piątek, 9 marca 2018

22. Niespodziewanie cz.II
+ czwarta rocznica bloga

Dla Maksia i Gizi,
którzy na zmianę dotrzymywali mi towarzystwa,
usypiając na moich kolanach


Wieczór był ciepły. Westchnęłam cicho, przyglądając się skrobiącej coś w zeszycie Mary. W głowie wciąż miałam ulicę Pokątną i to, co się tam stało. Coś głęboko kuło mnie na wspomnienie głosu Jamesa, zaczepiającego Macdonald.
– Umm, Mary, mogłabyś zaczekać?
– Tak, jasne – odpowiedziała dziewczyna, spoglądając zdziwiona na mnie. Reszta ruszyła w stronę Esów i Floresów, więc chcąc nie chcąc, ociągając się, zrobiłam to samo.
– Posłuchaj, nie miałabyś nic przeciwko, jeśli na to ognisko zabrałbym ze sobą Alię? Wiesz, ona... no nie zobaczymy się przez długi okres czasu i chciałbym, żeby mogła spędzić z nami te ostatnie dni – powiedział cicho, jakby nie chciał, żeby ktokolwiek to słyszał.
– Och – powiedziała Mary. – No... chyba tak, to znaczy możesz ją zabrać, jasne.
– Dziękuję, wiem, że to miało być spotkanie przyjaciół i dużo dla mnie znaczy, że się zgodziłaś, ja naprawdę... – doleciało do mnie, zanim gwar ulicy pochłonął ich głosy.
Ponownie westchnęłam i zaczęłam się zastanawiać nad tym, czy Alia była jego dziewczyną. I dlaczego właściwie chciałam to wiedzieć. Chociaż, przecież to normalne. Wszyscy jesteśmy przyjaciółmi, nic dziwnego, że jestem ciekawa.
Macdonald podniosła wzrok i przyjrzała mi się uważnie. Wyglądała, jakby dokładnie wiedziała, co chodzi po mojej głowie. No ale skąd mogła wiedzieć, że właśnie rozkładałam na czynniki pierwsze słowa Caspara?
– Widziałem, jak na niego patrzyłaś. Ja bym chciał wiedzieć – powiedział cicho, szurając swoim butem i patrząc się w ziemię.
– Ładnie dziś.
Obie spojrzałyśmy na Dorcas, która przeciągała się na kocu. Pod głową miała dwie puszyste jaskrawo różowe poduszki.
Mary pokiwała głową. Trzeba było przyznać, że ogródek państwa Macdonald wyglądał niezwykle uroczo. Ganek otwierał się na niewielką polanę, obrośniętą niskimi drzewami. Między dwoma położonymi najbliżej nas wisiał stary, poszarpany hamak, a parę stóp od niego znajdowała się sadzawka. Z gałęzi zwisały magiczne lampki, migające ciepłym światłem.
– Tak sobie myślę – zaczęła Mary, poprawiając się. Leżała na brzuchu, z poduszką pod brodą, wymachując wesoło nogami. – O tym, co mówił Godfray i Dumbledore, na spotkaniu. Że nikt nie umniejsza naszych zasług, że zostaną nagrodzone i że czeka nas wiele dodatkowej pracy. A co jeśli chodziło mu o zrobienie was Naczelnymi? Sama pomyśl – zwróciła się do mnie – wszystko to kierowali do Jamesa, który się oburzał, że uważają nas za dzieci. 
– W sumie – podłapała Dorcas. – To ma jakiś sens.
Zmarszczyłam brwi.
– Czy ja wiem. Czy Dumbledore bawiłby się w coś takiego?
– To Dumbledore – stwierdziła Meadowes, jakgdyby to rozstrzygało sprawę.
Jakby na to nie patrzeć, mogło coś w tym być. Ale myśl, że wszyscy to planowali i wiedzieli, że oboje jesteśmy całkiem nieświadomi czekającego nas wyzwania, sprawiało, iż czułam się niezręcznie.
– Trzeba przyznać, że razem z Jamesem odwaliliście wtedy kawał dobrej roboty. Trochę przejęliście dowodzenie, przynajmniej do czasu, aż nie przybyła pomoc. A i tak zamiast uciec, dalej pomagaliście.
