{miniaturka}
z serii "Listy do Ciebie"
z serii "Listy do Ciebie"
To był pierwszy z wielu
dni, kiedy zostałem w domu. Tamtymi czasy zgłaszałem się do każdej misji, do
każdego zadania, brałem udział w każdej akcji. Dzień wcześniej, kiedy nie
dostałem przydziału i zareagowałem trochę za ostro, Syriusz dosłownie wywlekł
mnie z sali. Jestem pewien, że dorobił mi kilka pokaźnych siniaków do kolekcji,
zanim udało mu się mnie uspokoić.
– Co ty
odpierdalasz?
– Puść mnie – warknąłem,
jednak on nie dał się zbyć. Kiedy zacząłem go odpychać, ten w końcu odrzucił mój bark do
tyłu, taksując mnie wzorkiem. Wziąłem głęboki oddech, poprawiając koszulę,
którą prasowałaś jeszcze przed wyjściem, a przez to całe tarmoszenie się, wyglądała strasznie. Spojrzałem
na niego wściekły. – To moja decyzja, chcę walczyć!
– Masz dziecko w drodze!
Na Merlina, James! Nie możesz się tak dłużej zachowywać! Chcesz osierocić syna
jeszcze zanim przyjdzie na świat? – Jego oczy ściemniały w ciągu ostatnich
miesięcy i teraz trudno było dostrzec w nich stalowy spokój. Stały się po
prostu czarne, wypełnione cierpieniem tych, których nie udało nam się uratować. –
Nie mamy dłużej siedemnastu lat. Błagam, nie baw się w bohatera. Wróć do domu,
do żony, nawet nie wiesz, jak ona się martwi...
– A od kiedy to lepiej
wiesz, co słychać u Lily?
– James, tępaku, nie
rozwal sobie życia. Masz dom, prawdziwą rodzinę, więcej niż ktokolwiek z nas
mógłby mieć. Musisz ją chronić. A nie, zgrywać odważnego. Wiem, że się boisz.
Ale damy sobie radę. Nie pozwolimy Sam–Wiesz–Komu was dorwać. Wróć do domu,
wróć do niej.
Miał rację. To wszystko
po prostu mnie przerastało, a ja nie umiałem sobie dłużej z tym radzić. Odkąd
ta plugawa pluskwa przyznała się Dumbledore'owi do przekazania Czarnemu Panu
treści przepowiedni, miałem ochotę go zabić, rozszarpać gołymi rękami. Ale
Dyrektor go chronił, chronił tego parszywego gnojka, przez którego nasze życie
było w niebezpieczeństwie.
Nie potrafiłem siedzieć
w domu i patrzeć na Ciebie. Odkąd lekarz stwierdził, że nie wolno wychodzić Ci
z łóżka, byłaś taka smutna. Patrzyłem na Twoją twarz i coś rozrywało mnie od
środka. Bo nie mogłem Ci pomóc.
Wiedziałem, jak bardzo
się martwiłaś. Nie chciałaś tego pokazać, bałaś się, że jeśli nie będziesz
dostatecznie silna, to wszystko upadnie. Ale byłaś w błędzie. To ja byłem w
większej rozsypce.
Kiedy tamtego ranka
obudziłem się, Ciebie nie było już w łóżku. Pokój tonął w półmroku, a stary
zegar na ścianie wskazywał piątą czterdzieści trzy. Podniosłem się i
rozejrzałem, przecierając oczy. Nie było Twojego szlafroka, który Mary kupiła
Ci na Twoje dziewiętnaste urodziny. W domu panowała cisza. Powoli wstałem i
wychyliłem się na korytarz, jednak nie było po Tobie żadnych śladów. Starając
się nie narobić hałasu ruszyłem w stronę kuchni i wtedy usłyszałem Twój głos.
