo wszystko przesunęłam się niespokojnie, naśladując sposób, w jaki poruszył
moimi biodrami.
– Mhm – wymruczałam, przenosząc usta
wzdłuż jego żuchwy i całując go miękko po szyi.
To było jak porażenie piorunem.
Chłopak złapał mnie mocno w talii, a potem szarpnął, sprawiając, że sekundę
później to ja znajdowałam się pod nim. Oboje ciężko dyszeliśmy, wpatrując się w
swoje twarze. Moja koszula była lekko rozpięta, a spódniczka uniesiona, kiedy
próbowałam pozbierać rozbiegane myśli, co było praktycznie niemożliwe pod
wpływem spojrzenia, jakie mi posyłał.
– Koniec na dziś? – spytał, wciąż
ledwo łapiąc oddech.
Powoli pokiwałam głową, zaczynając
rozumieć, że to co działo się w mojej głowie wcale nie było dla niego sekretem.
– Koniec na dziś.
Na swoją obronę w związku z tym jednodniowym opóźnieniem powiem, że dzień powrotu z wakacji był na tyle intensywny (wstałam wczoraj o 3 rano), że mogłam się spodziewać obsuwy.
Witajcie pod kolejnym rozdziałem! Historia powoli nabiera tempa a my jesteśmy coraz bliżej końca. Tyle lat myślałam o dojściu do tego momentu w historii i w końcu się to wydarzyło, aż dziwnie się o tym myśli. A robi nam się coraz bardziej gorąco – i będzie tylko goręcej!
Niestety nie udało mi się skończyć pisać SD przed wyjazdem, ale liczyłam się już z tym w ostatnim tygodniu, bo po prostu zbyt wiele miałam na głowie. Nie przeszkodziło mi to jednak w całkiem optymistycznym zamknięciu laptopa, bo zostało mi już tylko trzy rozdziały do napisania. Wakacje więc spędziłam na plaży, rozpisując w głowie mój nowy mały projekt, za którego pisanie powoli będę się zabierać. Jestem pełna energii i ekscytacji na nadchodzące tygodnie i mam nadzieję, że ta radość udzieli się też Wam. Ale o projekcie o tajemniczym kryptonimie "Wada" opowiem Wam, jak już będziemy bliżej jego realizacji.
Póki co pozostaje mi jedynie podziękować Wam za czytanie i obiecać, że kolejnym razem postaram się nie spóźnić z rozdziałem. A tym kolejnym razem zobaczymy się 10 maja.
I na sam koniec – dziękuję tym, którzy tu zaglądają. Rosnąca powoli liczba wyświetleń koi moje serducho i jestem Wam wdzięczna za każdy komentarz. Ostatnio jest mnie tu mniej, bo bardziej skupiłam się na samym pisaniu, ale widzę wszystko. I jestem bardzo wdzięczna za każdego czytelnika.
Do zobaczenia za dwa tygodnie!
Wasza,
Ati