– Nie rób ze mnie jakiejś bohaterki – mruknęłam, obejmując ramionami kolana. – To było straszne i po prostu... no nie wiem, nie potrafiłam sobie po prostu pójść.
– Dlatego na to zasłużyliście – odrzekła Mary. – No bo co innego mógłby zrobić James, żeby dali mu odznakę? Od sześciu lat rzuca kawałami na prawo i lewo i co, nagle Dumbledore stwierdził „hej, jest całkiem zabawny, dajmy mu Naczelnego, ale będzie heca!”?
Dorcas parsknęła śmiechem. 
– Jak cię tak to ciekawi, to się go spytaj, jak dojedziemy do Hogwartu, albo wyślij mu sowę już teraz – podłapałam. Macdonald wywróciła oczami i z powrotem ułożyła podbródek na poduszce. 
– Bardzo śmieszne.
– Nie no, ale tak na poważnie, to coś w tym jest – stwierdziła Dorcas, spoglądając w niebo. – Może rzeczywiście to taka swojego rodzaju nagroda.
– Nawet jeśli, to to niczego nie zmienia – mruknęłam, robiąc to samo co ona. – Zostaliśmy Naczelnymi i jakoś musimy to ogarnąć.
Mary spojrzała na mnie przeciągle. Nic nie powiedziała, ale byłam pewna, że coś kotłowało się w jej głowie. Wolałam, żeby tego nie mówiła. Bo jeśli nikt nie powie tego na głos, to to wcale nie musi być prawdą. A przynajmniej to sobie wmawiałam.

Tego wieczoru długo nie mogłam zasnąć. W końcu zrezygnowana podniosłam się na składanym łóżku i rozejrzałam po pokoju. W półmroku ledwo mogłam dostrzec nieruchome ciała moich przyjaciółek. Z westchnieniem wstałam i starając nikogo nie obudzić, na paluszkach ruszyłam ku drzwiom, a następnie schodom, by udać się do kuchni. Ponieważ znajdowała się ona od całkiem innej strony, niż sypialnia Mary, było w niej dużo jaśniej, dzięki zaglądającemu przez duże okno księżycowi. Powoli sięgnęłam po czystą szklankę i nałam sobie wody. Coś ciągle kotłowało się w mojej głowie, nie pozwalając mi się uspokoić, jednak sama do końca nie wiedziałam, co to takiego. Zamyślona przysiadłam na jednym z krzeseł i wpatrzyłam się w białą plamę, wędrującą po niebie. I wtedy zrozumiałam, że wciąż nie potrafiłam przestać żyć wspomnieniami.
– Wszystko w porządku?
Odwróciłam się i spojrzałam na Mary. Miała zaróżowione policzki, a włosy poprzyklejały jej się do twarzy. Widząc mój wzrok uśmiechnęła się nieśmiało i skrzyżowała ręce na brzuchu, próbując zasłonić dwuczęściową piżamę w niedźwiadki.
– Tak – potwierdziłam, uśmiechając się na ten widok.
Mary bez słowa usiadła na przeciwko mnie i również spojrzała na pokryty cieniami ogród, tak jakby rozumiała, co działo się w środku mojej głowy.
– Wiesz, nigdy nie rozmawiałyśmy co dokładnie się stało na dworcu – szepnęła. Odczekała parę sekund, a potem słowa wylały się z jej ust, jakby od dawna chciała to wszystko powiedzieć. – To co usłyszałam, to wiedziałam, ale wszystko działo się tak szybko i... kiedy wyszliście z przedziału, a pociąg się wykoleił, myślałam, że... no nie przeżyliście. To było straszne. Usłyszałam krzyk, ktoś krzyczał, a ja nic nie widziałam, a potem udało mi się znaleźć różdżkę i wszystko było we krwii... Szyba była wybita, nie było ani Remusa, ani Petera, a Clarie była nieprzytomna. Syriusz właśnie pomagał Maryl zawiązać na ramieniu jakąś chustkę, powiedzieli mi, że ja też zemdlałam na krótką chwilę. Wejście było całkowicie zgniecione, nie mogliśmy nawet po was wrócić, musieliśmy wyjść szybą. Peter był dosłownie dwa metry dalej, przestraszony i otumaniony, ale nic mu nie było. Remusa szukaliśmy dużo dłużej. Rozdzieliliśmy się. Wtedy przybyli Śmierciożercy. 