– James tak bardzo
się martwi. Widzę to w jego oczach, kiedy żegna się ze mną przed wyjściem do
kwatery Zakonu. Widzę to w jego twarzy, kiedy odpisuje na wezwania do stawienia
się na naradzie i w jego dłoniach, które trzęsą się, kiedy zamyka za sobą
drzwi. Wiem, że nie może wybaczyć Severusowi zdradzenia nas. Ale wiem też, że
jeśli to Harry jest kluczem do zniszczenia Czarnego Pana, to jestem gotowa na
każde poświęcenie. Nadchodzi zima. Nadchodzą ciężkie czasy. Żałuję, że nie mogę
cofnąć czasu, o te kilka lat. Życie było wtedy takie proste. Ale ty pewnie nie
masz tego problemu, prawda?
Oparłem się o framugę
drzwi prowadzących do salonu i obserwowałem, jak głaskałaś małego, biało–brązowego
kota, który jadł resztki naszej wczorajszej kolacji. Włosy upięłaś w
niechlujnego koka, a drugą rękę trzymałaś na olbrzymim brzuchu. Minęło jeszcze
kilka sekund, zanim ponownie się odezwałaś.
– Długo tu stoisz?
– Miałaś nie zbliżać się
do tego kota – odpowiedziałem cicho, a Ty popatrzyłaś na mnie ze smutnym
uśmiechem. – Obiecałaś.
– James, przecież mnie
nie zje.
– Pamiętasz, co mówił
lekarz?
– To tylko mały kotek,
no spójrz na niego, jaki był głodny. Bez nas pewnie zdechnie, nikt z okolicy do
tej pory się nim nie zajął.
– Miałaś unikać kotów.
Koty przenoszą choroby, zwłaszcza te bezdomne. A ty jesteś w ciąży. Mam ci
przypomnieć, jakie dostałaś zalecenia? Aż do porodu...
– ... mam nie wychodzić
z łóżka, tak, wiem. Ale kiedy ja już nie mogę, James, duszę się! Chciałabym
wyjść na zewnątrz, odetchnąć świeżym powietrzem...
– To otwórz sobie okno –
mruknąłem, a Ty popatrzyłaś na mnie ostro. Nie mogłem powstrzymać uśmiechu.
Nawet pomimo okoliczności, wciąż byłaś tą samą, starą Lily. – No chodź tutaj.
Pamiętam branie Cię w
swoje ramiona, pamiętam, jak zimne dłonie miałaś, kiedy pozwoliłaś mi zamknąć je
w swoich. Oparta o moją pierś patrzyłaś na mnie w spokoju, kiedy ja odgarniałem
zbłąkane loki z Twojej twarzy. Byłaś kobietą mojego życia i właśnie w tym
momencie zrozumiałem, że już nigdy nie będę w stanie Cię opuścić.
– Harry? – spytałem
cicho, przypominając sobie, jak nazwałaś naszego syna, a Ty jedynie uśmiechnęłaś
się w sposób, który zawsze przyprawiał mnie o zawrót głowy i splotłaś razem
palce naszych dłoni.
– Chodź, zrobię ci kawy – wyszeptałaś, wspinając się na palce i składając na moich ustach delikatny pocałunek. A potem pociągnęłaś mnie w stronę kuchni, chichocząc na widok mojej rozanielonej miny.
Witajcie! Pomyślałam sobie, że skoro już wróciłam i na POŚu pojawił się obiecany miesiąc temu rozdział, to tutaj też coś dodam. Nie jest to co prawda rozdział, który się pisze i niedługo powinnam go skończyć, ale hej - zawsze coś :D
Miniaturka chyba najmniej lubiana przeze mnie z "Listów do Ciebie", ale musiała się ukazać, żeby przygotować Was na ostatnią :D Tak sobie myślę, że pewnie dodam ją za tydzień, może dwa, zaraz przed rozdziałem - a tak, żeby Was mentalnie zniszczyć i, no wiecie, zrobić dobry grunt dla drugiej części, hahaha.
I to tyle. Nawet nie wiecie, jak tęskniłam za SD. Pięć miesięcy, całe pięć miesięcy bez pisania Jily! Ugh, nie wyobrażacie sobie nawet, co czuję. Nie mogę się już doczekać nowej części, nowego szablonu, nowego początku. Mam nadzieję, że znowu Was zaskoczę :D I z tym Was zostawiam, do zobaczenia z ostatnią miniaturką z tego cyklu!