Mary zamilkła i przymknęła oczy. Jej wargi drżały, jakby otulił ją strach.
– Bałam się, że to będzie moja wina. Że umrzecie nie przez wykolejony pociąg, a przez to, że nikt Wam nie pomógł. Że nie zmusiłam reszty do ruszenia w drugą stronę. Ale Syriusz mi przysięgał, że Jamesowi na pewno nic nie jest, że się tobą zajmie, że musimy znaleźć Remusa, bo on na pewno jest gdzieś blisko, a wy, wy zniknęliście gdzieś i równie dobrze mogliście być już po drugiej stronie pociągu w chwili katastrofy. Więc po prostu robiłam co kazał, bo nie byłam w stanie zrobić nic więcej.
– To ja znalazłam Maxse – wyszeptałam, kiedy moja przyjaciółka nabrała powietrza do buzi. Po chwili spojrzała na mnie i zacisnęła smutno usta. – James złapał mnie, i przygniótł do ziemi, ale potem cały wagon przekoziołkował i zostałam sama. Próbowałam dostać się do okna, ale drzwi jednego z przedziałów osunęły się, i wtedy upadłam tuż przed nią. Wciąż śni mi się po nocach, z czerwonymi od krwi ustami. 
Mary świdrowała mnie wzrokiem w ciemności, podczas kiedy jej ręka delikatnie objęła moją. Wiedziałam co chciała powiedzieć. Jestem tutaj, możesz mówić dalej. Jako jedna z nielicznych wiedziała, że potrzebowałam to w końcu z siebie wydusić. Tak samo jak ona.
– James musiał usłyszeć mój krzyk. Albo widział mnie wcześniej. Nie wiem, wszystko zlało się w jedną wielką masę i nie jestem teraz w stanie powiedzieć co właściwie się stało. Wiem tylko, że mnie stamtąd wyciągnął, uspokoił, kazał oddychać. Wyciągnęliśmy nieprzytomną Grace. Tylko Elsie się nic nie stało z ich wielkiej trójki, bo wyszła do mnie i do Pottera, spytać się, czy wiemy co się dzieje z pociągiem, tuż przed katastrofą. Pomogła nam zabezpieczyć Butler. Najgorsze było powiedzenie jej, żeby nie szła szukać Maxse. Jej wzrok, kiedy spojrzała w stronę zgniecionego przedziału. A potem James...
Moje serce zadygotało. Przypomniałam sobie wszystko – nasze ciała, tak blisko siebie, kurz, krew na jego łuku brwiowym, posmak jego potu, kiedy przyciągnął mnie do siebie, jego usta trafiły tuż obok moich, a jego skóra przylgnęła do mojej. Jego kojący głos. Ręce na moim ciele, płonące ślady jego palców na moich biodrach i twarzy, z której ocierał łzy. Był tak blisko, że oddychaliśmy jednym powietrzem. Był tak blisko, że gdybym nabrała większego tchu, gdybym otworzyła szerzej usta, dotknęłabym tych należących do niego. Przypomniałam sobie moment, w którym tak bardzo chciałam, żeby to trwało wiecznie. I żeby w końcu mnie pocałował.
– Zaczęliśmy pomagać innym. Wiesz, te wszystkie dni w Hogwarcie, kiedy nie byłam pewna, co jest między nami... Wydaje mi się, że zareagowałam za ostro, kiedy zaczął traktować mnie jak coś swojego. Biegaliśmy po całym dworcu, próbując pomóc, a on ciągle chciał, żebym była blisko, żebym nie chodziła po gruzie, nie wchodziła do pociągu. Bo coś mi się stanie, bo kamienie się osuną, bo muszę tu zostać. A potem przybyli Śmierciożercy. Chciał, żebym uciekała i zostawiła wszystkich, a ja się nie zgodziłam. Nazwał mnie upartą dziewuchą.
– Och – mruknęła Mary, a kącik jej ust delikatnie zadrgał.
– Oczywiście tylko mnie tym rozjuszył. Wtedy też zobaczyliśmy Syriusza, walczącego z jednym z zamaskowanych ludzi. I zanim zdążyliśmy cokolwiek zrobić, inny dorwał Maryl. Myślałam, że Potter go zabije, serio. Jego twarz... rzucił coś w moim kierunku, że mam się ogarnąć i uciekać, a ja, wiem, że przesadziłam, nie powinnam była tego robić, po prostu to, w jaki sposób to powiedział, kiedy jeszcze pół godziny wcześniej był taki... – przerwałam, nie widząc, co powiedzieć. – Wykrzyczałam mu prosto w twarz, że jakby nie był tak zapatrzony w siebie i nie starał się na siłę być bohaterem, to może zamiast się zgrywać przede mną, wcześniej dotarł by do Maryl i nic by się jej nie stało.
W kuchni zapanowała cisza, kiedy zawiesiłam głowę.
– Dlatego nie zamieniliśmy słowa po wypadku i tak do siebie warczeliśmy. Ciągle zastanawiałam się, jak to wpłynie na nas wszystkich, ale kiedy przyjechał po mnie z Syriuszem... Nie wiem, wydawało się, że sobie to wyjaśniliśmy. Albo, że przynajmniej ruszyliśmy dalej.
– A ty? Co o tym myślisz?
– Że mam dość skakania sobie do gardeł. Między nami chyba nigdy nie będzie normalnie.
Mary ścisnęła moją dłoń i spojrzała na księżyc. Na jej twarzy czaił się delikatny uśmiech.
– A Alia?
– Co z nią?
– No wiesz, to trochę dziwne, że James... no po tym co się stało, nagle przyprowadza jakąś blondynę...
– Rogacz to kobieciarz i wiemy o tym obie tak samo dobrze.
– To brzmi jakby mnie też podrywał od paru lat – zachichotała Macdonald, a ja uśmiechnęłam się pod nosem.
– Nie, ale byłaś obok przez cały czas i wszystko widziałaś. Zagadywanie do mnie traktował jak grę, zabawę długoterminową. A w międzyczasie było wiele krótszych.
– Skoro tak mówisz – mruknęła Mary.
Spojrzałam na nią krytycznie, a ta uśmiechnęła się.
– Chodź do łóżka. Jutro mamy dużo roboty.

Dni mijały niesamowicie szybko. Codziennie rano pomagałyśmy pani Macdonald w ogródku, a potem gotowałyśmy razem obiad. Popołudnia spędzałyśmy na długich spacerach i pomaganiu Dorcas w napisaniu prac letnich, których nie raczyła zrobić przez całe wakacje.
– Ej, miałam pracę, jasne. Muszę się jakoś utrzymać – usprawiedliwiała się, kiedy żartowałyśmy z jej lenistwa.
W końcu nadszedł długo wyczekiwany piątek. Mama Mary od rana krzątała się w kuchni, zmuszając swojego męża do pomocy. Louis pojechał z samego rana do Ministerstwa, załatwiać coś w związku ze stażem, więc nam pozostało tylko zająć się przygotowaniami do ogniska.
Kiedy wybiła siedemnasta ogród był już przygotowany, lampiony na drzewach paliły się jasnym blaskiem, a na środku ułożony był duży stos drewna. Dorcas wciąż poprawiała poduszki i koce, jakby od tego zależało jej życie, a ja z Mary przyglądałyśmy się jej poczynaniom.
– Trzymajcie, macie wszystko zjeść, zalecenia odgórne.
Obie uniosłyśmy wzrok w kierunku Louisa, który stał nad nami z uśmiechem, podając nam parujące miski.
– Co to?
– Zupa. Od twojej mamy.
– Dziękujemy – powiedziałam, uśmiechając się do niego. Dorcas podniosła głowę i otworzyła usta.
– Jedzenie!
– Tak, dla ciebie też mam – zachichotał chłopak, kiedy uradowana dziewczyna podbiegła do małej ławeczki na ganku.
– Kiedy wróciłeś? – spytała Mary, wąchając zupę. Po chwili na jej twarzy pojawił się uśmiech zadowolenia.
– Właśnie teraz – odrzekł jej kuzyn, opierając się o balustradę i przyglądając nam z nieskrywanym rozbawieniem. Tego dnia miał na sobie niebieską koszulę i ciemne spodnie, a jego jasne delikatne loki zwisały zabawnie bo obu stronach twarzy.
– I jak, pozałatwiałeś wszystko?
– Tak – potwierdził, uśmiechając się szeroko. – Zaczynam od września.
– To świetnie – zawołałam, również się uśmiechając. – Gratuluję!
– A dziękuję. A tak w ogóle, to gdzie macie znajomych, jednak nikt nie przyszedł?
– Ha, ha, jest jeszcze wcześnie, głąbie – mruknęła Mary, przełykając zupę. 
– Kiedyś ci się oberwie za to przezywanie wszystkich naokoło – doszedł nas czyiś głos. Wszyscy obróciliśmy się w kierunku tylnych drzwi, w których stał uśmiechający się złośliwie Syriusz. Za jego ramieniem dostrzegłam roześmianego Remusa, machającego do nas zaciekle.
– Co wy tu robicie? – spytała zaskoczona Macdonald.
– No chyba nas zapraszałaś, nie? – mruknął Black, robiąc dwa kroki do przodu. Miał na sobie czarne spodnie i koszulkę z logo jakiegoś zespołu, a jego włosy były w, jak zwykle, istnym harmiderze. Po chwili zlustrował wzrokiem naszego kompana i podał mu rękę z uśmiechem. – Syriusz.
– Louis, kuzyn Mary, miło mi.
– Mi też.
– Gdzie reszta? – spytałam, odkładając pustą już miskę.  Łapa obrócił się i spojrzał do środka domu. 
– Zapewne w kuchni, twoja mama poczęstowała nas jakimś swoim specyfikiem.
– O nie – mruknęła Mary, wstając i ruszając w stronę tylnych drzwi. Louis zachichotał i przepuścił nas, kiedy z Dorcas ruszyłyśmy za nią.
– No proszę, kto nas odwiedził.
Wszyscy odwrócili się w naszym kierunku i uśmiechnęli szeroko. Pani Macdonald właśnie rozdawała świeżo upieczone rogaliki z marmoladą, podśpiewując pod nosem piosenkę lecącą w radiu.
– Alicja! – zawołała Meadowes, ruszając w jej kierunku. – Nie sądziłam, że uda ci się wpaść!
– Też do końca nie byłam tego pewna – zaśmiała się dziewczyna, przytulając Dorcas. Tego dnia miała na sobie jasne dżinsy i kolorową koszulkę w kwiaty. 
– A gdzie Frank?
– Spóźni się, ale obiecał, że wpadnie. Kazał przekazać, że nie przepuściłby ostatniej okazji w tym roku, żeby was wszystkich zobaczyć. 
– No i bardzo dobrze – powiedział uśmiechnięty Remus, stając obok dziewczyny. Zza jego ramienia wyjrzała Clarie, kołysząc się wesoło.
– To nie wszystkie niespodziewane odwiedziny na dziś – zawołała, kiwając głową do tyłu. Dopiero kiedy się odsunęła, ujrzałyśmy opierającą się o blat Maryl.
– Merlinie, nie wierzę własnym oczom! – pisnęła Mary. 
– Nie ma za co – zachichotał James, stojący obok Binner. – Jak tylko dowiedzieliśmy się, że wychodzi ze szpitala, pognaliśmy błagać jej rodziców, żeby ją puścili.
Spojrzałam na chowającą się za jego ramieniem Alię i uśmiechnęłam się delikatnie. Dziewczyny przytuliły mocno Maryl, a mama Mary z zadowoleniem zaczęła wyciągać kubki na herbatę.
– Lily – powiedziała cicho Binner, kiedy do niej podeszłam.
– Maryl, tak dobrze cię widzieć stojącą o własnych nogach.
– Och, z tym staniem to bym nie przesadzała, wciąż jestem słaba, ale – urwała, przeciągając ostatnie słowo – chyba udało mi się namówić rodziców, żeby puścili mnie do Hogwartu.
– To świetna wiadomość!
– Wiem – zaśmiała się dziewczyna, kiedy ją przytuliłam. Było dużo chudsza niż ją zapamiętałam, ale wyglądała dużo lepiej, niż w szpitalu. Jej policzki powoli się zaokrąglały, a skóra nabierała normalnego koloru.
– Dobra, dość tego, zapraszam wszystkich do ogrodu, bo jest nas tu zdecydowanie za dużo – powiedziała Mary, powodując salwę śmiechu. – No już!
Przepuściłam Maryl i poczekałam, aż większość wyjdzie, a kiedy odwróciłam się, stanęłam twarzą w twarz z Jamesem. Przełknęłam ślinę, co musiało go rozbawić, bo zacisnął usta, ich kąciki zadrgały delikatnie.
– Och – powiedziałam, potrząsając głową. – Przepraszam.
– I bardzo dobrze, prawie mnie staranowałaś – stwierdził Rogacz, a w jego oczach zatańczyły wesołe iskierki.
– Co – zawołałam, uderzając go w ramię. – Nieprawda!
James zaśmiał się.
– Wiedziałam, że kłamie z tym byciem poważnym mężczyzną – powiedziała uśmiechnięta Alia, która stanęła obok nas. Odwzajemniłam jej uśmiech, czując się trochę niezręcznie, jednak Potter w miarę szybko ogarnął sytuację i obrócił mnie w stronę drzwi.
– Tam. To jest kierunek w którym się udajemy.
– Te, prefekt naczelny, jeszcze parę dni, zanim będziesz mógł się tak rządzić – przypomniałam mu, kiedy mnie popchnął do przodu. Alia zaśmiała się głośno.
– No tak, przecież oboje zostaliście naczelnymi! Jakie to uczucie?
– Pracować z nim? Nieposiadam się ze szczęścia – skomentowałam, a James dźgnął mnie w plecy.
– Nie ładnie tak opowiadać kłamstwa nowej koleżance.
– A nie mówię prawdy? – spytałam, obracając się z powrotem w jego stronę. – Nie wmówisz mi, że nie zwalisz większości obowiązków na mnie.
– Okej, teraz już przesadziłaś.
James złapał mnie w pasie i przewiesił sobie przez ramię, a następnie wsunął swoją dłoń w tę należącą do Alii i ruszył w kierunku ogrodu.
– Puść mnie!
– Nie – odrzekł zadowolony Rogacz, wymieniając rozbawione spojrzenie z Alią. – Zasłużyłaś sobie.
– Co to za orgia? – spytał Syriusz, kiedy minęliśmy próg.
– To nie orgia, tylko dręczenie biednej, małej...
– Tylko nie biednej, ty mała, ruda żmijko!
Wszyscy wybuchnęli śmiechem, a James, całkiem zadowolony z siebie, stanął przy ognisku i zamyślił się.
– Powinienem rzucić cię do ogniska, czy na trawę?
– Potter!
– Brakowało mi tego – westchnął Black, udając, że ociera łezkę. 
– Obu was uduszę!
– No dobra już dobra – mruknął Rogacz, opuszczając mnie na poduszki.
– A mnie to tak nie nosisz – stwierdziła Alia, uśmiechając się szeroko.
– Bo ciebie się tak nie boję, kto wie, co ten rudy małpiszon by mi zrobił, jakbym go nie złapał!
– Grabisz sobie. I to bardzo – powiedziałam, mierząc go wzrokiem.
– No, Potter, widzę, że ktoś tu będzie zawalony układaniem grafików dla prefektów – powiedziała Alicja, uśmiechając się złośliwie.
– A żebyś wiedziała – potwierdziłam, zwężając powieki.
Wszyscy wybuchnęli głośnym śmiechem. 

           Ognisko było świetnym pomysłem. Wystarczyło pięć minut, żeby każdemu udzielił się świetny humor. Huncwoci zajęli się rozpalaniem ogniska, jednak zajęłoby im to dużo mniej czasu, gdyby Maryl nie zabrała im różdżek. Razem z nią, Clarie, Mary, Alią, Dorcas i Alicją, rozsiadłyśmy się wygodnie i obserwowałyśmy ich marne postępy. Macdonald udało się nawet wytrzasnąć skądś popcorn. Znudzone czekaniem, zaczęłyśmy w końcu podpalać poszczególne ziarna i rzucać nimi w drewno. Po kolejnej godzinie, Syriusz krążył nad nami wściekły, wymyślając tortury, jakim nas podda, jeśli nie oddamy mu jego różdżki. Nawet Remus zaczął okazywać zdecydowaną chęć odzyskania swojej. W końcu uratował ich z opresji spóźniony Frank, który pojawił się w tylnych drzwiach i jednym machnięciem swojego czarodziejskiego patyka, wzniecił ogień pomiędzy balami drewna ułożonymi w mały stosik. Louis również przyłączył się do świętowania, przynosząc ze sobą gitarę. W końcu zapadł zmierzch, a każdy zajął się smażeniem pianek i rozmowami.
– Więc Frank – powiedziała Mary, bawiąc się gałązką, której koniec włożony był w ogień. – Jak wakacje?
– Ciężkie. Przez większość czasu byłem u swojej rodziny we Francji. Pomagałem im w odbudowie domu, zniszczonego przez Śmierciożerców.
– Nawet tam dotarli? – spytała Maryl, siedząc po turecku i przysłuchując się rozmowie.
– Jeszcze dalej. Słyszałem o jakimś mieście pod Barceloną, totalnie zniszczonym. Mugole mówią, że to wybuch pobliskiej kopalni.
– Ale mam nadzieję, że tobie nic się nie stało?
– Nie, przez większość czasu było spokojnie, ale kurde... Ciągle coś z tyłu głowy mówi człowiekowi, że a co jeśli wrócą, co jeśli nagle, w ciągu ułamka sekundy...
– Przestań – mruknęła Alicja, obejmując mocniej jego dłoń. – Wystarczy mi zamartwiania się o ciebie.
– Myślałeś o tym? – spytał, Syriusz. – O Zakonie?
– Oczywiście, że myślałem. Strasznie żałuję, że nie mogło mnie tam być, na tym spotkaniu. 
– I co? Zamierzasz się przyłączyć?
Alicja zacisnęła usta, a Frank uśmiechnął się tylko smutno. Kiedy Gryfonka wstała ze łzami w oczach, Longbottom westchnął i nachylił się do nas.
– To była najcięższa decyzja w moim życiu. 
Wszyscy obserwowaliśmy, jak rusza za swoją dziewczyną.
– A ja bym tam wolał być na jego miejscu – powiedział cicho Black. – Zabija mnie ta bezczynność.
– Zabiłoby cię rzucenie się na Śmierciożerców przed ukończeniem nauki – mruknęła Maryl, a Clarie uśmiechnęła się pod nosem.
– Znalazła się mądralińska – warknął.
– Coś chyba o tym wiem – westchnęła – spędziłam w szpitalu większość wakacji, po tym, jak sama to zrobiłam.
– Oj przestańcie już – powiedziała Clarie.
– Padfort ma rację, koniec tego tematu. Ktoś chce jeszcze pianki?
– Ja przyniosę – powiedziałam, podnosząc się. – Mam już dość tego siedzenia.
– A przed tobą dziesięć miesięcy siedzenia w klasach, jak ty to wytrzymasz? – zauważył Syriusz, opierając się o uśmiechniętego Remusa. 
– Ha, ha, bardzo zabawne.
Powoli ruszyłam w stronę domu, starając się przypomnieć sobie, gdzie właściwie leżą pianki. Po przeszukaniu szafek w kuchni, skierowałam się schodkami w dół, do małej spiżarni i wtedy to usłyszałam – ciche głosy dochodzące z zewnątrz. Zatrzymałam się, nasłuchując. Wyglądało na to, że ktoś siedział po drugiej stronie domu, zaraz przy maleńkim okienku od piwniczki. Starając się być możliwie jak najciszej, postąpiłam dwa kroki, aż stanęłam jak spetryfikowana, słysząc swoje imię.
– ... Lily, tak, jest zupełnie taka, jaką ją opisywałeś. Wesoła i zabawna, a przy tym potrafi być tak... poważna.
Ktoś zaśmiał się cicho. Moje serce zakołatało, kiedy poznałam właściciela drugiego głosu.
– Lily to zdecydowanie najbardziej specyficzna osoba, jaką spotkałem – potwierdził James.
– Zazdroszczę jej, że może być z tobą non stop przez kolejne dziesięć miesięcy – powiedziała cicho Alia. Odpowiedziała jej krótka cisza. – Obiecujesz, że będziesz się odzywał?
– Obiecuję.
– Masz mi pisać o wszystkim, jasne? O zamku, o tym co podawali w Wielkiej Sali na śniadanie i o dziewczynach, które umilały ci to śniadanie.
– Alia! – zaśmiał się Rogacz, klepiąc w coś ręką. 
– No co? Dobrze wiesz, jak bardzo chciałabym tam z tobą pojechać – wyszeptała dziewczyna. – Ale chyba nigdy nie będzie mi to dane.
– Gdybym tylko mógł coś na to poradzić...
– Wiem – powiedziała cicho. – A wiesz czemu? Bo jesteś najlepszym przyjacielem, jakiego miałam, nawet tylko przez wakacje. 
– Jestem najlepszy? – zaśmiał się James, na co Alia prychnęła. 
– Ta, bo zacznę żałować że to powiedziałam.
Wstrzymując oddech przybliżyłam się do okienka i spojrzałam wysoko w górę. Przede mną malowały się dwie sylwetki, opierające się o szybę. Potter po chwili objął dziewczynę, a ta położyła swoją głowę na jego ramieniu.
– Dziękuję, że mnie tutaj zabrałeś – wyszeptała. – To był najbardziej magiczny dzień w moim życiu.
– Poczarować ci jeszcze? – spytał cicho James.
– Tak, proszę.
Przez chwilę obserwowałam, jak chłopak wyciągnął różdżkę i zaczął wypuszczać z niej bańki. Wtedy zrozumiałam, że nie powinnam była tam sterczeć i podsłuchiwać. Powoli wycofałam się, z duszą na ramieniu. Będąc już przy drzwiach usłyszałam jeszcze cichy szept, dochodzący zza okna, a moje serce załomotało mocno.
– Jeśli kochasz ją tak bardzo, jak magię, to zdecydowanie jest najszczęśliwszą dziewczyną na świecie.






No i stało się. Cztery lata. Kiedy to minęło?
Chciałabym podziękować wszystkim, którzy zaglądali tutaj nawet pomimo tego, że mnie często nie było. To wciąż wiele dla mnie znaczy, a nowe wejścia na stare rozdziały były jak miód na moje serce. Jestem zaszczycona tym, że ktoś wciąż chciał się tu zapuścić i przeczytać wypociny kilkunastoletniej mnie.
Dziękuję również Elitarnym, za wszystko co dla mnie zrobiły. Bez Was dziewczyny nic nie byłoby takie samo. Wspierałyście mnie i kibicowałyście, to Wy ciągle podtrzymywałyście we mnie ogień i chęć do pisania. Ciężko uwierzyć, że to już 4 lata odkąd zaczęłyście komentować SD.
W tym roku na SD stuknęło (na tą chwilę) 77 tysięcy wyświetleń, a komentarzy pojawiło się aż 747. 747! Co to za liczba :D
Co prawda nie byłam przykładną autorką i nie dodawałam tyle rozdziałów, ile powinnam, ale praca za granicą, a potem studia i problemy w domu troszkę mnie zahamowały. Nigdy jednak nie zapomniałam o moim dziecku, jak lubiłam nazywać SD i zawsze wiedziałam, że w końcu znowu tu zajrzę. I zaglądałam. A teraz mam nadzieję, że w piątym już roku istnienia tego bloga, będę to robić nawet częściej.
Rozdział dodaje specjalnie na rocznicę z myślą o paru osóbkach, które na niego tak bardzo czekały. Przepraszam Was, jeśli pojawią się błędy, ale cały dzień tak bolała mnie głowa, że nie mam już siły, żeby nawet przeczytać go do końca, a obiecałam sobie, że dzisiaj go dodam. Mam tylko nadzieję, że nie skompromituje się jakimiś głupimi przecinkami :D
I to byłoby na tyle. Dziękuję jeszcze raz wszystkim, którzy zechcieli w ogóle tu zajrzeć i podbudować trochę moją samoocene, zostawiając po sobie ślad. Dzięki Wam, choć na chwilę, mogłam poczuć się, jak autorka z najwyższej półki :D
A na koniec chciałabym jeszcze podziękować mojemu chłopakowi, który pomimo tego, że zabiera mi czas, a co za tym idzie, nie spędzam go już na bloggerze w takich ilościach jak kiedyś, ciągle mnie wspiera i kibicuje w mojej małej pasji. Dzięki niemu mogłam stać się swoją własną wersją Lily, która znalazła swojego Jamesa i za to należą mu się wszystkie uściski świata.
Nieprzerwanie i dozgonnie Wam oddana,
Wasza,
Ati